Z Tomaszem Manem, reżyserem „Vadera. Wojny totalnej” rozmawia Jarek Szubrycht, autor książki, której spektakl jest adaptacją.
Jarek Szubrycht: Podaj skład i dyskografię Vadera.
Tomasz Man: Świetne! Poczekaj włączę Wikipedię. (śmiech)
Tak naprawdę moje pytanie brzmi: czy jesteś metalowcem?
Jestem. Byłem, jestem i chyba będę. Ty chyba też?
Tak, ja też. Od czego zacząłeś?
Mam astmę, więc jeździłem do sanatoriów. Byłem w siódmej klasie, kiedy w Szczawnie-Zdroju trafiłem do pokoju z koleżką, który przywiózł magnetofon szpulowy. Puszczał Deep Purple, TSA, Sex Pistols, te klimaty. Pamiętam, że najbardziej spodobało mi się „Smoke on the Water”.
Po powrocie z sanatorium już wiedziałeś czego chcesz?
Siostra cioteczna dała mi pierwszą płytę Iron Maiden. W Rzeszowie, na początku lat 80. to oznaczało, że zostałem bogaczem. Niewiele później pojechałem na koncert Ironów do Wrocławia. Grali w Hali Ludowej, po płycie „Powerslave”. To była miazga.
Metal, szczególnie w nastoletnim wieku, to zwykle doświadczenie społeczne. Miałeś podwórkową ekipę, z którą się trzymałeś?
Miałem kumpla Andrzeja, który obecnie jest profesorem historii w Rzeszowie. Z nim pojechałem na pierwszą Metalmanię, w kwietniu 1986 roku. Od początku roku planowaliśmy ucieczkę z lekcji. Okłamaliśmy też rodziców, że idziemy na noc do kolegi, uczyć się niemieckiego. W Katowicach o godzinie 22 wsiedliśmy w pociąg powrotny i rano byliśmy na zajęciach. Nie miałem wokół siebie większej załogi. Tylko z Andrzejem mogłem rozmawiać o metalu, reszta kolegów słuchała lżejszych rzeczy.
Na pierwszej Metalmanii grał Vader.
Ich koncert mnie po prostu rozwalił. Nie wiedziałem, że w Polsce może istnieć tak szybki, tak dobry i profesjonalny zespół. Do tego świetnie wyglądali. Pomyślałem sobie, że to jest zachodni styl, prawie jak Slayer.
Tamtemu koncertowi Vadera sprzed 40 lat zawdzięczamy dzisiejszy spektakl? Aż tak duże zrobili na tobie wrażenie?
Są też inne powody. Pamiętam premierę płyty „The Ultimate Incantation” i uczucie zazdrości. Ja też grałem w zespole i niestety nigdy nie udało mi się znaleźć zawodników, którzy zagraliby tak ekstremalnie. Nasz basista, wiadomo, uwielbiał funk. Perkusista nie umiał grać na stopach tak szybko jak Docent, a wokalista śpiewał czysto, bardziej w stylu Judas Priest. Zazdrościłem im, ale oczywiście również podziwiałem. Wszyscy byliśmy dumni z Vadera, kiedy pojawili się w MTV.
Metal to teatr – operuje pewną umownością, muzycy wchodzą w role, posługują się rekwizytami, których znaczenie publiczność łatwo dekoduje.
W sensie czysto estetycznym metal jest bardzo teatralny.
Operuje jednak w trochę innych rejestrach niż teatr, którym ty się zajmujesz. Czy zderzenie tych dwóch teatrów nie rozszczelni iluzji, nie zaburzy któregoś z tych porządków?
Ten koncert Iron Maiden, który widziałem w 1984 roku, był bardzo teatralny. Były symbole, rekwizyty, przebrania, aktorzy grający swoje role. Przecież Bruce Dickinson, kiedy śpiewał o Spitfire’ach, nie był wokalistą zespołu muzycznego, tylko lotnikiem. Jak walczył z Eddie’em, to był rycerzem. Nie widzę różnicy między teatrem a metalem. W obu przypadkach wprowadzamy ludzi w świat, który jest nierealny, wymyślony. Posługujemy się podobnymi środkami wyrazu.
Zatem twoja „Wojna totalna” to teatr o teatrze? Metateatr? Oznaczałoby to niemałe wyzwanie dla aktorów, którzy będą musieli wejść w rolę, w niej w kolejną, piętrową rolę o bardzo charakterystycznych kodach, gestach i języku. Jak to zrobić, by nie popaść w groteskę?
To było najtrudniejsze zadanie. Dlatego zdecydowałem się na teatr dokumentalny. Mamy do czynienia z fanami Vadera, którzy opowiadają tę historię i fanką, która jest ubrana trochę jak baletnica z „Dark Age”, a trochę jak metalowa dziewczyna. Wszystko rozgrywa się w ich opowieściach. Od początku wiedzieliśmy, że nie powinniśmy próbować pokazać wprost Vadera na scenie, bo Krzysiek Szczerbiński może przekazywać opowieść Petera, ale nie powinien go udawać. To rzeczywiście byłaby groteska i to jest chyba największe niebezpieczeństwo związane z używaniem metalu w teatrze. Janek Klata zrobił to wspaniale, bo w „Weselu” wprowadził Furię zza grobu. To jest prawdziwy death metal, strzał w dziesiątkę! Chyba więc znaleźliśmy odpowiedź na pytanie, dlaczego metal w teatrze jest trudny do użycia. To poważna muzyka, dotykająca poważnych tematów. Jeśli ktoś tego nie czuje i nie rozumie, wywróci się na tym. To będą fałszywe gesty, fałszywe zachowania i złe odczytania.
Co w tej historii jest dla ciebie najważniejsze? O czym jest twój spektakl, poza tym, że jest o Vaderze i metalu?
O pasji, uporze, konsekwencji i miłości do tego, co się robi. Fajnie byłoby, gdyby przychodzili młodzi ludzie, którzy grają, malują, którym coś siedzi w sercu i o czymś marzą. Chciałbym, żeby ze spektaklu wynieśli myśl, że jeśli będą konsekwentni i będą wierzyć w to, co robią, osiągną sukces. Tego nas uczy Vader. Kojarzy mi się to trochę z historią Roberta Lewandowskiego. Długo musiał się męczyć, przedzierać, zanim go wypatrzyli. Całe te pierwsze lata miał pod górę, nikt go nie doceniał. Za mały, za chudy, kontuzjowany, tu go nie chcieli, stamtąd go wywalili. On jednak zawsze zostawał godzinę po treningu i to dało efekty. Mam wrażenie, że tak samo jest z Vaderem, że oni też przez te wszystkie lata tę godzinę dłużej pracowali.
Ciekawe porównanie, chociaż Lewandowski już wiedział, że można, istniały precedensy. Przed nim był chociażby Boniek. Vader porwał się na coś, co wydawało się absurdalne, po prostu niemożliwe.
Tak, masz rację. Inni przed nimi próbowali, na przykład TSA wydali płytę po angielsku, ale zupełnie uszła z nich energia, nie dało się tego słuchać. Natomiast Vader po angielsku brzmiał genialnie. Pytałem Petera, jak to się zaczęło. Powiedział, że przez przypadek. Czarny, ówczesny wokalista, zaangażował się w jakąś bójkę podczas koncertu, więc Peter podszedł do mikrofonu i zaczął growlować. Pytałem, czy uczył się grania i tworzenia muzyki, a on tylko się zaśmiał. Poza krótkim epizodem ze skrzypcami w dzieciństwie, nikt go nigdy niczego nie uczył. Mimo to Vader był pierwszym zespołem z Polski, któremu się udało.
Na „Vadera. Wojnę totalną” wybiorą się zapewne stali bywalcy Teatru im. Stefana Jaracza, przyjdą mieszkańcy Olsztyna, którzy znają tę historię i będą chcieli sprawdzić, jak to, co pokazałeś, ma się do ich wspomnień, ale pojawią się też fani metalu, którzy będą ten spektakl zupełnie inaczej odbierać, bo czegoś innego będą w nim szukać.
Pierwszy raz w mojej karierze reżyserskiej zdarzyło się, że już po samym ogłoszeniu prac nad spektaklem odezwało się do mnie tak dużo różnych ludzi. Pojawiły się zaproszenia, więc przygotowujemy się również do tego, żeby trochę pojeździć z naszym „Vaderem…”.
Naturalnie. Skoro macie sztukę o Vaderze, musi być trasa.
Wszedłem też na stronę fanów zespołu i rozwalił mnie jeden z komentarzy, zamieszczony pod postem o spektaklu. „Po raz pierwszy będę w teatrze” – ktoś napisał. I to jest super. Teatr nie powinien ograniczać się tylko do grzecznych, sprawdzonych tematów, powinien być otwarty również na takie emocje.