EN
27.12.2020, 10:54 Wersja do druku

Pani od herbaty

Adam Sajnuk

Jakub Moroz, Przemysław Skrzydelski: Teatr WARSawy to miejsce niełatwe, również w kontekście Pana walk z ostatnich lat o sam status sceny przy Rynku Nowego Miasta. Jaka była Pana pierwsza reakcja, gdy w marcu dowiedział się Pan o lockdownie?

Adam Sajnuk: Wiadomość zaskoczyła mnie w dość nietypowych okolicznościach, bo byłem wtedy w Kolumbii; miałem tam być przez trzy tygodnie przede wszystkim po to, by pracować nad tekstem scenariusza do jednego z planowanych przez mnie spektakli, a zostałem na dwa i pół miesiąca – po prostu nie miałem jak wrócić.

Jak to wyglądało od strony organizacji teatru? Musiał Pan jako dyrektor podejmować decyzje przez ocean.

Na szczęście dało się to wszystko przeprowadzić zdalnie, sytuacja narastała powoli, docierały do mnie informacje o tym, co się dzieje na północy Włoch, więc udało mi się przygotować moich pracowników na to, by byli gotowi na wyjątkowe działania.

Trochę science fiction.

Mój powrót to zresztą też osobna historia, bo w maju sama podróż trwała tydzień. W każdym razie już później, gdy na początku czerwca zezwolono na otwarcie teatrów w 50-procentowych limitach widowni, zaczęliśmy grać jedni z pierwszych, podobnie jak Teatr Polonia. Pamiętam, że na pierwszym pokazie „Kompleksu Portnoya” wszyscy – zarówno widzowie, jak i my, aktorzy – byli mocno spięci. Niemniej na koniec wzajemnie biliśmy sobie brawa.

Widzowie zresztą nie chcieli nas po przedstawieniu wypuścić: chyba mieli już dość siedzenia w domach. Wyczuwało się poza tym, że ci pierwsi widzowie to byli prawdziwi teatromani, którzy kontaktu ze sceną byli złaknieni.

Od czerwca zagraliśmy ponad sześćdziesiąt spektakli, co było naprawdę niezłym wynikiem. Zorganizowaliśmy też pokazy on-line „Beginning”, mojej premiery sprzed dwóch lat. Niestety we wrześniu nastał etap ograniczeń do jednej czwartej widowni…

To jeszcze inny rodzaj grania. W tej skali atmosfera w teatrach była już diametralnie inna.

Na jednym z pokazów naszej „Taśmy” udało się pomieścić trzydzieści osób. I wszyscy trochę udawali: widzowie normalnych widzów, aktorzy aktorów. W foyer cisza, praktycznie zero rozmów, bezszelestne wchodzenie i wychodzenie. Nasza sytuacja w WARSawie jest w ogóle specyficzna, bo mamy w repertuarze tytuły kameralne, grane blisko widza, zatem ta wymiana energii jest niezwykle istotna, i nagle okazało się, że bardzo trudno po drugiej stronie znaleźć możliwość emocjonalnego odbicia się od odbiorcy.

Da się temu jakoś zaradzić?

Można się tylko wzajemnie wspierać (śmiech). Już w maju z koleżankami i kolegami prowadzącymi sceny prywatne powołaliśmy Unię Teatrów Niezależnych, której pracami kieruje Maria Seweryn; próbujemy wymieniać informacje i doświadczenia, słać pisma do decydentów, konkretyzować pomysły na przyszłość – szczególnie po kolejnym całkowitym zamknięciu, do którego doszło 7 listopada – bo wydaje się przecież, że nawet pod koniec stycznia trudno liczyć na otwarcie teatrów. Podejrzewamy, że będzie to początek lutego, jednak oczywiście znowu z limitami na jedną czwartą widowni.

Ale w tym wszystkim uderza co innego: podczas naszych dyskusji za każdym razem pojawia się jeden wniosek: że jesteśmy takim chłopcem do bicia, na którego przykładzie rząd chce pokazać, że coś robi. Bo przecież najłatwiej zamyka się teatry, kina, galerie, muzea, gdyż to niewiele kosztuje. Tymczasem w tych właśnie miejscach jest najbezpieczniej – po pierwsze, nie przychodzą tam tłumy, po drugie, nietrudno w nich zapewnić bezpieczną przestrzeń. Dlatego to całkowite zamknięcie jest zaskakujące. Tym bardziej że wcześniej na co dzień obserwowałem taką prawidłowość: jechałem na spektakl do swojego teatru metrem (przepuszczając jeden pociąg, bo w godzinach szczytu tak to funkcjonuje), a w nim wszyscy pasażerowie ściśnięci jak sardynki, i to przez dłuższą chwilę. I tak sobie razem jechaliśmy. A potem, powiedzmy, niektórzy z nas zasiedli na krzesłach WARSawy albo w innych teatrach, a ja wyszedłem na scenę zagrać swoją rolę. A zatem pytanie: jeśli ktoś się zaraził, to gdzie? W dwumetrowych odstępach na widowni czy w komunikacji miejskiej?

Dobrze oddał Pan sens tej fikcji.

Jednak gorsze jest to, że ten kolejny powrót do grania będzie jeszcze trudniejszy.

To znaczy?

Ten pierwszy, czerwcowy, był o tyle łatwiejszy, że była w nim energia, artyści jeszcze nie byli tak przez pandemię przeczołgani, niektórzy traktowali tę przerwę jako incydent, w lepszy czy gorszy sposób potrafili się zorganizować. Teraz jest inaczej.

Znam aktorów i reżyserów, ale także ludzi z innych branż, którzy utracili możliwości bronienia się przed tym przedłużającym się okresem izolacji: nie mają już realnie z czego żyć, niektóre kontakty zaś w naturalny sposób im się pourywały, co więcej – w takiej sytuacji rodzi się też zniechęcenie i poczucie braku sensowności robienia tego, co się robiło latami.

Bo skoro przez cały czas wszystko wisi na włosku… Ja sam nie wiem, jak to będzie dalej wyglądało. Zauważcie, że te miesiące się odkładają; teraz mówi się o pierwszych transportach ze szczepionką, ale przecież to zajmie ogrom czasu.

Ale Pan nie traci tego poczucia sensu?

Akurat ja sam mam nastawienie dość optymistyczne, dlatego że jest we mnie i ciekawość tego, jak będzie wyglądał teatr po ponownym otwarciu, i przekonanie, że widzowie nie zawiodą i – co prawda z obawą, ale coraz odważniej – będą do teatrów wracać. Ile w końcu można siedzieć przed komputerami?

Zawsze w takim momencie pojawia się nasze pytanie o ocenę teatru on-line.

Nazwałbym to smutną koniecznością. Chodzi przede wszystkim o zobowiązania – każdy teatr musi się rozliczyć ze swojej działalności, z oferty, a spektakle on-line to teraz jedyny sposób, aby nie stracić kontaktu z widzami. Jako Teatr WARSawy wyprodukowaliśmy do sieci wspomniany „Beginning”; starałem się zresztą, aby nie była to realizacja z jedną kamerą, lecz sensowny montaż. Co prawda jeszcze w czerwcu mówiłem takiej konwencji absolutne „nie”, ale gdy później stało się jasne, że nie mamy możliwości innego działania, dałem się przekonać. W innym przypadku musielibyśmy zwrócić pieniądze na działalność wynikającą ze statutu Stowarzyszenia.

W tym trudnym czasie ktoś w specjalny sposób pomógł teatrowi?

Na pewno niezwykle pomogło częściowe zwolnienie z wszelkich „ZUS-ów” albo odłożenie ich w czasie, a dla nas to spore koszty, bo ponad 20 tys. zł miesięcznie. Na obniżenie czynszu budynku zgodził się Zakład Gospodarki Mieszkaniowej, ale już deweloper ze swojej – większej – części czynszu za wynajem nie chciał zrezygnować.

Zwolnił Pan kogoś z pracowników albo ze współpracowników?

Szczęśliwie nie, ale też pomogło to, że nie mam ich zbyt wielu. Pensje płaciłem normalnie, bez żadnych redukcji. Poza tym codzienność: opłaty za media, księgowość, agencję PR-ową.

A w jaki sposób skorzystaliście z tej pomocy przeznaczonej bezpośrednio dla sektora kultury?

Na bazie pierwszej tarczy pomocowej skorzystaliśmy z częściowo zwrotnej subwencji, później zaś aktorzy mogli jeszcze otrzymać „postojowe” w związku z już oficjalnie ogłoszonym, lecz odwołanym repertuarem. To pomogło. Ale nadal miesięczne, pełne koszty utrzymania WARSawy jako zespołu i miejsca to blisko 80 tys. zł. W każdym razie ze środków z ostatniego Funduszu Wsparcia Kultury już nie mogłem skorzystać, bo cała dotychczasowa pomoc, którą otrzymałem, w kwocie zrównała się z tym, co mógłbym uzyskać, biorąc pod uwagę, że Fundusz oferował pięćdziesiąt procent dochodów z 2019 roku, po potrąceniu kwoty wsparcia z poprzedniej tarczy. W takiej sytuacji o dalsze wsparcie nie można było już wnioskować.

Mimo wszystko w teatrze prywatnym płynność zapewnia każdy sprzedany bilet.

Dokładnie tak jest, dlatego skutki pandemii najmocniej odczują sceny nieinstytucjonalne. Bo każdy grant od miasta nigdy nie jest przeznaczony ani na utrzymanie budynku, ani na zespół, tylko na realizację konkretnego projektu teatralnego. W naszym przypadku dobrym przykładem jest realizacja programu Społecznej Sceny Debiutów – korzystam tu z wygranego grantu, jednak aby wypełnić zobowiązanie, w ramach tego przedsięwzięcia muszę wystawić jedenaście premier rocznie, zagrać określoną liczbę spektakli, zorganizować trzy wystawy i sześć warsztatów dla debiutantów. W wyjątkowych warunkach, tak jak dzisiaj, mogę minimalnie to skorygować – w tym roku z powodu pandemii dostaliśmy zgodę od Biura Kultury na zmniejszenie liczby premier do sześciu, a wystaw do dwóch, w zamian grając więcej przedstawień popremierowych. Aczkolwiek pamiętajmy też, że takim podstawowym problemem scen prywatnych jest to, że nie są właścicielami budynków. Za każdym razem komuś trzeba za to zapłacić. Ten problem ma Krystyna Janda, i ten sam problem mają inni, w tym Sajnuk.

Wracając na chwilę do strategii on-line: jeśli sytuacja zamknięcia będzie się przedłużać, dopuszcza Pan premierę pokazywaną w taki sposób?

Bardzo trudno mi sobie wyobrazić w wersji internetowej te adaptacje, które chciałbym wystawić, kiedy tylko będzie to możliwe. Od dłuższego czasu pracuję nad „Rodzeństwem” Thomasa Bernharda, czyli tekstem, do którego po słynnym spektaklu Krystiana Lupy nikt nie wracał. Przeczytałem to ponownie po latach i stwierdziłem, że ta psychologiczno-kameralna opowieść jest w sam raz dla mnie, a ostatnio nawet czas wyciszenia jeszcze bardziej ujawnił mi jej kolejne sensy. Pokażę to jednak poza Warszawą, choć na razie nie mogę powiedzieć, gdzie dokładnie. Drugą zaś rzeczą, którą planuję, jest „Judasz” Amosa Oza, czyli powieść wyraźnie osadzona w kulturze żydowskiej i próbująca zgłębić jej istotę. Te wątki i żydowskie poczucie humoru są mi niezwykle bliskie – w dużym stopniu to będzie dalszy ciąg poszukiwań, które były już obecne w „Kompleksie Portnoya” wg Philipa Rotha „Ofierze” wg Saula Bellowa i „Ceremoniach zimowych” Hanocha Levina. Próby zaczynam w WARSawie już 1 lutego – niezależnie od tego, co się będzie działo.

Trzymamy kciuki. Ale to wszystko będzie też możliwe tylko wtedy, gdy status lokalizacji WARSawy w końcu się wyjaśni. Słyszeliśmy, że ostatnio coś w tej sprawie się zmieniło.

O tyle, że miasto odzyskało miejsce przy Rynku Nowego Miasta. Dosłownie kilka dni temu dowiedziałem się, że ta zamiana budynków między deweloperem a miastem finalnie dojdzie jednak do skutku do czerwca 2022 roku. Po dziesięciu latach, od kiedy tu funkcjonujemy, sytuacja prawnie się zmieniła, z tym że przez cały ten czas musimy płacić czynsz również deweloperowi. Tak naprawdę w tej chwili nie wiem, czy jako Stowarzyszenie Teatru Konsekwentnego kiedykolwiek otrzymamy ten budynek bezpośrednio w dzierżawę, czy też wyłoni się inna forma kooperacji między sceną a miastem. Jak zawsze – jest tak, że rozmów w sprawie kultury prowadzi się niewiele.

Jak widzi Pan przyszłość tego miejsca?

Przede wszystkim chciałbym tu sporo zmienić, bo lokum wymaga głębokich zmian technicznych, a w tej chwili wszelkie większe projekty pokazuję poza WARSawą, i to wynika nie z tego, że tak bardzo chcę podróżować po Polsce i promować samego siebie, ale z tego, że w tej przestrzeni nie mam szans na zrobienie czegoś większego, a zatem przedstawienie takie jak „Dwunastu gniewnych ludzi”, które miało premierę w gliwickim Teatrze Miejskim tuż przed wybuchem pandemii, nie mogłoby powstać w WARSawie. Co więcej, budynek przy Rynku Nowego Miasta to częściowo zabytek, więc wszystkich formalności jest lawinowo więcej.

Ale nadal wierzy Pan w siłę organizacji pozarządowych? Może tym bardziej będą one odgrywały rolę w czasie popandemicznym?

Zdecydowanie. Własne zaangażowanie, grupa ludzi, określone środki na działalność, które nie są bez sensu przejadane – to przyszłość dla teatru, zwłaszcza w tych miastach, w których miejsc do prowadzenia kultury jest naprawdę sporo i trzeba oszczędzać, rozliczać się z każdej złotówki.

Wiecie, że kiedyś pracowałem w miejskim teatrze, gdzie na etacie pracowała pani, która w trakcie prób zajmowała się dolewaniem herbaty reżyserowi? Poza tym nie miała zbyt wielu zajęć. To miłe, ale nieco kuriozalne w porównaniu z tym, w jaki sposób i na jakich warunkach wiele prywatnych przedsięwzięć – nie tylko teatralnych – musi funkcjonować.

Pani od dolewania herbaty?

Nic nie zmyślam.

Jednak może się jeszcze okazać, że pani zostanie, za to herbaty nie będzie.

W naszej rzeczywistości wszystko może się zdarzyć.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne