„Starzyński” wg scen. i w reż. Konrada Imieli w Teatrze Syrena w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.
Zima wreszcie się kończy, a więc nastał czas na premierę autorskiego spektaklu, powstałego na zamówienie Teatru Syrena. Już od kilku sezonów, teatr działa w cyklu: koniec lata – musicale amerykańskie lub angielskie, z reguły światowe hity; koniec zimy i zbliżająca się wiosna – polskie produkcje, z „misją (nie wszyscy lubią to określenie). Zamiennie można używać: „edukacyjne”, lub na przykład „poruszające palące problemy społeczne”, czy „przybliżające postacie historyczne”.
Najnowszą taką premierą jest „Starzyński” według scenariusza i w reżyserii Konrada Imieli, na podstawie książki Grzegorza Piątka – „Starzyński. Prezydent z pomnika”. Muszę przyznać, że gdy zostało upublicznione, kto zostanie bohaterem tej produkcji, moje zaskoczenie było ogromne. Jako historyk z wykształcenia, nie bardzo wyobrażałem sobie Stefana Starzyńskiego jako bohatera spektaklu muzycznego, nawet jeżeli będzie to musical biograficzny, czy fabularny, czyli taki, w którym piosenki i taniec są wplecione w dobrze napisaną historię, z poważną dramaturgią.
A jednak! Twórcy tej inscenizacji zaskoczyli mnie podwójnie: treścią i formą! Konrad Imiela stworzył scenariusz z jednej strony odbiegający od tekstu prymarnego, czyli książki Grzegorza Piątka i tak już odbrązowującej tę postaćuważaną za spiżową, ale równocześnie nic nie ujmującej z niewyobrażalnych zasług prezydenta Warszawy, w czasie najtragiczniejszych chwil w historii miasta, a z drugiej strony, zawęził fabułę do nocy i poranka 27 października 1939 r., czyli dnia, w którym aresztowano Starzyńskiego. Za to wzbogacił fabułę o wątki majaków sennych, halucynacje i bardzo osobiste fantazje z przeszłości głównego bohatera. Ten pomysł dał zaskakująco dobry efekt. Dzięki niemu Starzyński z przysłowiowego pomnika, schodzi na ziemię i „staje się” zwykłym człowiekiem, przepełnionym emocjami, intymnymi wspomnieniami, wątpliwościami, dręczonym koszmarami, aż do myśli samobójczych włącznie. Taką fabułę stworzył Konrad Imiela. Ale to jest przecież musical, więc drugim z elementów stanowiących o jakości spektaklu, jest warstwa muzyczna. Za nią odpowiadał Grzegorz Rdzak (muzyka i kierownictwo muzyczne).
Nie jestem specjalistą z tej dziedziny, ale gdy stwierdzę, że byłem zaskoczony, to nic nie stwierdzę. Z tego co się orientuję, zaliczam się do sporego grona osób, dla których musical kojarzy się (w dużym uproszczeniu) z oszałamiającymi, zbiorowymi układami choreograficznymi, ze schodami, piórami z tyłu tancerek, wpadającymi w ucho przebojami wokalnymi, feerią świateł, itd. A w wieczór premierowy, w Syrenie…, Starzyński rapujący?! Jeszcze nie ochłonąłem z wrażenia, a Prezydent zaprezentował Acid Dance w rytm Acid Techno! Po drodze Gestapowcy wykonywali figury taneczne, w rytmie techno, czego moja wiedza muzyczna już nie ogarnia. Szok! Ale jaki pozytywny, bo wszystkie te elementy były widowiskowe i… podobały mi się! Cała warstwa dźwiękowa nie ma nic wspólnego z czasami, w których dzieje się akcja sztuki. To są dźwięki naszych czasów: techno, pop, rap, wymieniony już Acid Dance i inne. To stwarza wspaniałą przeciwwagę do majaków nocnych dręczących bohatera, których leitmotivem są fragmenty „Dziadów” Adama Mickiewicza, wypowiadane przez postać Adama Brodzińskiego, a więc klimaty z gruntu romantyczne.
Choreografia! Oj nie ułatwił pracy zespołowi artystycznemu jej twórca Jacek Gębura. Jednak jego pomysły, w powiązaniu z muzyką i oświetleniem (brawa dla Damiana Pawella), dają ciekawe efekty, chociaż na przykład pełzający po podłodze Gestapowcy, mogą szokować część publiczności.
Jednak jak zawsze, w każdym tego typu wydarzeniu, najwięcej zależy od zespołu artystycznego. A w „Starzyńskim” pomimo opisanych powyżej „trudności” wymyślonych przez twórców, zespół artystyczny zasługuje na słowa najwyższego uznania.
Na mnie największe wrażenie wywarli tym razem panowie.
Oczywiście pochwały należy zacząć od Przemysława Glapińskiego. Dzięki jego znakomitemu aktorstwu, Starzyński nabiera cech prawdziwie ludzkich. To już nie jest tylko bohaterski prezydent. To człowiek, który zrządzeniem losu znalazł się w czasie i w miejscu, w którym nikt nie chciałby się znaleźć. Właściwie wszystkie elementy układanki losowej są przeciwko niemu. I on ma tego świadomość. Toczy sam ze sobą walkę, o to jak ma postąpić. A wybór jest iście szatański. Ratować siebie i zawieść całą społeczność warszawiaków (i nie tylko), albo zostać i próbować ratować, i pomagać ludziom, z absolutną świadomości tego, jakie to niesie dla niego konsekwencje. Po obejrzeniu spektaklu, nie wiem, czy znalazłby się bardziej idealny odtwórca roli Stefana Starzyńskiego od Przemysława Glapińskiego. Aktorsko i wokalnie.
Podobnie jest z Albertem Osikiem jako Stanisławem Lorentzem. On też jest pokazany jako „zwykły” człowiek przepełniony ludzkimi wątpliwościami, lękami i strachem. A jednak, podobne jak jego szef, czyli Starzyński, dokonuje rzeczy niezwykłych (już bez cudzysłowu).
Według mnie, są to najlepsze aktorsko i wokalnie role w tym spektaklu.
Absolutnie nie oznacza to, że pozostały zespół odstaje od tych dwóch artystów. Wprost przeciwnie.
Bardzo dużą i trudną rolę ma do zagrania Mateusz Tomaszewski, będący na scenie prawie cały czas. Trudność polega na tym, że nie jest on ze świata realnego. Jest wytworem halucynacji i wizji, krańcowo przeciążonego mózgu Starzyńskiego. Tomaszewski wciela się w postać Adama Brodzińskiego, młodego poety, będącego według koncepcji reżyserskiej, zlepkiem samego Mickiewicza i Konrada z jego „Dziadów”. Dzięki temu zabiegowi w koszmarną, okupacyjną, przedzaduszkową noc, w ratuszu warszawskim jesteśmy świadkami romantycznych wizji, z korowodami dawno zmarłych postaci. Tomaszewski pokazuje bardzo dobre przygotowanie aktorskie i wokalne oraz wspaniałą sprawność fizyczną.
Kolejną postacią, która bardzo mi się podobała był oponent Starzyńskiego – Władysław Studnicki, grany przez Jacka Plutę. To nie jest wiodąca rola, ale zauważyłem, że każde pojawienie się na scenie Pluty, przyciągało nie tylko moją uwagę, ale również reszty publiczności.
Michał Konarski wciela się w rzadko oglądane w musicalach postacie, które nie wypowiadają żadnych kwestii. Można powiedzieć, że Konarski gra całym sobą, a to nie jest wcale takie łatwe jakby się mogło wydawać. Aktor wciela się w Ojca i Józefa Piłsudskiego.
Gestapowców grają bardzo młodzi aktorzy: Maciej Karbowski i Jakub Jaskulski (jeszcze student warszawskiej Akademii Teatralnej). Jak wspomniałem wyżej, obydwaj wielokrotnie wykonują ciekawe układy choreograficzne
Michał Juraszek w tej inscenizacji wciela się w trzy postacie: Sylwestra Wojewódzkiego, Lecha Niemojewskiego i w Reklamiarz.
Z pań, moją uwagę przyciągnęła najbardziej Julia Bielińska jako Syrena. Można użyć troszkę mitologicznego porównania. Syreny uwodziły przecież śpiewem. Bielińska na spektaklu premierowym również zachwyciła publiczność swoimi zdolnościami wokalnymi. Z tą różnicą, że w mitologii śpiew Syren oznaczał z reguły zgubę dla tych, którzy go słyszeli, a w „Starzyńskim” postać pół kobiety, pół ryby ma dodawać otuchy, podtrzymywać na duchu, zagrzewać do boju i jest przykładem dla wątpiących. Bielińska dodatkowo wciela się w postacie Stefanii Witkowskiej i Reklamiary.
Kolejnym dobrym posunięciem Imieli jako autora scenariusza i reżysera, jest wyeksponowanie postaci Ludwiki Nitschowej. Już mało kto pamięta, że była autorką pomnika Syreny warszawskiej (ale również na przykład: pomnika Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie, płaskorzeźby Murarstwo na placu Konstytucji, czy posągu Kopernika przy wejściu głównym do Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie), a prawie nikt, że przez długie lata walczyła o upamiętnienie postaci Stefana Starzyńskiego i dopiero w 1980 roku dopięła swego i odsłoniła pomnik prezydenta Starzyńskiego, swojego autorstwa. Marta Walesiak-Łabędzka wspaniale wcielając się w postać Nitschowej, nie tylko kreuje wyrazistą rolę, ale również przemawia do publiczności autentycznymi tekstami tej wybitnej rzeźbiarki i wspaniałej osoby. Walesiak-Łabędzka gra podwójną rolę, bo jest również Pauliną, czyli drugą żona Starzyńskiego, zmarłą w maju 1939 roku.
Beatrycze Łukaszewska jest Matką, która nawet zza światów czuwa nad swoim synem, dając mu dobre według niej rady.
Agnieszkę Rose oglądamy również w podwójnej roli: Józi (czyli pierwszej żony Starzyńskiego, która rzuciła go dla Sylwestra Wojewódzkiego) i Reklamiary.
Dzięki pomysłowej scenografii Mateusza Karolczuka świat realny i ten fantasmagoryczny, wzajemnie przenikają się i uzupełniają, stwarzając bardzo ciekawe obrazy.
Jest jeszcze jeden element, o którym kilkakrotnie wspomina się i ma dosyć istotne, symboliczne znaczenie. To czarna ważka z obrazu Józefa Mehoffera „Dziwny ogród”.
Czego jest symbolem i jaką rolę odgrywa w fabule, przekonacie się Państwo po obejrzeniu „Starzyńskiego”, czyli najnowszego musicalu według scenariusza i w reżyserii Konrada Imieli, który można zobaczyć w Teatrze Syrena. A naprawdę warto!
PS:
Jeszcze jedna uwaga istotna szczególnie dla Warszawiaków: spektakl zrealizowano w ramach programu obchodów 80. rocznicy rozpoczęcia odbudowy Warszawy.