Logo
Magazyn

Odzyskana siła kobiet

19.12.2025, 08:30 Wersja do druku

W swoich pracach reżyserskich Ewelina Marciniak poddaje refleksji kobiecość. Polska artystka zajmuje radykalne stanowisko, nie sprawiając przy tym wrażenia zawziętej. Jej teatr zachęca do dyskusji. Krytyka feministyczna i zmysłowość nie stanowią dla niej sprzeczności. Wręcz przeciwnie: w języku teatralnym Marciniak te dwa elementy łączą się w jedno. Pisze Elisabeth Maier w „Notatniku Teatralnym”.

fot. Natalia Kabanow

W ten sposób 41-latka w zaskakująco nowy sposób interpretuje klasyczne teksty z perspektywy kobiety dwudziestego pierwszego wieku. Jej spojrzenie na dawny kanon dramatyczny jest bezpretensjonalne, co czyni ją jednym z najsilniejszych głosów reżyserskich swojego pokolenia.

W Polsce Marciniak należy od lat do gwiazd reżyserii. Po tym, jak w 2017 roku dyrektor teatru we Fryburgu Peter Carp pozyskał ją dla teatru niemieckojęzycznego, również tam szybko awansowała do pierwszej ligi. Człowiek teatru, który uchodzi za odkrywcę młodych, międzynarodowych talentów, miał w tym przypadku dobrego nosa. Przełomem w Niemczech okazał się dla niej Sen nocy letniej Williama Shakespeare’a, zrealizowany w teatrze miejskim we Fryburgu.

Od tego czasu jej pracami są zainteresowane znaczące niemieckojęzyczne teatry. Umacnianie artystycznej perspektywy kobiet w teatrze kształtuje obecny dyskurs, a polska reżyserka jest jedną z jego prekursorek. Swoim zmysłowym, obrazowym teatrem ciała idzie jednak znacznie dalej niż wiele jej niemieckich koleżanek. Przy tym jej podejście estetyczne jest równie nowe i niecodzienne, co jej interpretacje dzieł dramatycznych, które wydawały się dobrze znane. W Thalia Theater w Hamburgu wyreżyserowała Boksera na podstawie bestsellerowej powieści Król polskiego pisarza Szczepana Twardocha. Za tę pracę została w 2020 roku wyróżniona niemiecką nagrodą teatralną Der Faust. Wraz ze swoimi polskimi zespołami reżyserskimi poszerza horyzonty niemieckich scen o kraj za wschodnią granicą. Dzięki tej wszechstronnej artystce, która zawsze tworzy koncepcję swojego teatru z perspektywy europejskiej, zyskują teatry po obu stronach granicy.

Ze swoją inscenizację Dziewicy Orleańskiej Friedricha Schillera w Teatrze Narodowym w Mannheim Marciniak została zaproszona w 2022 roku na festiwal Theatertreffen w Berlinie. Patetyczna tragedia niemieckiego poety uchodzi dziś powszechnie za niewystawialną. Postać kobieca u Schillera to skostniały męski konstrukt. Również językowo dramat brzmi archaicznie, uwięziony w ciasnym gorsecie blankversu. Wspólnie z dramatopisarką Joanną Bednarczyk i tłumaczem Olafem Kühlem Marciniak zredukowała klasyczny tekst do kluczowych motywów i przemyślnie go zmodyfikowała.

Reżyserka spojrzała na tekst z ponadczasowej perspektywy. Rozbiła postać Joanny na jej wcielenia z różnych stuleci. Wraz z zespołem Teatru Narodowego wyruszyła na poszukiwanie współczesnych Joann, które muszą dochodzić swoich praw w zdominowanym przez mężczyzn społeczeństwie. Takie wzorce odnalazła w swoim świecie – na scenie teatralnej dwudziestego pierwszego wieku. W jej wizualnie imponującej inscenizacji dwie aktorki walczą o właściwą interpretację klasycznego dzieła. Młodsza, Annemarie Brüntjen, spogląda na swoją rolę z krytycznym dystansem. Starsza, Ragna Pitoll, przepełniona dumą, opowiada, że jej również dane było kiedyś zagrać Joannę – rolę, o której dekady temu marzyło wiele aktorek. Marciniak konsekwentnie dekonstruuje tę iluzję. Obraz kobiety, jaki wyłania się z dramatu Schillera, jest bowiem przesiąknięty męskimi projekcjami. „Dziewicza wojowniczka”, którą Schiller wystylizował na bohaterkę, jest odarta z kobiecości. W odpowiedzi reżyserka wraz ze swoimi aktorkami kreuje współczesny kontrwizerunek: jej postacie kobiece mogą okazywać uczucia i po prostu być ludźmi.

Konsekwentnie feministyczne podejście Marciniak obnaża braki europejskiego systemu teatralnego, w którym kobieca perspektywa wciąż zbyt rzadko dochodzi do głosu. Reżyserki napotykają jednak na bariery również w codziennej pracy. Nawet ruch #MeToo i parytet kobiet na festiwalu Theatertreffen w Berlinie nadal powolnie kruszą zacementowane schematy myślenia.

Jak trudną pozycję mają artystki w europejskim systemie teatralnym, sama reżyserka, jako młoda matka, odczuwa to własnej skórze. W wielu teatrach pogodzenie życia rodzinnego z pracą artystyczną okazuje się niezwykle trudne. Mimo pięknych deklaracji granice są tu nadal wąsko zakreślone. W tym systemie autoeksploatacji nie ma miejsca na dzieci i zobowiązania rodzinne. Tutaj Marciniak jasno wyraża swoje stanowisko polityczne: uważa, że to się musi zmienić. Reżyserka chce dać głos kobietom w teatrze, aby kobieca perspektywa była na scenach reprezentowana na równych prawach. Tylko w ten sposób, jak twierdzi, można odwzorować społeczeństwo w całej jego złożoności. Dla młodych artystek polska reżyserka chce być wzorem do naśladowania.

Marciniak w żadnym razie nie prowadzi tej walki z goryczą. Jest to również wyczuwalne w jej pracy teatralnej. O tym, jak humorystyczna i uwodzicielsko lekka potrafi być jej interpretacja nawet najcięższych tematów, świadczyła jej inscenizacja Salome Oscara Wilde’a w monachijskim Residenztheater. Protagonistka uwięziona jest bowiem w męskich fantazjach swojego przybranego ojca Heroda.

Biblijną historię, którą brytyjski literat Wilde na nowo opowiedział w swojej francuskojęzycznej jednoaktówce, polski autor Jarosław Murawski rozszerza o nowy wymiar czasowy. Tekst odbija się tu w losach Geli Raubal, siostrzenicy Adolfa Hitlera. W monachijskim mieszkaniu przy Prinzregentenplatz przyszły dyktator przetrzymywał swoją młodą krewną niczym więźniarkę. Marciniak i jej zespół, inteligentnie i bez upiększania, ukazują, co dla dwóch kobiet z tak odmiennych epok i światów oznacza uwięzienie w złotej klatce. W roli Geli Vassilissa Reznikoff tańczy na rurze. W śmiertelnym szale poruszają się kończyny kobiety zmuszonej do wystawiania się na pokaz w nazistowskich Niemczech. Sztuka reżyserska Marciniak domaga się od aktorów takiej właśnie fizyczności.

W monachijskim, zdobionym złotem teatrze Cuvilliés, wzniesionym przez elektora Maksymiliana III w połowie osiemnastego wieku, autor Murawski zbiera towarzystwo, które nie spotkało się nigdy w rzeczywistości. Kompozytor Richard Strauss doprowadził do prapremiery libretta do tekstu Wilde’a w 1906 roku. Pod koniec dziewiętnastego wieku poeta wzbudził swym dziełem skandal w pruderyjnej Anglii, by wkrótce później, bo już w roku 1900, umrzeć w Paryżu. Jego jednoaktówka zainspirowała Straussa do stworzenia opery, w której upojenie i krwawa namiętność stapiają się w jedność. Obco w tym kontekście czasowym jawi się również Raubal jako postać dramatyczna. Urodziła się bowiem dopiero w 1908 roku.

fot. Birgit Hupfeld

Marciniak prowokuje aktorów i aktorki do kwestionowania ich ról. Skoki czasowe, które reżyserka proponuje zarówno im, jak i publiczności, są gwałtowne. Nicola Mastroberardino, wcielając się w postać maestro Straussa, demaskuje małostkowe, pełne rywalizacji zachowania ówczesnej sceny muzycznej. W poczuciu wyższości mierzy się on ze swoimi kolegami – Gustavem Mahlerem i Arnoldem Schönbergiem. Intelektualny dandys Wilde rzuca mu wyzwanie, jako że jego życie było dramatyczną walką o byt: „Siedziałem w więzieniu z miłości” – wyznaje angielski homoseksualista, który uciekł do bardziej liberalnego Paryża. Zespół reżyserski uwzględnia perspektywę zarówno kompozytora, jak i autora, otwierając tym samym nowe spojrzenie na biblijny motyw.

Przy tym Marciniak rozbija role płciowe. Linda Blümchen jako Salome desperacko walczy o proroka Jochanaana, który nie odwzajemnia jej uczuć. Lisa Stiegler natomiast wciela się w podwójną rolę Oscara Wilde’a i Jochanaana. Jako Jan Chrzciciel ukazuje subtelne momenty zrozumienia, wijąc się w jednoczesnej odrazie. To wzbudza nienawiść Salome, sprawiając, że staje się ona krwiożerczą furią, domagającą się głowy ukochanego. Stiegler nieustannie odnajduje w obu tych rolach zaskakujące punkty styczne. Wilde i Jochanaan – to oni wyzwalają w opętanych namiętnością kobietach, Geli i Salome, emocje, nad którymi obie nie są już w stanie zapanować. Obsada ról jest trafna. Stiegler jako kobieta spogląda chłodno i z dystansem na motywacje obu męskich postaci.

Niewątpliwą siłą reżyserki jest przekuwanie wielkich emocji w ekspresyjną choreografię ruchu. Teksty czyta i interpretuje niczym partytury, wydobywając z nich ukryte tony. Każe ciału wołać o pomoc tam, gdzie słowa okazują się bezsilne – ruchy i gesty demaskują prawdziwe pobudki bohaterów. Ta przenikliwość stanowi o wartości jej nowego odczytania Salome. Wprowadzając do fabuły tragiczną postać z najnowszej historii – siostrzenicę Hitlera – Marciniak wyzwala utwór z nostalgicznej demonizacji. Salome jawi się jako kochająca kobieta, która błaga o uznanie. Czyni to z niej postać całkowicie współczesną. Opowiada o kobietach uczących się akceptacji własnej kobiecości. Reżyserka zdaje sobie sprawę z tego, jak daleka jest to droga. Zarówno wczoraj, jak i dziś społeczeństwo oraz scena kulturalna pozostają pod dominującym wpływem mężczyzn i ich rytuałów.

I wreszcie Salome w Monachium to wielki teatr zespołowy. Artystka koncentruje swoją pracę całkowicie na aktorach i aktorkach. Jej koncepcje reżyserskie są mocne, ale wypracowuje je wspólnie z zespołami. To uwalnia twórczy potencjał. Zdaniem jej wieloletniego współpracownika, monachijskiego dramaturga Michaela Billenkampa, ta obdarzona talentem komunikacyjnym Marciniak „stawia na trwałe relacje zawodowe”, trwające niekiedy wiele lat. Jest dla niego „reżyserką aktorów i zespołów”. Ta konsekwentna praca teatralna odróżnia ją od pędzącego teatru reżyserskiego jej pokolenia.

W swoich spektaklach dramatycznych sprawia, że słowa wybrzmiewają pełnią. Stąd już blisko do opery. Swoje pierwsze prace w teatrze muzycznym zrealizowała w Bernie. Od razu podjęła największe wyzwanie – monumentalny Pierścień Nibelunga Richarda Wagnera. Opera stanowi dla artystki „ekscytujące wyzwanie”. Jej obrazowy, podkreślający fizyczność język teatralny pozwolił w sposób nowatorski i przekonujący przenieść na scenę Wagnerowski kosmos muzyczny – wystawiany w szwajcarskiej stolicy przez cztery sezony. Jej styl reżyserski również w spektaklach dramatycznych cechują muzyczność i wyczucie rytmu tekstu.

Po Złocie Renu i Walkirii polska reżyserka wystawiła w eleganckiej operze nad rzeką Aare swoją trzecią Wagnerowską operę – Zygfryda. W roku 2025 zaprezentowała tam czwartą i ostatnią część Pierścienia Nibelunga – Zmierzch bogów. W Zygfrydzie uwolniła to monumentalne dzieło od heroicznego mitu, pozwalając postaciom być po prostu ludźmi. Jonathan Stoughton przedstawia swojego niemieckiego bohatera jako młodego mężczyznę, który dopiero musi odnaleźć swoją drogę. Zarówno w miłości, jak i w życiu brak mu jeszcze wiele. Marciniak osadza go w rzeczywistości swojej publiczności. Zwłaszcza młodzi ludzie odnajdują się w tym przepełnionym wątpliwościami bohaterze.

fot. Birgit Hupfeld/ mat. prasowe Residenztheater

Opera bardzo sprzyja jej rozłożystym i sugestywnym obrazom teatralnym. Również tutaj reżyserka współpracuje przy scenografii ze swoim sprawdzonym zespołem. Julia Kornacka w Zygfrydzie osiągnęła równowagę między nowoczesną codzienną modą a fantastycznymi kostiumami. Patricia Westley w roli Leśnego Ptaszka nosi delikatny kostium zwierzęcy. Za pomocą tkanin Kornacka odtwarza okrągłość ciała. Swoim pełnym sopranem Westley nadaje tajemniczą głębię postaci ptaka ostrzegającego Zygfryda przed niecnymi zamiarami karła Mimego.

Zygfrydzie Mirek Kaczmarek osadził swoją scenografię między rzeczywistością a mitem. Legendarne postacie Pieśni o Nibelungach poruszają się w wystylizowanym otoczeniu. Wzrok przyciąga neonowo zielona konstrukcja w centralnym punkcie. Dzika natura przejmuje kontrolę nad ludzką cywilizacją. Splątane pajęczyny z liści przywodzą na myśl las, w którym ukrywa się owiana legendą Jaskinia Zazdrości. W tej surrealistycznej scenerii zespół taneczny wskazuje Zygfrydowi drogę do bohaterskiego życia.

Szorstkimi ruchami ciała tancerze i tancerki odzwierciedlają emocjonalne zmagania tytułowego bohatera z jego złowrogim przybranym ojcem Mimem. Choreograf Mikołaj Karczewski doprowadza ich do granic fizycznych możliwości. Ta nacechowana cielesnością forma wyrazu znacznie poszerza środki estetyczne opery. Marciniak mówi o „skrajnie sprzecznych uczuciach”, w których tkwią postacie Wagnerowskiego „festiwalu” scenicznego. Na ich styku pozwala przemówić tańcowi. Poprowadzony w Bernie przez Nicholasa Cartera Wagnerowski dramat muzyczny trzyma w napięciu.

Reżyserka bardzo poważnie traktuje Wagnerowskie marzenie o Gesamtkunstwerk [dziele totalnym – przyp. red.]. To, że Marciniak świadomie zmaga się z dziełami i epoką, w której powstały, szczerze się w nie wsłuchując, dodaje jej pracom autentyczności. Postacie w operze Wagnera nie są tak po prostu dekonstruowane. Reżyserka pozwala bohaterom i bohaterkom być również słabymi, samotnymi ludźmi. Pilnuje jednak, by nie zatarło się ich człowieczeństwo. Zarówno w operach, jak i w dramatach wyraźnie widać, jak intensywnie przenika materię i formę dzieła. Między innymi dlatego artystka planuje i pracuje w bardzo długiej perspektywie czasowej. Potrzebuje obszernego okresu przygotowawczego, aby poznać dzieła, śpiewaków i aktorów danej sceny.

To, że w centrum uwagi stawia klasyczną męską postać Zygfryda, na pierwszy rzut oka wydaje się u Marciniak niezwykłe. Właśnie w tym jednak tkwi urok jej berneńskiego Pierścienia Nibelunga. Jej Zygfryd może ponosić porażki. W miłosnych zmaganiach z piękną Brunhildą w wykonaniu Stéphanie Müther kochankowie są na równym poziomie. Podczas pierwszego spotkania oboje noszą męskie kostiumy. Operę Wagnera, której fabułę naznacza męski kult bohaterstwa, reżyserka ogląda na nowo z kobiecej perspektywy – w sposób świeży i oryginalny.

Ciemna strona mitu stanowi oś Zmierzchu bogów Wagnera, czwartej i ostatniej części Pierścienia Nibelunga. Mowa tu o wojnie, śmierci i końcu ludzkiej cywilizacji. Dla Marciniak, która swoje prace reżyserskie zawsze odnosi do teraźniejszości, w kwietniu 2025 roku zamknął się pod wieloma względami pewien cykl.

Uwaga reżyserki nie skupia się już na bohaterze Zygfrydzie. To Brunhilda, jego jedyna prawdziwa miłość, przywraca równowagę rozpadającemu się światu. W tej roli podczas pięcioipółgodzinnego wieczoru w Operze Berneńskiej błyszczy mezzosopranistka Claude Eichenberger. Marciniak odkrywa w Wagnerowskim pierwowzorze zapomnianą moc kobiet.

W ostatniej części Wagnerowskiego Pierścienia Nibelunga reżyserka odsłania krwawą rzeczywistość nordyckiego świata bohaterów, którą Wagner idealizował podczas swoich festiwali scenicznych. Podczas gdy pogromca smoków Zygfryd daje się uwieść intrygom zdradliwego rodzeństwa – Gunthera i Gutrune, choreograf Karczewski kreuje w tle destrukcyjny świat równoległy. Ciała tancerek i tancerzy dosłownie wybuchają. Ucieleśniają niesprawiedliwość skrywającą się za świetlanymi bohaterskimi mitami. Ich rozpaczliwe ruchy poruszają do głębi. Jeden z tancerzy zostaje oblany teatralną krwią i dogorywa w konwulsjach w szklanej klatce.

Mocne akcenty stawia chór operowy pod kierownictwem Zsolta Czetnera. Śpiewacy i śpiewaczki w hełmach i zbrojach towarzyszą Zygfrydowi w jego drodze ku śmierci.

Prawdziwa bohaterka Zmierzchu bogów nie dzierży miecza. Brunhilda siedzi na sofie i czyta. Eichenberger kreuje wojowniczą walkirię jako mądrą kobietę, która podąża własną drogą. Tenor bohaterski James Kee demontuje Zygfryda potężnym głosem i wyrafinowanym aktorstwem. I tutaj reżyserka Marciniak prowokuje wszystkich do zakwestionowania swoich ról. Cassandra Wright jako Gutrune sprawia, że Zygfryd dzięki magicznemu napojowi zapomina o swojej Brunhildzie. Sopranistka pozwala jednak, by jej postać się pod tym załamała.

Zmierzchu bogów Wagnera nie ma zwycięzców. Ostatnia część Pierścienia Nibelunga miała premierę w 1876 roku na festiwalu w Bayreuth. Swoją mroczną, a jednocześnie monumentalną wizję przyszłości Wagner skonceptualizował kilkadziesiąt lat wcześniej pod wpływem rewolucji z lat 1848–1849. W Zmierzchu bogów centralnym motywem jest zniszczenie wszystkich systemów wartości. Nie tylko partytura, ale także libretto pochodzi od Wagnera. W tym świecie nie ma zwycięzców – wtedy tak samo jak dziś.

Archaiczny tekst, w którym Wagner gloryfikuje swoich legendarnych bohaterów, sprawia, że monumentalna opera jest trudno przyswajalna. W berneńskim Zmierzchu bogów dominują obrazy, które wbijają się w pamięć. Kaczmarek stworzył ponadczasową scenografię w najlepszym tego słowa znaczeniu. Zielone plamy światła, które dominowały w przestrzeni Zygfryda, zostają wyparte przez mroczną ciemność. Raz po raz przebłyskują wspomnienia lepszych czasów, kiedy marzenia o złocie Renu i miłości napędzały bohaterów do wielkich czynów. Ciemne tony dominują również w kostiumach Kornackiej w czwartej części. Projektantka kostiumów stawia na czerń, zimny błękit i biel, która straciła wszelką świetlistość.

W ostatniej części dominuje nienawiść. Kiedy Zygfryd wpada w szpony Gunthera, Gutrune i ich przyrodniego brata Hagena, z drążka zwisają tusze zabitych zwierząt. To przerażający obraz zniszczenia. Jako outsider upadłej rodziny Christian Valle kreuje swojego Hagena. Wstępuje na scenę silny i pozornie pewny siebie.

Swoim ciemnym basem emanuje pewnością siebie. Jednak pozory mylą. Valle demaskuje rozdarcie człowieka. Po podstępnym zamordowaniu Zygfryda sam zostaje wciągnięty w nurt przez córy Renu. Marcela Rahal, Westley i Evgenia Asanova tańczą w falach w złocistej bezkształtnej masie. Domagają się zwrotu pierścienia Nibelunga. Brunhilda spełnia ich życzenie. Z miłości do Zygfryda, któremu wybaczyła zdradę, sama zstępuje do wody.

Dzięki temu mocnemu zakończeniu berneńska Brunhilda w Zmierzchu bogów dołącza do grona silnych postaci kobiecych, które Marciniak wydobywa z literackiego kanonu minionych stuleci. Co prawda interpretuje ona klasyczne postacie z feministycznego punktu widzenia, jednak dzięki temu wykorzystuje ogromny potencjał dramatu, aby na scenie wykreować świat, w którym nie ma już niesprawiedliwości pomiędzy płciami. Jej kobiety mogą być kobiece, zmysłowe i obdarzone siłą przywódczą. W swojej pracy z zespołami reżyserka niestrudzenie rozwija wizję wolnych, kochających się ludzi.

Elisabeth Maier

Z języka niemieckiego tłumaczyła Ewa Pokorny

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

Tytuł oryginalny

Odzyskana siła kobiet

Źródło:

„Notatnik Teatralny” nr 100-101/2025

Wątki tematyczne

Sprawdź także