Logo
Recenzje

Jak płakać w miejscach publicznych

30.01.2026, 11:53 Wersja do druku

„Jak płakać w miejscach publicznych” Emilii Dłużewskiej w reż. Pameli Leończyk w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. mat. teatru

Razem z początkiem nowego roku wchodzę w moją nową erę - jest to era self-care i budowania lepszego siebie. Typowy styczniowy rytuał, gdzie wierzę naiwnie, że nowy rok to nowy ja i nie mówię jedynie o skin care routine, czyli zamienianiu niewielkich pryszczy w otwarte rany z powodu mojego delusion, że to na pewno pomoże.

W nurcie pochylania się nad sobą i problemikami premium jest spektakl Pameli Leończyk z Teatru im. Jaracza w Olsztynie „Jak płakać w miejscach publicznych”. Wybornie to brzmiało w mojej głowie zwłaszcza znając moją umiejętność bezproblemowego płakania we wszystkich miejscach.

Daria Sobik adaptuje na maleńką scenę kameralną książkę Emilii Dłużewskiej, która objętościowo ma niewiele większe gabaryty niż wcześniej wspomniana scena, Ten tekst niesie w sobie jednak ogromną wagę, ale o sporej lekkości - paradoksalne. Spotykamy główną bohaterkę w trakcie jej ulubionej czynności - leżenia sobie. To dobry początek do snucia opowieści o chorobach psychicznych i o tym, co realnie ją męczy i przybija; jak wygląda jej codzienność i kiedy po raz pierwszy poczuła, że coś nie do końca jest okej. Sobik bardzo zgrabnie rozbija jedną historię na trzy głosy tworząc rozłączne osobowości i zamyka w każdej małą część charakteru bohaterki. Całość, pomimo trudnego i średnio miłego tematu, skrzy się od humoru i udanych, zgrabnych żartów. Mnie bawiły, ale może dlatego, że jestem niestabilny psychicznie od wielu lat.

Pamela Leończyk odpowiedzialna za reżyserię tej cute and pettite formy wygrywa całość na wyciszeniu. Nie uświadczymy tutaj dramatycznych i ogromnych wybuchów emocji. Forma zostaje poświęcona na rzecz prostego pokazania zwyczajnych zmagań z codziennością i tego, jak wyjątkowo przygniatające mogą być proste czynności dla kogoś zmagającego się z depresją. Poruszamy się pomiędzy absurdem sytuacji, w której za własne pieniądze oszukuje się terapeutę nie mówiąc mu do końca całej prawdy a długimi godzinami spędzonymi na ciągłym zamartwianiu się o scenariusze, które się sobie samemu wymyśliło, ale przecież nie mają one racji bytu - dzień dobry, to o mnie.

Każda z aktorek, będąc pojedynczym członem z imienia Emilia, skupia w sobie odrobinę inne spektrum zaburzenia, przez co może w pełni się na nim skupić i opowiedzieć o bagażu uczuciowym, który na niej spoczywa.

Wyjątkowo mocno spodobała mi się Marzena Bergmann, która poruszyła mnie do samego mięsa w scenie, w której intonuje pospołu z Agatą Zielińską i Barbarą Prokopowicz piosenkę na temat zimy i tego, że tak realnie zima nie jest ani dobra, ani zła, a po prostu jest i prawdziwy problem nie tkwi w porze roku, ani w niczym innym, a jedynie w nas samych. Zabolało mnie to chyba mocniej niż powinno, bo personalnie borykam się z tymi zimami, które są złe i wiosnami na które nie zasłużyłem po tych skurwysyńskich mrozach, bo najwyraźniej nie zasługuję na nic dobrego w życiu.

Istotny jest też temat poczucia winy względem siebie, że ma się czelność czuć źle - przecież niczego nam nie brakuje, żyjemy dostatnie i w sumie nie powinniśmy mieć prawa czuć się źle. Wyskakują przecież rodzice żyjący gorzej, a i dziadkowie z traumami wojennymi; wtedy nikt nie miał czasu na depresję i jakieś inne borderki. Jak z taką perspektywą możemy dać sobie przyzwolenie na czucie się źle? Jednocześnie z pełną świadomością poruszona jest kwestia tego kto ma prawo mieć depresję: biedni nie, bo źle się o tym słucha, a bogaci nie mogą, bo w sumie z jakiego powodu. Tylko klasa średnia-niższa może o tym mówić.

Wisienką na torcie „Jak płakać w miejscach publicznych” jest scenografia Magdaleny Muchy, chociaż głównie chodzi mi o dominującą nad aktorkami gigantyczną figurkę kota Maneki Neko, który zamiast przywoływać szczęście swoim machaniem łapki, co rusz zwiastował nadciągające nowe fale łez, które szczodrze lały się z jego oczu. Śmieszna dominanta scenograficzna, która też w fajny sposób odwraca znaczenie przedmiotu użytego jako inspiracji. Może też stara się powiedzieć, że przywołane łzy są swoistym zwiastunem ulgi, bo przecież w końcu po smutku musi pojawić się zbawienny spokój.

Spektakl Leończyk jest tak naprawę czekaniem na poprawę, która może kiedyś nadejdzie, bo przecież finalnie w Emilii w trzech osobach jest ogromna chęć poprawy, pomimo zamiłowania do leżenia i patrzenia w przestrzeń. Nie może być tak, że nigdy nie pojawi się wiatr co rozgoni ciemne, skłębione zasłony. No i najważniejsza kwestia - jak płakać w tych miejscach publicznych? No a śmiało i bez skrępowania i z pełnym zrozumieniem innych, bo przecież nie robi się tego na złość i specjalnie. Troszkę mnie Leończyk poskładała tym swoim przedstawieniem.

Tytuł oryginalny

Jak płakać w miejscach publicznych

Źródło:

Teatralna Kicia
Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

27.01.2026

Sprawdź także