„Sublokatorka” na podstawie prozy Hanny Krall w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Pisze Kamila Zębik.
A tak się cieszyłam na głęboki i intelektualny dialog teatralny ponad Wisłą! Teraz czekam z duszą na ramieniu na dyrektorsko-reżyserski debiut Jana Klaty w Narodowym, bo pierwsze przedstawienie w reżyserii dyrektorki Mai Kleczewskiej w Powszechnym zawiodło mnie i zdumiało. Nawet bardziej zdumiało niż zawiodło, bo oto nagle artystka, która jak mało kto umie widzowi wkładać widelec w oko, zrobiła przedstawienie... banalne, jakby ilustracyjne, niebezpiecznie zbliżające się do miana spektaklu edukacyjnego.
Holokaust jest nieustająco obecny w polskim teatrze, filmie i literaturze i wydawało mi się, że Kleczewska zabierając się – zwłaszcza teraz – za sceniczną adaptację „Sublokatorki”, „Zdążyć przed Panem Bogiem” i innych reportaży Hanny Krall musi chcieć powiedzieć coś nowego albo zaskakującego. I niczego takiego nie odnalazłam. A wręcz przeciwnie: mamy kilka wstrząsających historii o przetrwaniu, kilkoro dzieci dramatycznie przemielonych przez los w mniej lub bardziej poruszających kreacjach aktorskich (gościnnie występujący Michał Walczak jako „Zosia” jest absolutnie zjawiskowy), po scenie biegająca Alicja w Krainie Czarów (po drugiej stronie lustra!) skrzyżowana z najmłodszą sanitariuszką Powstania Warszawskiego, Różyczką Goździewską (ta kokarda!), epizod spotkania żydowskiej matki i jej córki (Agnieszka Przepiórska) z granatowymi policjantami…
Proza Krall ma wielką siłę rażenia, naprawdę nie potrzebuje ilustracji. A wręcz przeciwnie, służy jej redukcja, ściśnięte gardło, cisza… W tym kontekście kuriozalny wydaje mi się wprowadzony nagle epizod Marka Edelmana. Tak, oczywiście, to pretekst do rozważań o wartości i cenie ludzkiego życia, ale on sam nie ma ani zakorzenienia w scenach poprzednich ani ciągu dalszego w kolejnych, jest „szkatułką” sam w sobie. Edelman, ten Żydziak (określenie samego Edelmana) o wyglądzie tak złym, że w aryjskiej Warszawie nie doszedłby nawet do kiosku po zapałki, jest bohaterem bodaj najsłynniejszej (a według mnie najwybitniejszej) książki Hanny Krall – „Zdążyć przed Panem Bogiem”. To rozmowa-rzeka dziennikarki z kimś, kto mógłby uchodzić dzisiaj nawet za cynika, uczulonego na patos, nadekspresję i nadmiar słów. „Słuchaj. Umówiliśmy się, że będziesz mówił, prawda?”, mówi w pewnym momencie dziennikarka/Krall do Edelmana. „Nie nadawał się na bohatera, nie było w nim patosu. Cóż to za prawdziwy pech. Ten jedyny, który przeżył, nie nadaje się na bohatera”. Zupełnie nieoczekiwanie, Mateusz Łasowski – grający w spektaklu właśnie Edelmana – zaczyna pokrzykiwać i miotać się po scenie, epatując charakterystyczną dla siebie cielesnością. Co to miało być? Dlaczego? Edelman to nie jest wytwór wyobraźni twórczej Krall ani Kleczewskiej, to żywa postać, nie można go bezkarnie z tej czerni, o której pisze Krall bezpośrednio w „Sublokatorce”, a pośrednio i w „Zdążyć…”, przerobić na siłę w biel i jasność…
Zresztą cała opozycja jasności (powstańcy warszawscy, Krystyna Krahelska umierająca w polu słoneczników) i ciemności („My jesteśmy chytrzy i czarni, Bo nie dano nam wtedy skonać” – z wiersza Włodzimierza Boruńskiego, kuzyna Tuwima, którego większość z nas kojarzy z roli Sommera, dziadka małej Noemi w „Polskich drogach”) nie została podjęta w spektaklu tak, jak mogłaby – gdyby twórcy wiedzieli, o czym spektakl robią… No chyba, że rzeczywiście to miał być spektakl dla szkół. Wydawało mi się, że Maja Kleczewska jako nowa dyrektorka Teatru Powszechnego mierzyła dalej i ambitniej...