Logo
Recenzje

Czerwone „Noski” Flote’entiny

30.01.2026, 12:01 Wersja do druku

„Rok, w którym nie było lata” w reż. Florentiny Holzinger z Volksbühne am Rosa-Luxemburg-Platz na Festiwalu Boska Komedia w Krakowie. Pisze Tomasz Domagała na stronie domagalasiekultury.pl.

fot. Nicole Marianna Wytyczak / mat. organizatora

W drodze do Awinionu

Kiedy myślę o Florentinie Holzinger i jej teatrze, to w pierwszym momencie przychodzi mi na myśl sztuka Petera Barnesa „Czerwone nosy”. Rozgrywa się ona w XIV wieku we Francji, traktując o grupie odrzuconych przez społeczeństwo indywidualistów, którzy jednoczą się pod wodzą księdza Flote’a, żeby zdziesiątkowanemu przez czarną śmierć społeczeństwu nieść otuchę i nadzieję. Narzędziem ich jest teatr, choć oczywiście w swej jarmarcznej, stosownej dla epoki formie, grupę tę zaś tworzą – oprócz Ojca Flote’a – zakonnica, niemy mężczyzna pokryty dzwoneczkami, dwóch żołnierzy, niewidomy żongler, dwóch jednonogich tancerzy, jąkający się sufler, dwóch spekulantów i jeszcze jeden bojaźliwy ksiądz. W sam raz na teatralny zespół. Wszyscy oni idą za swoim przewodnikiem, bo wierzą w to, co głosi Flote: że zarazę (i śmierć) można pokonać poprzez radość i śmiech. Przemierzają więc Francję, jak długa i szeroka, realizując nieco niezdarnie swoją misję. Kończy się to wszystko tragicznie, bo Kościół, który ich początkowo akceptuje i potrzebuje, pozbywa się ich w pewnym momencie bez skrupułów. 

Florentina Holzinger wydaje mi się więc takim właśnie współczesnym księdzem Flote’em, grupa zaś jej performerek (tworzą ją wyłącznie kobiety) to nic innego, jak feministyczny wariant Czerwonych Nosów, z tym tylko zastrzeżeniem, że spoiwem średniowiecznej trupy była – oprócz społecznego wykluczenia i indywidualizmu – autentyczna wiara, sam już nie wiem, w Boga czy w ludzi; klejem zaś zespołu Holzinger wydaje się programowa niewiara we wszystko, poza empatyczną kobiecą wspólnotą samą sobie. W majowym wywiadzie, zrobionym przeze ze mnie na zamówienie MFT Kontakt, Florentina Holzinger tak opowiadała o swoich performerkach: „w pewnym momencie po prostu do mnie przychodzą, czy może lepiej – pojawiają się na mojej drodze. I choć każda z tych osób jest inna, dysponując totalnie odmiennym doświadczeniem, łączy je to, że od każdej z nich mogę się osobiście czegoś nauczyć (…). Podobnie jest z osobami tworzącymi mój zespół, z tym tylko zastrzeżeniem, że teraz wszyscy wymieniamy się rolami, raz ja jestem nauczycielką, raz ktoś inny – w zależności od sytuacji. Osoby dołączają do naszego teamu zazwyczaj ze względu na jakąś specjalistyczną wiedzę czy umiejętności i zostają, wzbogacając swoim doświadczeniem nie tylko proces powstawania spektaklu, ale i wspólnotę. Żyjemy więc i pracujemy w systemie, który można nazwać eksperckim, on zaś sprawia, że nasz kolektyw funkcjonuje dziś niczym cyrk: każdy ma tu jakąś specjalizację, a wykonując związaną z nią pracę, przy okazji uczy innych. Co więcej, członkowie naszej rodziny po którymś z projektów z kolei często przestają się zajmować swoimi bazowymi dziedzinami, znajdując upodobanie w czymś zupełnie innym” . Nic dodać, nic ująć!

Krótka piłka, czyli zacznijmy od zera

Jeżdżą więc sobie performerki różnej narodowości pod wodzą „antykapłanki Flore” po różnych miastach Europy i, robiąc wspólnotowy feministyczny teatr, zapraszają do swojego kręgu każdego, kto ma na to ochotę i odrobinę dobrej woli. Afirmują w ten sposób swoją wiarę w sztukę i tworzą coś, co można z powodzeniem nazwać antykościołem, którego „papież” – co niezwykle ciekawe – „rezyduje” w… Awinionie (mam na myśli jeden z najważniejszych teatralnych festiwali). Używają przy tym chyba wszystkich dostępnych form i teatralnych narzędzi narracyjnych, miksując na różnych poziomach widowiska: performans, teatr dramatyczny, taniec, operę, a nawet cyrk z mitami, literaturą, tekstami kultury, wreszcie z niezwykle tutaj ważnym indywidualnym doświadczeniem każdej członkini zespołu. Stawiają przy tym na prostotę, bezkompromisowość czy wręcz bezczelność oraz ekstremalną szczerość swoich wypowiedzi, która często staje się źródłem różnorakich kontrowersji. Symbolem tego jest ich permanentna nagość, będąca w tym przypadku zarówno bazowym kostiumem ich spektakli, jak i podstawą osobliwej teatralnej konwencji, czyli umowy, jaką proponują widzowi. Na zasadzie: hej, widzko, widzu! Jako że zależy nam na zbudowaniu z tobą jak najbliższej relacji, zaczniemy wszystko od początku, od tego, od czego ani my, ani ty, nie możesz uciec – od naszego człowieczeństwa, od tego, kim jesteśmy. Krótka piłka: albo w to wchodzisz, albo nie. Dopiero potem zaczyna się właściwa teatralna opowieść, w każdym zresztą momencie jej zanikania puentowana owym palimpsestem nagości/szczerości. Niezwykle to ciekawe, dochodzi tu bowiem w istocie do spotkania realnego bytu performerek z fałszywą tożsamością postaci, które kreują w spektaklu. Pojawia się między nimi osobliwa gra i napięcie. Dość powiedzieć, że działa to znakomicie, ale pod warunkiem, że widz ma w sobie przestrzeń na tego rodzaju ekstremalną umowę z artystkami i przejdzie nad nią do porządku dziennego. Gdy tak się dzieje, sezam Holzinger otwiera przed nami swoje skarby, dając publiczności możliwość spędzenia kilkudziesięciu minut w zjawiskowej przestrzeni wypełnionej prawdziwą miłością, radością istnienia i akceptacją. Utopijnym raju, który do tej pory wydawał się niemożliwy – nawet w teatrze. Nie dziwię się więc, że znaleźli się już pierwsi od niego uzależnieni, pobyt w tym świecie jest bowiem naprawdę wspaniałym uczuciem. Erupcja uwielbienia dla Holzinger i jej zespołu, obserwowana w Polsce w ubiegłym roku oraz oburzenie przy okazji premiery „Sankty” w Stuttgarcie, pokazują jednak, że reakcje widzów na działania współczesnych Czerwonych „Nosek” mogą być skrajnie różne. Nihil novi sub sole. 

Rok, w którym był sukces

„Rok, w którym nie było lata”, to trzeci spektakl Florentiny Holzinger, który miałem przyjemność oglądać, po „Sankcie” właśnie i „Ofelii” („Ofelia ma talent”). Nie jest to jakaś zastraszająca liczba, ale wydaje mi się, że w tym ostatnim przedstawieniu zaszła jakaś delikatna modyfikacja strategii artystycznej austriackiej choreografii i jej zespołu. „Ofelia” była grą z konwencją „talent show”, „Sancta” zaś – rozmową z operą, a więc generalnie chodziło tu raczej o to, co te działanie ze sobą niosą, niż o to, o czym się tu opowiada. Gdyby się jednak pokusić o odpowiedź na pytanie, o czym te spektakle były, można by postawić tezę, że w mniejszym czy większym stopniu opowiadały one o samej wspólnocie Florentiny Holzinger (poszerzanej oczywiście dodatkowo o widzów), z obowiązkowymi w menu tego dania wątkami: jej afirmacji, żmudnego procesu jej budowania, wyzwań i zagrożeń ze strony patriarchalnej i opresyjnej rzeczywistości czy indywidualnych doświadczeń jej członkiń. W „Roku, w którym nie było lata” Holzinger również snuje nam swoją bezczelną opowieść o wspólnocie, zapraszając nas do niej jednocześnie w nieco konfrontacyjnym tonie, na lekkim wkurwie, z jasno postawionymi granicami. W pewnym momencie jednak to nasze wspólne święto zostaje przerwane, a sam spektakl wychodzi poza swoją rozrywkową, dominującą do tej pory konwencję. Ale po kolei.

Pod wulkanem

Spektakl rozpoczyna się niezwykle długą sekwencją/prologiem: kobiety w różnym wieku pojawiają się na scenie i zaczynają poprzez wzajemne relacje tworzyć jakiś rodzaj wspólnoty. W finałowej części tej sceny łączą się w pary (w tym te, jawnie ze sobą kopulujące), co ostatecznie kończy proces konstytuowania się tego „mikrospołeczeństwa”. Jesteśmy, idąc za tytułem, w roku, w którym nie było lata, a więc prawdopodobnie w owym słynnym 1816. Wtedy to w Indonezji wybuchł wulkan Tambora, a jego docierające zarówno do Ameryki Północnej, jak i do Europy popioły przysłoniły słońce, doprowadzając do anomalii klimatycznej, która dała się mocno we znaki ludziom mieszkającym na tych terenach (klęska nieurodzaju, głód, niepokoje społeczne). Holzinger nie opowiada jednak o konkretnym historycznym wydarzeniu, ale traktuje je jako metaforę sytuacji kryzysowej, przykład momentów w dziejach ludzkości, w których jest ona autentycznie zagrożona. Owo więc konstytuowanie się wspólnoty na scenach ICE Kraków czy berlińskiej Volksbuhne ma zupełnie inny charakter. Jeśli bowiem na świecie szaleją wojny, katastrofy klimatyczne i inne plagi, teatr staje się bunkrem przetrwania; miejscem, w którym ludzie mogą znaleźć namiastkę autentycznej wspólnoty, nawiązać relację, które pozwolą im przetrwać najgorsze. W finale cały ten misternie konstruowany na scenie świat zostanie zasypany przez niezwykle pięknie i hipnotyzująco padający śnieg (czyżby teatr/przystań na trudne czasy został właśnie zbombardowany, jak ten w Mariupolu?). Członkinie tej społeczności gdzieś się rozpierzchną, a my zostaniemy z samotną łyżwiarką, jeżdżącą w kółko na „oblodzonym dachu” jakiegoś budynku, niczym uwięziona w maleńkiej pozytywce baletowa tancerka. Z boku pojawi się napis: „no end”, słuszny zresztą w swej wymowie, nasza cywilizacja może się bowiem skończyć dość nieoczekiwanie i szybko, ze wszechświatem nie jest to jednak takie proste.

Innego końca świata nie będzie

Pozostaje nam jeszcze wrócić do sceny rockowego występu, kończącej feministyczną z gruntu opowieść Czerwonych Nosek o świecie, w którym przyszło im żyć. Instrumenty milkną, dziewczyny/rockmanki schodzą ze sceny, a my nagle znajdujemy się w szpitalu, ponieważ jednocześnie z zabieraniem ze sceny sprzętu muzycznego wjeżdżają na nią łóżka, stojaki na kroplówki czy charakterystyczne wózeczki pielęgniarek. Pojawia się też najstarsza generacja aktorek Holzinger, niosąc ze sobą zestawy jednorazowych uniformów dla swoich młodszych koleżanek, które – w opozycji do kreowanych przez seniorki pacjentek – staną się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki członkiniami personelu. Zmroziło mnie już na początku, pomyślałem sobie bowiem, że te miłe, uśmiechnięte starsze panie ze swoimi zaplanowanymi, uporządkowanymi i świetnie skoordynowanymi działaniami, po cichu wkraczając w rozwrzeszczany świat młodych kobiet afirmujących życie, są jakimś zimnym skalpelem konieczności, przecinającym delikatną skórę ludzkich marzeń o wolności i szczęściu. Wchodziły na scenę na zasadzie: fajnie było, ale teraz trzeba dorosnąć, bo czeka was to niechciane – nasza starość i konieczność waszej nad nami opieki, a jeśli nie wiecie, czym to naprawdę jest, to my wam powiemy – gównem. I dokładnie po kilku dosłownie minutach pięknej choreografii pojawia się na scenie pierwsze gówno. Gówno starych, schorowanych, umierających ludzi, którymi ktoś zawsze musi się przecież opiekować, tak skonstruowany jest nasz świat. W finale tej sceny utoną w nim wszyscy: pacjentki, personel, wreszcie my, widzowie. Co więcej, utonie w nim cały świat; utonie zresztą nie tylko w surrealistycznym, nagromadzonym do granic możliwości gównie, ale też w wymiotach i innych wydzielinach, a gdy już nie będzie wiadomo, co z tym wszystkim począć, zacznie padać wspomniany wcześniej śnieg, zasypując powoli całe to pobojowisko. Wyjedzie na lód tancerka, pojawi się napis „no end” i stare, dobre, greckie katharsis. Litość i trwoga. Mam świadomość, że ani w tej scenie, ani w całym spektaklu kolektywu Holzinger nie zostało powiedziane nic nowego, że jego opowieści często są oczywiste, ale scena ta właśnie dobitnie pokazuje, że nie o filozoficzne odkrycia tu chodzi, a o szczerość wypowiedzi i teatralny język, w jakim się opowiada świat. A ten, mimo skrajnie naturalistycznego wręcz zacięcia, jest prosty i piękny – i działa, jeśli tylko sobie na to pozwolimy.

Czerwone „Noski” Holzinger przemieszczają się na razie od miasta do miasta, robiąc to, co ich literacki pierwowzór: dają nadzieję, otuchę, przynoszą radość bycia razem. W Berlinie/Krakowie pogroziły nam dodatkowo palcem. Robią to wszystko oczywiście całkowicie na swoich warunkach, co często sprowadza na nie kłopoty, ale i pewnie daje im poczucie wolności i spełnienia. Do Awinionu ich jeszcze oficjalnie nie wezwano, ale mam przeczucie, że spotkanie z tamtejszym „papieżem” jest już blisko, czego Florentinie Holzinger i każdej z jej Nosek z osobna serdecznie życzę! Zwłaszcza że ich świadectwo jest nam naprawdę potrzebne.

Ps. „noski” to feminatyw w liczbie mnogiej, nie deminutyw 🙂

Tytuł oryginalny

Czerwone „Noski” Flote’entiny – o spektaklu „Rok, w którym nie było lata” Florentiny Holzinger na Boskiej Komedii

Źródło:

DOMAGAŁAsięKULTURY

Link do źródła

Autor:

Tomasz Domagała

Data publikacji oryginału:

13.12.2025

Wątki tematyczne

Sprawdź także