Logo
Recenzje

Operowa apokalipsa Tuwima

9.04.2026, 16:06 Wersja do druku

„Bal w operze” według Juliana Tuwima w reż. Agnieszki Płoszajskiej w Warszawskiej Operze Kameralnej. Pisze Piotr Zaremba w tygodniku „Sieci”.

fot. mat. teatru

Zachwycony operą rockową „Jesus Christ Superstar", zrealizowaną w Toruniu przez Agnieszkę Płoszajską, podążyłem za jej twórczością. Warszawska Opera Kameralna właśnie wystawiła jej wersję „Balu w operze". Ten poemat Juliana Tuwima z 1936 r., apokaliptyczny portret zdemoralizowanych elit, jest w całości śpiewany.

W wymiarze językowym to arcydzieło słowotwórstwa – obrazy są tu mięsiste, przerażająco przerysowane, przetkane drastycznościami, czasem wulgaryzmami. Treścią jest atak na ówczesne elity – sanacyjne, a nawet bardziej kapitalistyczne. Dostajemy koszmarny sen o świecie staczającym się w przepaść. Otwarty zresztą fragmentem z biblijnej Apokalipsy św. Jana.

Ekipa zgromadzona przez Płoszajską gra to w tzw. Basenie Artystycznym. Śpiewający aktorzy poruszają się po pomoście między rzędami usadowionej jak w knajpie publiczności lub schodzą z niego barwnymi korowodami na podest wypełniony stolikami. W ten sposób w jakiejś mierze uczestniczymy w spektaklu. Jeszcze przed rozpoczęciem artyści wdzięczą się do widzów, robią sobie z nimi sweet focie.

Nie jako znawca, ale miłośnik muzyki muszę uznać techniczną perfekcję widowiska. Muzykę przygotował Leszek Możdżer, nieustannie widoczny w swoim białym garniturze mistrz ceremonii, grający na fortepianie i śpiewający. Płoszajska przestrzegła w wywiadzie, że tło muzyczne, bez wątpienia najbliższe jazzowi, ma być trudne. Ja odebrałem je jako porywające, wraz z wszelkimi tanecznymi i wizualno-plastycznymi niezwykłościami.

I dwie refleksje dotyczące scenicznej wymowy. Reżyserka przy pomocy Małgorzaty Słoniowskiej przebiera młodych wykonawców w barwne, pstrokate kostiumy dzisiejszych bywalców muzycznych klubów. A przecież śpiewają nam o admirałach i ambasadorach. Czy to oznacza, że dziś rolę dawnych dygnitarzy zajęły elity, nazwijmy je umownie – progresywne? Skądinąd pasujące do tuwimowych scen pijaństwa, obżarstwa i hedonistycznego seksu. Jakże plastycznie tłoczą się ci aktorzy wokół baru. Przypomina się choćby afera Epsteina.

Druga refleksja jest wątpliwością. Klimat szampańskiej, wspólnej – podkreślmy to – zabawy może stępiać satyryczne ostrze tuwimowych tekstów. Zwłaszcza kiedy trzeba się wsłuchiwać w wyśpiewywane słowa, a wygodniej jest mieć wrażenie, że balujemy razem z aktorami. Owszem, tekst jest nawet wyświetlany, ale czy wszyscy nadążali z czytaniem?

Może jednak w tej konwencji kryła się przewrotność inscenizatorki? Kto z widzów chce, ten się wsłucha. A reszta? Skoro są aktorami w widowisku, będą w nim grać do końca. I jeszcze się z tego cieszyć.

Tuwim prawi nam o dzikiej chciwości, o roli pieniądza, o hedonizmie uciech. Przewija się też wątek szalejącej za oknami ideologii. Lata 30. to taka sama drapieżna polaryzacja ideologiczna jak dziś. Nic dziwnego, że kończy się masakrą.

Z jednym niekoniecznie się zgadzam. Spektakl zamyka piosenka z mottem: „Wasza jest krew, a ich jest nafta". Wzięto ją z innego utworu – „Do prostego człowieka". Jest z 1929 r. i wzywa do ciśnięcia karabinem o bruk. W zasadniczym poemacie są pacyfistyczne akcenty, ale nie tak kategoryczne. Trudno było wzywać do porzucania karabinu w obliczu zagrożenia ze strony Hitlera. Dziś takim językiem część lewicy – a także prawica Grzegorza Brauna – potępia Trumpa i jednocześnie wzywa do wystrzegania się walki z Putinem.

Forma tego spektaklu daje niewiele miejsca na indywidualne popisy. Może tylko Jeremiasz Gzyl czarował nas sugestywnie jako drugi po Możdżerze mistrz ceremonii. Z podziwem patrzyłem na takie operowo-musicalowe gwiazdy jak Maciej Tomaszewski, które perfekcyjnie wtapiają się w znakomite chóry. Cóż, taka praca.

Tytuł oryginalny

Operowa apokalipsa Tuwima

Źródło:

„Sieci” nr 15

Autor:

Piotr Zaremba

Data publikacji oryginału:

07.04.2026

Sprawdź także