Logo
Recenzje

Osiecka, czyli kiedy piosenka zaczyna mówić

5.10.2026, 14:05 Wersja do druku

„Osiecka” wg scen. i w reż. Ewy Telegi w Teatrze Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. mat. teatru

Z Agnieszką Osiecką jest ten niezwykły problem, że jej piosenki znamy aż za dobrze. Wielokrotnie śpiewane, obecne w recitalach, koncertach i rozmaitych programach, stały się częścią naszej pamięci muzycznej. Rozpoznajemy pierwsze takty, znamy refreny, pamiętamy wykonania. Tym łatwiej jednak zgubić to, co w twórczości Osieckiej najważniejsze: człowieka ukrytego za słowami. Nowe przedstawienie w Teatrze Ateneum próbuje ten stan rzeczy odwrócić. „Osiecka” w reżyserii Ewy Telegi nie jest kolejnym recitalem złożonym z przebojów poetki. To kameralny teatr piosenki, w którym muzyka pozostaje podporządkowana słowu, a aktorka nie tyle wykonuje następne utwory, ile przechodzi przez różne stany emocjonalne jednej bohaterki. To zasadnicza różnica.

Kilka lat temu oglądałem w Teatrze Rampa „Cafe Sax” Cezarego Domagały — przedstawienie oparte na zupełnie innym pomyśle dramaturgicznym. Tam Osiecka została wpuszczona do kawiarni pełnej ludzi. Jej piosenki rozpisano na kilka głosów; bohaterowie spotykali się, mijali, komentowali swoje doświadczenia, a muzyka wykonywana przez zespół budowała szeroką panoramę świata poetki. Było w tym dużo energii, zmienności i teatralnej zabawy. Poszczególne postaci mogły przejąć od Osieckiej fragment jej wrażliwości i zamienić go we własną historię. Ateneum wybiera drogę przeciwną. Zamiast kilku głosów mamy jeden. Zamiast kawiarni pełnej postaci — przestrzeń, w której najważniejsza okazuje się samotność. Zamiast rozbudowanej warstwy muzycznej — pianistę i aktorkę. I paradoksalnie właśnie dzięki temu Osiecka brzmi tutaj pełniej.

Ewa Telega nie próbuje opowiadać biografii poetki. Interesuje ją kobieta, która mogłaby wyjść z kilkunastu, kilkudziesięciu tekstów Osieckiej i spotkać się ze sobą samą podczas jednego wieczoru. Kobieta dojrzała, ale wciąż podatna na złudzenia; niezależna, a jednocześnie spragniona bliskości; ironiczna, lecz boleśnie przeżywająca kolejne rozczarowania. Kobieta, która wie, że miłość nie zawsze prowadzi do szczęśliwego finału, a mimo to wciąż próbuje ją sobie wyobrazić. To bardzo dobry punkt wyjścia, zwłaszcza że piosenki Osieckiej wyjątkowo dobrze znoszą takie teatralne „przesunięcie”. Ich bohaterki nie są papierowymi figurami z sentymentalnych piosenek. Często mówią rzeczy sprzeczne, zmieniają zdanie, bronią się żartem, atakują ironią, a za chwilę odsłaniają bezradność. Ich siła jest podszyta lękiem. Ich niezależność — potrzebą bycia kochaną. Ich dowcip — świadomością przegranej.

Katarzyna Łochowska bardzo dobrze tę wieloznaczność rozumie. Nie śpiewa Osieckiej „po osieckowemu”, nie próbuje imitować znanych wykonawczyń ani dopisywać do piosenek własnej legendy. Jej interpretacje są przede wszystkim aktorskie. Słychać w nich myślenie o tekście, zmianę perspektywy, moment zawahania, ironię, żal, złość, czasem autoironiczny dystans. Dzięki temu słowa, które znamy, zaczynają mieć inny ciężar gatunkowy. I właśnie to jest największą wartością tego przedstawienia.

W czasach, kiedy piosenka teatralna coraz częściej staje się popisem wokalnym, Ateneum proponuje coś znacznie skromniejszego, ale artystycznie bardziej wymagającego: słuchanie. Łochowska nie musi za każdym razem udowadniać, że potrafi śpiewać. Jej zadaniem jest sprawić, żebyśmy uwierzyli kobiecie, która właśnie coś przeżywa. To szczególnie dobrze działa w utworach, które wszyscy znamy. „Na zakręcie”, „Byle nie o miłości”, „Kiedy mnie już nie będzie”, „Uciekaj moje serce”, „Wariatka tańczy” czy „Czy te oczy mogą kłamać” nie są tutaj kolejnymi punktami koncertowego programu. Zostają włączone w narrację o kobiecie, która próbuje zrozumieć własne uczucia. A krótkie fragmenty zapisków, listów czy prozy Osieckiej działają jak szczeliny, przez które możemy zajrzeć do jej świata. Nie są ilustracją piosenek. Są ich dramaturgicznym przedłużeniem.

Bardzo ciekawym pomysłem jest również relacja aktorki z pianistą. Mateusz Dębski — w spektaklu, który widziałem — nie pozostaje anonimowym muzykiem siedzącym przy instrumencie. Jego obecność jest częścią przedstawienia. Pianista reaguje na Łochowską, komentuje jej działania, wchodzi z nią w rodzaj scenicznego dialogu. Raz jest partnerem, innym razem obserwatorem, czasem niemal niewidocznym rozmówcą. To rozwiązanie okazuje się ważniejsze, niż mogłoby się początkowo wydawać. Między kobietą a mężczyzną powstaje bowiem dodatkowa relacja, która odbija tematykę samych piosenek. Ona mówi o mężczyznach, miłości, rozczarowaniu, potrzebie wolności i samotności, a obok niej znajduje się konkretny partner sceniczny. Nie jest jednym z bohaterów jej wspomnień, ale jego obecność sprawia, że wszystko, co mówi, zaczyna mieć drugi plan. Piosenka przestaje być monologiem. Pojawia się możliwość odpowiedzi. To bardzo teatralny pomysł. I chyba właśnie tutaj Ateneum najmocniej oddala się od formuły recitalu.

Bo recital zwykle opiera się na relacji artysta–publiczność. Tutaj pomiędzy wykonawczynią a widownią pojawia się jeszcze ktoś trzeci. Pianista staje się partnerem scenicznego zdarzenia, a jego muzyka nie „przykrywa” aktorki, lecz pozwala jej mówić. Oszczędne aranżacje Dębskiego zostawiają miejsce na oddech, pauzę, słowo. Nie ma potrzeby budowania monumentalnego brzmienia tam, gdzie wystarczy kilka akordów. I dobrze.

Osiecka potrzebuje czasem ciszy bardziej niż orkiestry

To zresztą kolejny punkt, w którym przedstawienie Ateneum różni się od „Cafe Sax”. W Rampie wielogłosowość i obecność zespołu pozwalały pokazać bogactwo świata Osieckiej: jej bohaterów, ich temperamenty, humor, codzienność i różne sposoby przeżywania piosenek. Było w tamtym spektaklu coś z kawiarnianej gawędy, z obserwowania ludzi siedzących przy sąsiednich stolikach. Ateneum zagląda głębiej — i bardziej samotnie. Tam obserwowaliśmy świat Osieckiej. Tutaj obserwujemy kobietę, która ten świat nosi w sobie. Dlatego także humor ma w przedstawieniu inne znaczenie. Nie rozładowuje wyłącznie napięcia. Jest mechanizmem obronnym. Kobieta żartuje, bo nie chce powiedzieć wprost, że cierpi. Ironizuje, bo patos byłby zbyt łatwy. Przechodzi do żartu, bo za chwilę musiałaby przyznać, że znów znalazła się na tym samym zakręcie. I to właśnie wydaje mi się jednym z najciekawszych aspektów scenariusza Ewy Telegi. Nie próbuje ona na siłę uporządkować Osieckiej. Nie buduje z jej piosenek historii miłosnej z początkiem, środkiem i końcem. Przeciwnie: pozostawia bohaterkę w stanie ciągłego wewnętrznego zawieszenia. Raz chce odejść, za chwilę chciałaby zostać. Chce być wolna, ale tęskni za bliskością. Jest rozczarowana mężczyznami, ale wciąż o nich śpiewa. „Zakręt” nie jest więc tylko miejscem, w którym znalazła się bohaterka. Jest stanem psychicznym.

Po wyjściu z Ateneum nie miałem poczucia, że obejrzałem kolejny spektakl z piosenkami Osieckiej. Raczej, że przez ponad godzinę ktoś przypomniał mi, jak bardzo teatralne są te piosenki same w sobie. Każda z nich ma sytuację, bohaterkę, konflikt, czasem niewypowiedzianą historię poprzedzającą pierwsze słowo i taką, która zaczyna się po ostatnim wersie. Katarzyna Łochowska potrafi to wykorzystać. Jej największą zaletą nie jest efektowność, lecz świadomość. Wie, kiedy głos powinien być mocniejszy, a kiedy niemal się wycofać. Wie, że słowo „miłość” nie zawsze trzeba śpiewać z czułością, a słowo „samotność” nie zawsze wymaga łzy. Dzięki temu jej interpretacje nie są jednowymiarowe. Jest w nich i kobieca siła, i zmęczenie, i przekora, i poczucie humoru. A nade wszystko — jest człowiek.

W tym sensie przedstawienie Ateneum jest bardzo dobrym przypomnieniem, dlaczego Osiecka wciąż działa na kolejne pokolenia. Nie dlatego, że napisała wiele popularnych piosenek. Popularność sama w sobie szybko się starzeje. Osiecka przetrwała, ponieważ umiała nazwać rzeczy, których ludzie często nie potrafią powiedzieć sami: tęsknotę za kimś, kto nie wróci; potrzebę ucieczki od związku, którego jednocześnie nie chce się stracić; żal po czymś, co właściwie nigdy się nie wydarzyło; śmieszność własnych nadziei. Dlatego można dziś śpiewać Osiecką zupełnie inaczej niż pół wieku temu i wciąż znaleźć w niej siebie.

Po przedstawieniu Ewy Telegi zostaje mi przede wszystkim Osiecka jako autorka jednej niezwykle pojemnej figury kobiecej. Kobiety, która wciąż próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, jak można jednocześnie kochać i pozostać wolną. I może właśnie dlatego ten kameralny wieczór w Ateneum działa tak dobrze. Bo kiedy zgasną światła, zostaje nie wielka legenda polskiej piosenki, nie zestaw przebojów i nie pomnik poetki. Zostaje kobieta. A ona — jak to u Osieckiej — nadal jest trochę na zakręcie.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także