„Kościuszko” Konrada Imieli w reż. autora w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Pisze Marek Zajdler na stronie naszTeatr.pl.
Jedno trzeba przyznać na pewno – Konrad Imiela odrobił lekcję historii. Jeśli przywódca insurekcji 1794 roku kojarzy się Wam głównie z bitwą pod Racławicami to wystawiony właśnie we wrocławskim Teatrze Capitol musical „Kościuszko” znacząco poszerzy horyzonty.
Dla przeciwwagi Wielkiej Historii reżyser podrasował opowieść romantycznymi wtrętami z życiorysu bohatera i zaserwował muzycznie monumentalne, rozbuchane w formie i dość długie widowisko teatralne. Czemu tak? Chcąc choćby zarysować wszelkie istotne społeczno-polityczne wątki z bogatej biografii Kościuszki, Imiela uzbierał solidną porcję materiału.
Aby nie popaść w „spiżowość” i nie zanudzić podręcznikową kartoteką wydarzeń z przeszłości, na równorzędny plan wydobył reżyser miłosne perypetie swojskiego Tadeusza. Konstrukcja oparta na tych filarach musi stać stabilnie – wątki amorów uległy więc rozmnożeniu i przy złożoności historii dały razem bite 3 godziny muzycznego przedstawienia.
I choć Kościuszko miał zejść z pomnika – biedny szlachetka znikąd, któremu ciągle przekręcają nazwisko, bity na gołą dupę odrzucany kandydat na męża, wygumkowany nawet z narodowego hymnu – to ostatecznie jego moralna uczciwość i niezłomnie szlachetna postawa trochę go na ten piedestał wstawiają. Próba ucieczki od posągowości bohatera, mimo jego porażek i niepowodzeń, paradoksalnie przyczynia się do jego uwznioślenia. Kościuszko jawi się bowiem jako wzór cnót wszelakich – demokrata większy od Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych, oddający niemal cały żołd na wykup niewolników, upominający się o prawa wszystkich słabszych: chłopów, kobiet, innowierców, kolorowych i… tu się szczęśliwie zatrzymał. Winę ponoszą zawsze inni – ojcowie, król, okoliczności i parszywe czasy. Słabości nasz bohater nie ma zbyt wiele, a te, które posiada, zrzucić można na karb gorącej krwi i chęci rychłego wcielenia w życie przyświecających mu ideałów.
„Nie umiemy mówić wzniosłych słów, ojczyzna i naród nieco podejrzanie brzmi, jak z dziecięcych czytanek, ze sztandarów i pieśni” – śpiewa Hugo Kołłątaj ustami Marka Nędzy. A ja dodam, że nie tylko mówić ciężko, ale i słuchać podobnie. Tekst Imieli obfituje w repetycje, a ich nagromadzenie w połączeniu z chóralnym śpiewem podbijającym patetyczną treść bywa niekiedy męczące. Reżyser szuka ucieczki w niespodziewanych woltach sytuacyjnych i językowych, gdy z podniosłego tonu „Rzeczpospolitej narodu wspaniałego” schodzimy nagle do „nie wygrasz z nami, choćbyś się zesrał” i faktycznie pomaga to wypuścić powietrze z balonika. Ale tylko po to, by zacząć go dmuchać na nowo. Pomysł z cofnięciem taśmy i zwizualizowaniem marzeń Naczelnika, czyli alternatywnego przebiegu bitwy pod Maciejowicami jest oryginalny, ale pokazuje też z całą mocą niezrównaną życzeniowość apologetów naszej historii. Och, jakże lubimy pięknie gdybać nad narodowymi klęskami. Tu chyba najwyraźniej widać różnicę w podejściu pomiędzy niedawnym „Starzyńskim” w Syrenie a dzisiejszym „Kościuszką” w Capitolu. Choć Imiela nie gdyba dla gdybania, ale wykorzystuje chwilę patriotycznego uniesienia, by uderzyć w społecznie napięte struny – po trosze w Kościół, ale zwłaszcza w podzielony polski naród, który zwykł się jednoczyć tylko w czasach zagrożenia. „Razem, razem, razem” wybrzmiewające wśród burzowych trąb wskazuje zagrożenie kolejną nawałą znienawidzonych Moskali i woła o pojednanie ostatnim rozkazem Naczelnika.
Sterany życiem i przegrany Kościuszko żegna się ze swą ukochaną Ludwiką, zamykając klamrą także wątek romantyczny – to mógł być piękny, wzruszający koniec spektaklu. Tyle że demony triumfalizmu i happy endów podszepnęły Imieli, żeby nadmuchał balonik raz jeszcze. A reżyser, skuszony osobistą miłością do tenisa, dał się podpuścić. Doceniam amerykańsko-polskie konotacje, kolejnego herosa czy raczej heroinę znad Wisły na zaoceanicznym piedestale, gorzej ze zrozumieniem tekstu w stadionowym, chóralnym śpiewie, z cukierkowością i trwałością owego patriotyczno-kibicowskiego końcowego piruetu. Do olimpiady w Los Angeles ledwo dwa lata – jak będzie wyglądał finał „Kościuszki”, gdy balonik pęknie z hukiem?
Żal także, że aktorzy – poza główną dwójką - nie mogą odebrać zasłużonych braw w kostiumach swych pierwszoplanowych postaci – przy tak licznej obsadzie i bogactwie charakteryzacji dla teatralnych „niebywalców” stają się nagle zupełnie anonimowi.
Żeby jednak nie utyskiwać jak chłop na pańszczyznę. Konrad Imiela zgrabnie poradził sobie z tekstem, który pląsając w nazwiskach, miejscach i wydarzeniach nie uwiera aktorów podczas śpiewania, a widza kieruje w miarę prostą ścieżką przez meandry historii. No dobrze, czasem można odnieść wrażenie, że każdy dla pewności przedstawia się po kilka razy, co przypomniało mi słynne wiedźmińskie „Jestem Yennefer, jestem czarodziejką”, ale dla zrozumienia akcji lepsza jest czasem łopatologia. Tej brakuje na przykład w przypadku operowo przekrzykujących się na scenie Magdaleny Szczerbowskiej i Elżbiety Kłosińskiej, czyli polskiej lewicy i prawicy, których obecność, gdyby nie zapisy w programie, byłaby dla mnie wciąż zagadką.
Jednocześnie Imiela umieszcza w scenariuszu wiele historycznych ciekawostek i cytatów, od gry w mariasza począwszy po treść listów, konstytucyi, przemówień, odezw czy niemcewiczowskiej literatury, a podniosłość tekstów przełamuje dowcipem. Czasem tym niskim latającym wokół dupy, czasem mrugając musicalowym okiem, jak choćby na Alexandra Hamiltona, a czasem prawdziwie błyskotliwym, że wspomnę tylko malujących „w kółko” Stykę i Kossaka. Prym w rozłupywaniu powagi ciepłym humorem wiedzie Grippy w komicznym wykonaniu Emose Uhunmwangho, skupiający w sobie czarnoskórych Agrippę Hulla, ordynansa Kościuszki z czasów wojny amerykańskiej i Jeana Lapierre’a, późniejszego adiutanta z okresu insurekcji. Aktorka poza talentem komediowym, bajdurzeniem, skłonnością do żytnich destylatów i eksponowaną autoironią błyszczy także wokalnie w soulowo-bluesowych odsłonach utworu „Blues” (który powinien się nazywać „White Nigga”) czy finałowym „Wolność, Równość, Miłość”. Swoją cegiełkę dokłada tu także Mateusz Tomaszewski, którego francuskie wcielenie Pierre’a du Château zachwalającego uroki gilotyny jest równie brawurowe dowcipem, co śpiewem. Wspomnieć muszę także o budzących uśmiech musicalowych gazeciarzach w osobach Tomasza Leszczyńskiego i Karoliny Klich, „mocnych głosach, nieistotnych twarzach”, którzy w rytm burleski posuwali dzielnie akcję do przodu zgodnie z reżyserskim zamysłem w towarzystwie choreograficznych łamańców zespołu zecersko-tanecznego.
W tytułową rolę wciela się udanie Rafał Kozok – jego Kościuszko, choć „wróbel”, plany ma ambitne, ale co najważniejsze brzmi naturalnie i szczerze wypowiadając nawet najbardziej górnolotne frazy. A gdy przychodzi mu zagrzewać do walki i mowy natchnione prawić, gardło zdziera niemal jak prezydent podczas Święta Niepodległości. To chodzący idealista, niepoprawny romantyk, narodowy przywódca, który po prostu „nie miał szczęścia do ojców”. Człowiek, który w pogoni za marzeniami ostatecznie przegrał, ale utorował drogę kolejnym pokoleniom. Niby bohater, ale mocno pogruchotany przez los. Kozok okazuje się także bardzo uniwersalnym artystą musicalowym – rapuje, wzrusza balladami, wykonuje klasyczne songi i wszędzie jest na miejscu. „Kościuszko, tak się nazywam” tłumaczy przekręcającym jego nazwisko Amerykanom we wpadającym w ucho refrenie rapowego kawałka, ale najlepiej wypada w duetach z Ewą Szlempo-Kruszyńską, czyli sceniczną ukochaną Ludwiką Sosnowską. Zarówno ilustrowany muzyką „eufonu” „Zabić tę miłość” czy końcowe „Choć minął czas” to prawdziwie musicalowe wyciskacze łez, zaś aktorzy robią wszystko, by tę zakazaną miłość urealnić buzującymi emocjami i podać widzom na romantycznej tacy.
Bez dwóch zdań wokalny prym wiodą na scenie panie. Ewa Szlempo-Kruszyńska imponuje głosem w utworze „W karty mnie przegrałeś” śpiewając tęsknie za ukochanym „Kochany, jestem, czekam, wróć” czy błagalnie prosząc o wysłuchanie Waszą Królewską Mość w „Liście Ludwiki do Króla”. Popisowy numer „Miłości nie było za grosz” wykonuje w jazzowo drapieżnych zaśpiewach i modulacjach Justyna Woźniak jako nieszczęśliwa w miłości Izabela Czartoryska. O soulowej sile wokalu Emose Uhunmwangho wspominałem, a przecież swoje pięć minut ma także Katarzyna Gronecka jako Betsy Chuyler, Klaudia Waszak jako Polly i „skacząca do przodu” Tekla Żurowska oraz Wiktoria Glińska jako Aniela, która rozsadzana energią upomina się żarliwie o prawa kobiet.
Panowie na scenie znacznie częściej mają wyzwania bardziej dykcyjne, niż czysto wokalne. Podobać może się gangsta-rapowy „West Point” oficerów sztabowych, czy piosenki Marka Nędzy i Dominika Ochocińskiego w rolach Hugona Kołłątaja i Juliana Niemcewicza, którzy nawet cytując fragmenty Konstytucji 3 maja potrafią zrobić show. Bartosz Picher aktorsko cyzeluje postać Wojtka Bartosa, ale dopracowana gwarowa gadka kładzie się cieniem na solowym fragmencie jednego z rave’ów – poza przejmującym refrenem „A ojczyzno to nie wim, żem nie słyszoł” niewiele więcej daje się z tekstu zrozumieć. We wcieleniu buńczucznego Józefa Sosnowskiego wspaniale natomiast oddaje magnacką pogardę śpiewając „synogarlice nie dla wróbla”. W utworach zbiorowych w drugiej części spektaklu, niebagatelną rolę odgrywa chór widoczny na telebimie znacząco podnosząc doniosłość dziejowych wydarzeń i nadając im uroczysto-patriotyczny charakter. Teksty Imieli są silnie antyrosyjskie – „parszywi Moskale”, „ruskie mordy”, „krew wasza spłynie rzeką”, czy gromkie „Rzeczpospolita mówi won!” wspomagane jeszcze kościelnym śpiewem a capella silnie rezonują ze współczesnością, niemal zachęcając do wstępowania do Wojsk Obrony Terytorialnej. Dlatego też tak żałośnie wyglądają w songu „Próbowałem” śpiewne tłumaczenia króla Stasia w osobie Alberta Pyśka, który carycy Katarzynie oprzeć się nie potrafi.
Słów kilka należy się przebogatej muzyce Grzegorza Rdzaka. Jak to u niego, da się usłyszeć charakterystyczne utwory pulsujące wewnętrznym rytmem perkusji, rozedrgane poddźwiękami, spośród których „List Ludwiki do Króla” jest moim zdaniem kompozycją najdoskonalszą. Na plan pierwszy wysuwa się raz to fortepian, raz gitara, raz smyczki, raz sekcje dęte, a w jednej z piosenek nigdy nie słyszany eufon. Znajdziemy tu i rockowe brzmienia, i dziki rave czy techno, sporo chwytliwie skomponowanego rapu, soul, blues, country, klasyczne musicalowe songi, ale i żartobliwe muzyczne krotochwile, pompatyczno-orkiestrowo-marszowe kawałki, aż po muzyczną patriotyczną tromtadrancję i jazzowy jazgot w scenie podpisywania lojalki przed carem Pawłem I.
Muzyka stara się współgrać z emocjami bohaterów i oddawać sceniczne nastroje, buduje napięcie i podbija atmosferę, choć czasami budzi poznawczy dysonans, jak choćby na początku spektaklu, gdy romantyczne zdawałoby się spotkanie dwojga zakochanych ilustrują bębny i groźny ambient. Tego dysonansu jest nieco więcej, bo mamy wszak do czynienia ze spektaklem historycznym, kostiumowym, w którym nowoczesne dźwięki szukają dopiero swojego miejsca i nie zawsze wygodnie się w nim moszczą. Przyznam, że scena bitwy pod Racławicami dała mi się muzycznie we znaki, ale mam niewielką odporność na klubową łupaninę, nawet w najlepszym wykonaniu. Furia akompaniująca warszawskiej insurekcji, podparta stadionową atmosferą rzeźnickiej tłuszczy, skutecznie zagłuszyła też warstwę tekstową. Z muzyką ściśle współgra choreografia Jacka Gębury, dosyć statyczna w popisach solowych i duetach, lecz rozszalała do granic w scenach zbiorowych, zwłaszcza gwałtownych bitew i insurekcyjnych wystąpień, choć szczęśliwie kosą nikomu głowy w zamęcie nie utrącono. Wykorzystanie chóru nie tylko od strony wokalnej, ale też ruchowej (wspaniałe „Teraz albo nigdy”) dodatkowo potęguje ekspresję i wrażenie doniosłości, rozlewając się powtarzalnym gestem na całą publikę – świetny pomysł.
Scenografia Justyny Elminowskiej musiała pogodzić dalekie życiowe wędrówki Kościuszki. Na głównym planie mamy więc funkcjonalną, niemal pustą przestrzeń z okruchami skalnymi i okręcaną ścianą telebimu na stelażu w tle, w sam raz nadającą się do wydarzeń plenerowych. Zmieniające się wnętrza kryje zaś scena dolna wyjeżdżająca co jakiś czas na światło dzienne i przenosząca nas ze szlacheckiego dworku na królewski dwór czy do carskiego więzienia. Jedynym mankamentem takiego rozwiązania były niekiedy zbyt długie pauzy przy zmianie dekoracji, ale to kwestia dopracowania przy kolejnych przebiegach. Moje osobiste scenograficzne uznanie budzi natomiast silnie działająca na wyobraźnię ilustracja słów pieśni warszawskiego tłumu - „każdego kto przyłożył rękę do Targowicy, wieszać na szubienicy”. Zachwyt wzbudzają kostiumy Anny Chadaj - czasem operujące historyczną skrupulatnością, niekiedy żartobliwie nawiązujące do bohaterów etnicznymi wstawkami (vide żupan Grippy’ego czy „american dresses” kochanic Kościuszki), a chwilami jawnie nawiązujące do współczesności, choćby żołnierskimi bojówkami czy strojem rosyjskiego Zielonego Ludka. Królewski strój mógł być jednak tylko jeden i jako się rzekło, arcydzieło trafić musiało do wyfiokowanego króla Stasia. Chapeau bas.
„Kościuszko” jest musicalem rozbuchanym w formie i treści, widowiskiem oszałamiającym kostiumem i muzycznym bogactwem, świetnie zaśpiewanym, choć miejscami przytłaczającym podniosłym patosem czy kanonadą dźwięków. Konrad Imiela nadał mu amerykański sznyt, jakby Naczelnik przywiózł zza oceanu nad Wisłę całą patriotyczną pompatyczność Gwiaździstego Sztandaru. Wychodzi na to, że jedynie krystalicznie szlachetny Kościuszko poważnie traktował demokratyczne idee, bo w Ameryce „wszyscy ludzie są równymi tylko na papierze, dopóki się to nie zmieni”. A jak widać, wciąż mają z tym kłopot. Poważne dywagacje przeplata reżyser humorem i romantyczną opowieścią, bo poza wolnością i równością, należy nam się przecież także „miłość ponad wszystkie stany”. Ale przede wszystkim apeluje o jedność, większą nawet, niż w czasach insurekcji, a przecież potrzebną do obrony przed tym samym zagrożeniem ze Wschodu. Gorzko brzmią słowa Kołłątaja o „romantycznej manii wyższości, gdy cały naród klepie pacierze, a serca ma chore z zazdrości”. To nie czas na waśnie i spory mówi Konrad Imiela, nie ulegajmy złowrogiemu urokowi putinowskiej Katarzyny, nie lekceważmy i nie popełniajmy błędów przeszłości. Bądźmy zwarci i gotowi, razem mając w sercach jedną miłość - ojczyznę. Bo liczyć możemy tylko na siebie, a „nie zawsze się znajdzie Kościuszko”.