EN
28.10.2021, 10:00 Wersja do druku

O rety! Czyli jak mimowie arkę budowali

"O My Goodness” w reż. Lionela Ménarda z Compagnie Bodecker & Neander z Berlina na 21. Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Mimu w Warszawie. Pisze Anna Czajkowska w Teatrze dla Wszystkich.

fot. Thorsten Heinze

Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu w Warszawie nie mógłby odbyć się bez zaprzyjaźnionego z Warszawskim Centrum Pantomimy „teatru wyobraźni” z Berlina, czyli przepełnionych komizmem oraz  muzyką mistrzowskich występów duetu Compagnie Bodecker & Neander. Drugi dzień tegorocznej edycji zdecydowanie należy do nich – mimowie ponownie bawią wszystkich widzów w wieku dziecięcym oraz dojrzałym, budząc burzę entuzjazmu i dostarczając niezapomnianych wrażeń. Dwaj artyści, Wolfram von Bodecker z Niemiec i urodzony w Paryżu Alexander Neander, pracujący razem od 1996 posiadają własne, unikalne wyczucie pantomimy, o czym zapewniają wierni wielbiciele (wśród nich ja) i krytycy. W oparciu o styl swego mistrza i przyjaciela, wielkiego Marcela Marceau, w niepowtarzalny sposób rozwinęli sztukę pantomimy, budując z niej własny, uniwersalny „wizualny teatr”. W tym roku festiwalowa publiczność, wraz z duetem mistrzów i towarzyszącą mu artystką Liną Rohde, kolejny raz miała okazję wyruszyć w niezapomnianą podróż – Alexander Neander i Wolfram Bocdecker zaprezentowali swój najnowszy spektakl wyreżyserowany przez Lionela Menarda pod tytułem „O My Goodness”.

Artyści, których nie pierwszy raz podziwiam na polskiej scenie znani są z tego, że tworzą przedstawienia silnie zakorzenione w klasycznej sztuce mimu, choć nie unikają eksperymentów z innymi wizualnymi formami wyrazu. Do tej pory zachwycała mnie umiejętność „przemawiania bez słów”, spektakle malowane ciszą z użyciem minimalnej ilości rekwizytów, a jakże kunsztowne! Podczas tegorocznej 21. edycji festiwalu ponownie zaprezentowali krótkie, perfekcyjnie przygotowane etiudy, ale coś się jednak zmieniło. Pojawiły się… słowa. Mini scenki zostały wplecione w filmową, animowaną historię o budowie arki i ocaleniu ludzkości. Scenariusz jest nieco naiwny, choć projekcje video przygotowano z ogromną starannością, jednak ilość rekwizytów, opowieść w dużej mierze oparta na czytanym tekście i wyświetlanym filmie nieco mnie zawiodła. Taka konstrukcja i zamysł dramaturgiczny zostawia mniej pola dla wyobraźni, intuicyjnej gry z pomysłowością gestu, mimiki, mniej czasu na podziwianie techniki sztuki mimu opanowanej w stopniu najwyższym.

Bohaterami „O My Goodness” są komiczne postacie nawiązujące do marcelowskiego Bipa, od lat te same. Kreowany przez Neander’a bohater nosi na głowie sporych rozmiarów cylinder i jest nieco wyniosły, a drugi – alter ego Bodecker’a – ma na głowie beretkę, czasem powiewający na szyi biały szal i bywa trochę niezdarny. Obaj panowie mieszkają w zwykłym bloku, w zwykłym mieście, ale mają niezwykłe pomysły – pragną budować lepszy świat. Czy to możliwe? Artyści wraz z Liną Rohde pokazali sześć etiud, sześć opowieści o różnych osobach. O panu Müllerze, właścicielu restauracji i odwiedzającym go tajemniczym gościu, następnie o stroicielu fortepianów i pianiście, kolejną o starszej pani odwiedzającej markowy, drogi sklep z odzieżą. Czwarta scenka opowiada o przygodach państwa Schulzes w biurze paszportowym, a przedostatnia – o błyskawicznym kurierze i jego kliencie. W ostatniej – poruszającej, z nutką tragikomizmu w tle, mimowie odgrywają spotkanie smutnego clowna z lekarzem. Choć opowieść jest jedna, każda ze scenek stanowi zamkniętą całość i może być w pełni zrozumiała, nawet w oderwaniu od scenariusza. Mimo wymienionych zarzutów muszę przyznać, że zespół Bodecker & Neander wciąż zachowuje perfekcyjną technikę, która czyni ze spadkobierców Marcela Marceau wirtuozów aktorskiego rzemiosła. To, w jaki sposób mimowie przekształcają rzeczywistość zmuszając do posłuszeństwa świat gestu, ruchu ciała a nawet przestrzeń i przedmioty, zdumiewa. Doskonale zagrane scenki są niezwykle sugestywne i plastyczne. I doprawdy – rekwizyty są zbędne. Kiedy artyści „jedzą”, kęsy kanapki  czy niewidocznego mięsa zdają wypełniać policzki. Gdy „grają” na fortepianie niemal widać klawisze, a kiedy Bodecker „cwałuje” wraz z wagnerowskimi Walkiriami słychać wręcz tętent kopyt. Wizyta w biurze paszportowym to przykład niezwykłego poczucia humoru i wyczulonego na niuanse zmysłu obserwacji – po prostu świetnie odmalowana nasza groteskowa, elektroniczna rzeczywistość. Zresztą w kompozycji wszystkich etiud zmysł obserwacji pełni ważną rolę – twórcy cudownie podpatrują naszą codzienność, ludzkie przywary, słabości i kpią z naszego świata, ale – z dużą doza wyrozumiałości. I nie potrzebują głośnej narracji, by o tym mówić, a każda historia wydaje się prawdziwsza niż te opowiadane słowami. Dlatego – mam taką nadzieję – w kolejnych spektaklach Wolfram von Bodecker i Alexander Neander powrócą do czystej sztuki mimu, w której najczęściej dominuje cisza. Płynne zmiany, „przebieranki”, pozornie mimowolne przekształcanie świata gestu, zabawa przestrzenią oraz ciągły ruch żywych obrazów silnie działa na emocje, utrzymując publiczność w napięciu i bawiąc ją nieskończenie.

Tytuł oryginalny

O rety! Czyli jak mimowie arkę budowali

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Anna Czajkowska

Data publikacji oryginału:

28.10.2021