Logo
Recenzje

Okiem Obserwatora: Biała bluzka

27.03.2026, 14:22 Wersja do druku

„Biała bluzka” Agnieszki Osieckiej w reż. Magdy Umer w Och-Teatrze w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.

fot. Robert Jaworski

39 lat, to dużo, czy mało? Nad tym filozoficzno-egzystencjalnym pytaniem zastanawiałem się, gdy wchodziłem do Och-Teatru, aby obejrzeć „Białą bluzkę”, monodram wyreżyserowany przez zmarłą niedawno Magdę Umer, a grany przez Krystynę Jandę. To są tak zwane suche fakty. Dalej będę już emocje!

Skąd mi przyszło do głowy 39 lat? Na stronie teatru umieszczona jest informacja, że premiera tej inscenizacji „Białej bluzki” odbyła się w czerwcu 2010 roku, czyli 16 lat temu, ale ja widziałem ten monodram w 1987 roku w Teatrze Żydowskim na placu Grzybowskim. Czyli czas jest pojęciem względnym, bo z jednej strony nie ma już nie tylko tamtej sceny Teatru Żydowskiego, ale również całego budynku, w którym się znajdował, a z drugiej strony spektakl cały czas jest grany i oblegany przez publiczność. Pomimo różnicy prawie czterdziestu lat, obydwie te inscenizacje wywarły na mnie ogromne wrażenie.

Ta pierwsza miała w sobie posmak owocu zakazanego. Towarzyszył jej nimb tajemniczości. Osoby, którym udało się dostać na widownię uważały się za wyróżnione, a w towarzystwie uchodziły za szczęściarzy i wybrańców losu. Tak też się czułem i ja. Oprócz tej otoczki, magnesem przyciągającym tłumy (mnie też) była oczywiście Krystyna Janda, która po filmach Andrzeja Wajdy: „Człowiek z Marmuru” [1977 r.] i „Człowiek z żelaza” [1981], była uważana za zjawiskową enfant terrible polskiej kinematografii i teatru. Jej styl aktorstwa miał tyluż zagorzałych fanów, co równie zagorzałych krytyków. A wymiany zdań między nimi były ostre!

Ówczesny spektakl był taki, jaka wtedy była Janda, ostry, bezkompromisowy, dla mnie i dla bardzo wielu moich znajomych ożywczo prowokacyjny. Pokazywał inne aktorstwo. Janda genialnie interpretowała fenomenalne teksty, które stworzył jeden z najwspanialszych duetów w kulturze polskiej, czyli Agnieszka Osiecka i Magda Umer. A treść monodramu była wtedy w stu procentach aktualna. Przeważająca większość widzów oglądających ten spektakl, grany również gościnnie na wielu scenach w Polsce, mogła powiedzieć (a co najmniej pomyśleć): „to o mnie”, „ja to znam z autopsji”. Właściwie wszyscy mieli na świeżo w pamięci te koszmarne niedogodności dnia codziennego, które tak ciążą dziewczynie (Elżbiecie) granej przez Jandę, nie wspominając już o „ekstremie w zielonej kurtce, z torbą na ulotki”. To był jeden z tych spektakli, który zapadł mi w pamięci i tkwi tam nadal.

A teraz przejdę wreszcie do roku 2026, czyli do wersji „Białej bluzki” granej w Och-Teatrze już od 16 lat.

Pierwszy pozytyw – przed kasą biletową gigantyczna kolejka polująca na wejściówki, a widownia zapełniona do ostatniego miejsca. Po tylu latach taka frekwencja! Właściwie to samo jest już najlepszą recenzją!

Drugie równie pozytywne spostrzeżenie, to publiczność rocznikowo podzielona mniej więcej po połowie. Jedna grupa to „silwersi”, ci którzy znają treść sztuki z autopsji, z czasów swojej młodości. Być może widzieli już „Białą bluzkę” w przeszłości i przyszli podobnie jak ja, aby doświadczyć swoistego deju vu. Ale druga grupa, to młodzi ludzie, których nie było jeszcze na świecie w czasach, o których opowiada fabuła sztuki. W czasie spektaklu z ogromną satysfakcją rejestrowałem zachowania obydwu tych grup, ponieważ zarówno ci starsi, jak i ci młodsi, mieli podobne reakcje w podobnych momentach. Czyli tekst Agnieszki Osieckiej i Magdy Umer, i gra Krystyny Jandy są ponadczasowe i działają na wszystkie pokolenia.

Bo tak jest w istocie. Mogę to stwierdzić z całą stanowczością, ponieważ w stosunku do młodych widzów miałem tę przewagę, że mogłem porównywać te „dwie” „Białe bluzki”. 

Oczywiście, że zauważyłem różnice. Ta sprzed czterech dekad to był żywioł, nieokiełznany, spontaniczny sprzeciw wobec ówczesnej rzeczywistości, odczłowieczającym warunkom życia, które w przypadku Elżbiety (bohaterka monodramu) implikowały jej życie, również to uczuciowe. 

W spektaklu, który oglądałem w 2026 roku, Janda opowiada tę samą historię, ale w zupełnie inny sposób. Dla mnie jeszcze bardziej przejmujący, niż dekady temu. Wtedy był żywioł, furia, teraz jest to przejmujące wyznanie sprawiającej wrażenie pogodzenia się ze swoim losem kobiety, która nie dość, że nie może przystosować się do warunków życia w otaczającym ją świecie, ale jeszcze głębiej przeżywa niemożność spełnienia się w miłości. W swojej walce o ukochanego jest bardziej rozpamiętująca i wyciszona, niż ta sprzed czterech dekad. Mnie zafascynowała Janda w tym wcieleniu. Ale ważniejsze jest to, iż odniosłem wrażenie, że również publiczność, szczególnie ta młodsza, podzielała tę moją fascynację. To właśnie miałem na myśli mówiąc o ponadczasowości „Białej bluzki”. Absolutne mistrzostwo Krystyny Jandy polega na tym, że jej gra działa tak samo na różne pokolenia odbiorców. Taką władzę nad publicznością miał kiedyś Tadeusz Łomnicki. To jest aktorstwo najwyższej próby. 

Za oprawę muzyczną odpowiada Janusz Bogacki, akompaniujący artystce na żywo, wraz ze swoim zespołem, w skład którego wchodzą muzycy dużo młodszego pokolenia: Tomasz Bogacki [gitara], Paweł Pańta [kontrabas], Patryk Dobosz [perkusja].

Bardzo ciekawe i wywołujące różne uczucia w różnych grupach wiekowych są projekcje filmowe. Dla starszych są one powrotem do przeszłości, dla młodszych lekcją historii, pokazaniem „jak było”. Za te projekcje odpowiadają Zofia Halwic [montaż materiałów filmowych] i Piotr Buźniak [realizacja wideo].

Bardzo oszczędna, ale idealnie pasująca do klimatu sztuki jest scenografia zrealizowana przez Małgorzatę Domańską, według koncepcji Magdy Umer.

Jeżeli tylko będzie mieli Państwo możliwość zobaczenia „Białej bluzki” na żywo, nie przegapcie tej okazji, do przekonania się o prawdziwości moich słów napisanych powyżej. Takie spektakle nie zdarzają się często!

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także