„Słońce. Powietrze. Popiół” Elfriede Jelinek w reż. Katarzyny Kalwat w Teatrze Polskim w Podziemiu. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Tak się czasem zastanawiam, nie za często, ale potem mi przechodzi i znowu mam w głowie hulającą pustynię i biegacze pustynne turlające się od ucha do ucha. Niemniej przy spektaklu „Słońce. Powietrze. Popiół” w reżyserii Katarzyny Kalwat w Teatrze Polskim w Podziemiu procesy myślowe odrobinkę u mnie przyspieszyły - dzieje się tak zwykle, kiedy zaczynam analizować, czy ja czegoś nie zrozumiałem (jak działają podatki, co to jest mezosfera i jak kisi się kiszone cytryny) albo czy coś ma większe ambicje niż realne możliwości (emerytura, ja, ekospalarnie śmieci).
Kalwat buduje swój spektakl na tekście Elfriede Jelinek i przybliża nam tym samym przykrą, ale też nieuniknioną wizję końca świata. Słońce (w tej roli śpiewająca Agata Zubel, niepokojąco przypominająca swoim wyglądem Ewę Bem) powoli chyli się ku końcowi swojego żywota jako gwiazdy, puchnie, zwiększa się, wyrzuca z siebie coraz to większe porcje energii, powoli smażąc ziemię, wysuszając morza i oceany i zamieniając wszystko w popiół, ale robi to powoli, nie natychmiastowo, zupełnie poza percepcją głupiutkich i malutkich ludzi, którzy w tej sytuacji cieszą się jedynie z tego, że mają piękną pogodę i łatwiej będzie im poopalać ciała, pomijając fakt, że już niebawem słońce stopi ich skórę razem z materiałem bikini i w arii cierpienia zakończy wszystko. Obserwujemy tę quasi-operę o końcu świata i bezlitosnym upływie czasu, wrzuceni w wir krążących, niedookreślonych postaci - są to realni ludzie, jak na przykład plażowiczka Janki Woźnickiej czy radiowy speaker Tomasza Lulka. Między nimi mamy też personifikacje zjawisk, emocji, jak i postaci z Biblii i mitologii greckiej.
Porządki bez przerwy się mieszają i miksują, tworząc niemalże kipiącą magmę treści - od świętego Franciszka z Asyżu, Ojca Pio do wcześniej wspomnianej mitologii, a nawet tekstów filozoficznych Heideggera. Powstaje niejednorodna masa kontekstów poświęconych nadchodzącemu końcowi istnienia. Jednak mam pewne poczucie, że z tego mieszania i budowania nie wynika za dużo i cały dwugodzinny spektakl nie prowadzi widza do niczego konkretnego. Realnej treści dla mnie starcza tam na kwadrans - że świat się powoli kończy, czas mija, kosmos umiera, a ludzie nie są tego świadomi tak, jak powinni, nie wiedzą, że koniec jest bliżej, niż myśleli. Wszystko ma swój kres - taka wizja zostaje nakreślona od samego początku i do końca „Słońca. Powietrza. Popiołu” nie ruszamy się nawet o krok. Kończymy dokładnie tam, gdzie zaczęliśmy. Nie ma żadnego wniosku, żadnej puenty. Tkwimy w polu immanentnego końca wszystkiego i tyle. Ślizgamy się po powierzchni tematu nie dając nura pod powierzchnię ani na sekundę.
Realnie to, co mnie trzymało przy tym spektaklu, to jego forma, zawierzenie przez reżyserkę warstwie dźwiękowej (za którą odpowiada Wojciech Błażejczyk) i śpiewowi naszej wrocławskiej Ewy Bem, czyli Agaty Zubel. Z tekstu zostaje wydobyta jego muzykalność i płynność, momentami to naprawdę buja (pomijając fragmenty, kiedy Apollo zaczyna rapować po angielsku - krindżuwa). Poza tym ogromna kula na scenie, na której wyświetlany jest obraz z kamery, i wokalne popisy Słońca, połączone z dobrze budującym poczucie grozy końca świata światłem Daniela Kuźmy, robią wrażenie i trzymają uwagę widza.
Dodatkowo świetna była Agnieszka Kwietniewska w roli furii, w moim odbiorze personifikacji ambicji umierającego słońca, która pomimo niedołężności samej gwiazdy wciąż jest wściekła i rwie się do niszczycielskiego dzieła, na przekór możliwościom, jakie daje jej forma czerwonego gorącego olbrzyma przechodzącego powoli w białego karła. Pięknie szafowała sobie tekstem i bawiła się na scenie słowem.
Finalnie nasuwa mi się odpowiedź na pytanie zadane na scenie: „jak umiera gwiazda” - otóż za długo. Treść „Słońca. Powietrza. Popiołu” ewidentnie nie nadąża za formą, brakuje mi tutaj wpisania całości w jakiś szerszy kontekst, wprowadzenia dialogu z teraźniejszością - cokolwiek, samo głoszenie mądrych, okrągłych zdań, nawet w towarzystwie tak ładnego anturażu muzyczno-wizualnego, do niczego nas nie doprowadziło, a wręcz pobudziło we mnie trochę ochotę, żeby to słonko już wybuchło i dało mi spokój.