„Carmen” Georgesa Bizeta, w wersji baletowej Rodiona Szczedrina, w chor. Gianniego Melfiego, produkcja L2L Live2Listen. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.
Każde nowe, oryginalne zjawisko, wzbogacające krajową scenę baletową, warte jest odnotowania, bowiem w naszej szarości codzienności należy ukazywać owe przedsięwzięcia. Już nie raz pisałem o Królewskim Balecie Klasycznym prowadzonym przez Marcina Rolczyńskiego, a także o Davydiuk Dance Company pod wodzą Viktora Davydiuka. Dwie odmienne formacje i dwa pomysły: baletowa tradycja i neoklasyka z pomysłami oryginalnych produkcji. Owe zespoły funkcjonują w objeździe odwiedzając kolejne miasta, nie tylko w naszym kraju, co odwraca pewien utarty schemat: nie podróży do teatru, ale jego obecności w konkretnych lokalizacjach. W owym koncepcie można doszukać się zabiegu biznesowego – co jest oczywistym, że nie tworzy się inicjatyw jedynie z potrzeby serca, ale i portfela, ale także zapełniania luki: pasywnego podejścia do krajowych tournée publicznych podmiotów. Owszem owe instytucje skarżą się na brak środków dla owej aktywności. Dzięki temu wykorzystują to – z dobrym skutkiem – inni. Ów trend można zauważyć w całej Europie, a także w Stanach Zjednoczonych. Przez lata praktyczny monopol należał do formacji rosyjskich, które wykorzystując nazwę owego państwa i wpisaną w jego tradycję historię szkoły baletowej, z powodzeniem objeżdżały najróżniejsze miejscowości. Pandemia COVID-19, ale przede wszystkim pełnoskalowa agresja Rosji w Ukrainie całkowicie odmieniła ten trend. Powstała spora luka w owym podróżniczym baletowym świecie, która w moim odczuciu nadal jest do zagospodarowania. Co ważne rośnie widownia baletowa, o czym można przekonać się oglądając statystyki poszczególnych instytucji europejskich operowo-baletowych. Dla przykładu podajmy Wilno – frekwencja podczas spektakli sztuki bez słów wynosi ponad sto procent. To także olbrzymia aktywność prywatnego przedsięwzięcia Anželiki Choliny, która ze swoją formacją objeżdża całą Litwę przy olbrzymim zainteresowaniu widowni. A przecież nasz sąsiad to państwo dużo mniejsze od naszego przy niespełna trzech milionach ludności. To oznacza, że w Polsce, statystycznie, powinniśmy mieć co najmniej dziesięć komercyjnych przedsięwzięć, które byłyby w stanie zaspokoić oczekiwania widzów. Matematyka i logika ukazują jasno jak wiele jest do zrobienia i możliwe do wykonania w tym zakresie. Owszem konieczne jest podjęcie ryzyka oraz inwestycja finansowa. Ale ponoć, kto nie ryzykuje nie wygrywa.
W naszym krajobrazie artystycznym pojawiła się kolejna inicjatywa w owym zakresie. Każdemu nowemu projektowi mocno sekunduję i wspieram, gdyż jest to kolejny krok dla wzbogacenia oferty artystycznej dla szerokiego odbiorcy. Firma L2L Live2Listen funkcjonująca na rynku rozrywkowym od kilkunastu lat, kreatorka kilku festiwali i niezliczonej liczby zdarzeń artystycznych, podjęła ów krok dla przygotowania nowej produkcji baletowej. Jako choreografa zaproszono Gianniego Melfi, na stałe związanego z Polskim Baletem Narodowym. W rozmowie ze mną, jeszcze przed premiera owego spektaklu, mówił: „dostałem od nich propozycję. To ludzie kochający balet, często przychodzą do teatru na spektakle. Chcieli mieć w ofercie przedstawienie baletowe. Sami zaproponowaliśmy tytuł - Carmen. To wersja dwuaktowa z udziałem dziesięciu tancerzy. Będzie klasyczny balet, trochę nowoczesnego stylu, świeżości atrakcyjnej dla wszystkich. Jest to dla nas olbrzymia szansa rozwoju artystycznego”. I w ten sposób zrodziło się przedstawienie, które obecnie można oglądać na terenie całej Polski. Do końca sezonu zaplanowano kilka pokazów w Gdańsku, Toruniu, we Wrocławiu i Warszawie. Owa propozycja podąża utartym szlakiem wielkich miast, ale zapewne i odwiedzi mniejsze lokalizacje. Powód może wydawać się wręcz banalny – owe miejscowości mają lepsze zaplecze lokalowe, choćby w domach kultury, niż stolica Polski. Ten wniosek jest szokujący i niestety wręcz tragiczny. Pokazy gościnne sztuki tańca odbywają się głównie w Teatrze Palladium – miejscu kompletnie nieprzygotowanym dla owych prezentacji. Ograniczeniem nie jest tylko brak głębi sceny, ale również układ widowni na jednym poziomie, który skrajnie ogranicza możliwość obserwacji kroków tancerzy. Druga częsta lokalizacja owych prezentacji to Scena Relax. Tu owszem widz czuje się bardziej komfortowo dzięki amfiteatralnemu układowi miejsc dla publiczności, ale scena jest minimalna, gdyż należy pamiętać, że to zaadaptowane kino, które w czasach Polski Ludowej było sztandarowym obiektem kinematograficznym serca miasta. Zatem wniosek nasuwa się niestety sam. Tak długo jak nie będzie w Warszawie adekwatnej przestrzeni dla pokazów sztuki tańca, a tak naprawdę tyczy to wielu wydarzeń artystycznych, nie będzie możliwości pokazywania pełni walorów owych widowisk. Co więcej zespoły będą szerokim łukiem omijały stolicę jako miejsce pozbawione jakiejkolwiek, właściwej sali dla owych pokazów.
Carmen przygotowana przez L2L swoją premierę miała w Teatrze Palladium, choć już lipcowe pokazy zaplanowane zostały w Scenie Relax. Potwierdza to owe mankamenty i poszukiwanie optymalnej przestrzeni dla owego widowiska. Ów tytuł zapewne nie jest przypadkowy. To operowy samograj do muzyki Georgesa Bizeta, której fragmenty nuci nawet największy laik klasyki. To także wersja baletowa w rekompozycji Rodiona Szczedrina przygotowana dla jego żony Mai Plisieckiej, wielkiej gwiazdy sztuki baletowej. Ówczesny układ, z roku 1967, Alberta Alonso, wielokrotnie można podziwiać do dnia dzisiejszego. Jego interpretacja – swoistej walki w przestrzeni areny, jest nadal żywym przykładem świetnej tradycji baletowej. Po ową muzykę sięgało wielu znamienitych choreografów choćby Mats Ek czy Johan Inger ze swoją zjawiskową wersją, którą można oglądać w Bydgoszczy. Dla mnie osobiście niesamowitym doświadczeniem stało się spotkanie z hiszpańską miłosną balladą w Palermo, gdzie swój układ przygotował Leo Mujić, a główne partie wykonywali soliści opery sofijskiej: Marta Petkova i Nikola Hadjitanev. To było wielkie doświadczenie artystyczne i emocjonalne. Zupełnie odmiennie prezentuje się polska, najnowsza produkcja, która jest autorską wypowiedzią Gianniego Melfi.
To kameralna wersja, skupiona, ale przede wszystkim adekwatna do przestrzeni, w których ma być prezentowana. Scenę pokrywa biel – świat niewinności, nad którym króluje wieli pąk róży. Symbol miłości głównych bohaterów – Carmen i Don Josego. To także lustra, które nie są tylko zwierciadłem, ale także prawdziwym odbiciem szaleństwa i zatracenia w miłości. Nie ma opowieści wpisanej w świat hiszpańskiego świata, choć owa nuta pobrzmiewa w kolejnych fragmentach muzyki. To uniwersalna przestrzeń, która w pierwszej części przybiera kształt ulicznej fascynacji miłości, aby w drugiej stać się kameralną opowieścią zlokalizowaną w sypialni. Owa podróż od tego co zewnętrze, do tego co ukryte, zamknięte ma swoje uzasadnienie. Choreograf buduje świat intymny, kameralny, odizolowany, skupiając się na narracji losów głównych protagonistów. Zespół pozostawia jako tło, komentarz do głównego wątku zdarzeń. Całość opowieści to rzecz o obłędzie miłości Don Josego, nieszczęśliwie zakochanego, popełniającego zbrodnię w imię miłości. To jego przekleństwo i przeznaczenie. Zbrodnia jest wpisanym elementem w owe przedstawienie. Uczucie do pierwszej wybranki – Micaeli, wygasa. Dziewczyna popełnia samobójstwo. Chłopak popada w obłęd uwielbienia. Carmen staje się wszystkim. Jej uwodzicielska moc zdobywa kolejnego wybranka – Escamilio. Wspólna noc. A jej skutki to morderstwo na dziewczynie przez zazdrosnego oblubieńca. Nie ma całego świata corridy, areny, byków. Jest pokój. To jakby psychologiczny dramat, rozegrany w czterech ścianach. Biel przetyka czerwień krwi i opadających płatków róż. Koniec miłości. Śmierć – to już jedyne wybawienie.
Ta spójna wypowiedź baletowa zamknięta jest w wizji obsesji. Tego co miłość może uczynić z człowiekiem. Jak go oplata i zniewala. Owe uniwersum uczuć jest sprawnym przykładem własnego myślenia nie tylko o Carmen, ale o każdej życiowej sytuacji, która dotyczy dwójki osób. Pierwszego spotkania, zauroczenia, poświęcenia, znudzenia, zdrady i zbrodni. Nie ma miejsca na przebaczenie. To nieustanna gra namiętnością z tragicznym finałem.
Opowieść Melfiego ma dwa początki. To mankament. Jakby artysta nie mógł się zdecydować czy to bardziej będzie rzecz o Carmen – symbolem jest jej zawieszona suknia, a może o Don Jose – którego widzimy w więzieniu. Owa symbolika prologu jest zagmatwana, gdyż kolejne sceny ukazują, że wędrujemy myślą narracji chłopaka, a dziewczyna jest tylko elementem tej opowieści o samozagładzie i zbrodni. Don Jose podejmuje kolejne wybory – zdrada dotychczasowej partnerki, odkupiona samobójstwem, zabójstwo napastliwego żołnierza wobec Carmen i życie wyklętego ze społeczności u boku gasnącej miłości. Pojawienie się trzeciego bohatera – jest jak grom spadający z nieba, który niweczy resztki wypalającego się uczucia. Zatem ponawiając myśl, to niezwykle skupiona, kameralna rzecz dla trójki tancerzy, przy wtórze tła, które jest tylko dodatkiem, można nawet powiedzieć przerywnikiem w owych indywidualnych czy też dualnych popisach solistów.
Do wykonania głównych partii zaproszono świetnych artystów związanych z Polskim Baletem Narodowym. Tytułową partię wykonywała Chinara Alizade. Świetna tancerka dysponująca idealną techniką, a także walorami emocjonalnymi. Niestety. Mała przestrzeń sceny ogranicza w różnorodności kroków, które są wtórne, powtarzalne i niekiedy mało oryginalne. Jej wejście w pierwszej części jest mało charyzmatyczne, a relacje z Don Jose niestety blade. Patryk Walczak jako nieszczęśliwy kochanek, również gubi się w owej klaustrofobicznej przestrzeni, brakuje mu luzu, oddechu, możliwości ekspresji. Wiele nadgrywa aktorstwem, co pomaga w ukazaniu obsesyjnej miłości. Jednak niekwestionowaną gwiazdą wieczoru staje się Ryota Kitai jako Escamilio. Jego popisowe wręcz wtargnięcie na scenę w części drugiej, solowy taniec jest pełen technicznych trudności i erotycznego napięcia. Nie dziwi, że Carmen ulega nie tylko wyglądowi młodzieńca, ale także jego zjawiskowej charyzmie. To świetny pokaz możliwości i technicznej perfekcji wspartej wyrazem emocji i zaangażowania artystycznego. Co warto podkreślić właśnie skupione fragmenty – duety najlepiej wypadają i najwięcej mówią o myśli dramaturgicznej Melfiego. Do owego grona głównych solistów należy dodać świetne solo w drugim akcie Diogo de Oliveira, które błyszczy technicznymi trudnościami, a także drobny epizod jako Micaela w wykonaniu Pauliny Magier.
Zatem to spektakl minimalistyczny, w którym wygrywa emocjonalna relacja trójkąta, ale i tak skazana na porażkę. Gianni Melfi ukazał ciekawy, oryginalny, własny, niepowielany, zamysł inscenizacyjny, ale dla lepszego efektu potrzebuje dużo większej przestrzeni wykonawczej. Istnieje również dysproporcja pomiędzy częścią pierwszą a drugą. Początek wydaje się zbyt chaotyczny, wieloznaczny, a precyzja wskazana jest w każdej ze sztuk. Wygrywa część druga – z korowodem zespołowości na jej początku i świetnym, wystudiowanym, zniuansowanym kameralnym finałem. Zatem to udane początki, z pewnymi mankamentami. Jednak walorem jest wykonanie, które dalekie jest od bylejakości i świadczy o uczciwym podejściu do odbiorców. Ale potrzeba wytrwałości i zapału, aby ów projekt kwitł, gdyż mam nadzieję, że na jednej produkcji się nie zakończy – z tego co wiem wspomniana firma zamierza rozwijać aktywność w tym zakresie. A publiczność jest i na to oczekuje.
Carmen, Georges Bizet, Rodion Szczedrin, choreografia: Gianni Melfi, produkcja: L2L Live2Listen, premiera: styczeń 2026