„Jak osiągnąć sukces, orgazm i oświecenie duchowe w weekend” Michała Sufina w reż. autora w Klubie Komediowym w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.
Na Jak osiągnąć sukces, orgazm i oświecenie duchowe w weekend Michała Sufina trafiłem kilka miesięcy po premierze. Znałem już opinie kolegów po fachu, którzy z przedstawienia wyszli raczej rozczarowani. Tym bardziej interesujące okazało się własne doświadczenie: obejrzałem spektakl i… po prostu bardzo dobrze się bawiłem.
Nie wiem, na ile przedstawienie zmieniło się od premiery. W teatrze komediowym to zresztą pytanie wcale nie jest błahe. Spektakl nie kończy się przecież wraz z premierowym ukłonem. Z każdym kolejnym wieczorem aktorzy sprawdzają rytm tekstu, skracają pauzy, przesuwają akcenty, uczą się publiczności. A publiczność uczy się przedstawienia. Jak osiągnąć sukces… wydaje się dziś spektaklem oswojonym, pulsującym energią sali. I tego doświadczenia nie da się całkowicie oddzielić od oceny.
Wczorajszego wieczoru sala Klubu Komediowego była pełna i reagowała bardzo żywo. Nie na zasadzie grzecznego śmiechu po kolejnych pointach, lecz z poczuciem uczestniczenia w czymś, co dzieje się tu i teraz. To ważne, bo przedstawienie Sufina nie jest przecież klasyczną farsą z precyzyjnie skonstruowaną intrygą. Jest raczej komediowym portretem ludzi, którzy próbują znaleźć instrukcję obsługi własnego życia.
Gustaw przychodzi do terapeutki, ale szybko okazuje się, że terapia jest tylko jednym z wielu języków, którymi współczesny człowiek próbuje opowiedzieć sobie własne niepowodzenia. Do tego dochodzą aplikacje, związki bez nazw, poliamoria, pogoń za sukcesem, samorozwój, duchowość, praca nad sobą i cała reszta współczesnego słownika, który obiecuje nam, że tym razem już naprawdę zrozumiemy, dlaczego jesteśmy nieszczęśliwi.
Sufin nie próbuje tych zjawisk szczególnie porządkować. I właśnie tutaj różnię się od tych ocen, które widzą w tej konstrukcji przede wszystkim dramaturgiczny mankament. Owszem, spektakl jest poszatkowany. Ale to poszatkowanie można również potraktować jako świadomie użytą formę. Żyjemy przecież w rzeczywistości rozczłonkowanej na komunikaty, porady, aplikacje, relacje i kolejne sposoby natychmiastowego poprawiania siebie. Bohaterowie tego spektaklu nie mają czasu na wielką opowieść o własnym życiu. Mają za to mnóstwo gotowych recept.
Dlatego nie przeszkadzało mi, że przedstawienie chwilami przypomina ciąg kolejnych numerów. W komedii nie zawsze potrzebujemy dramaturgicznej architektury godnej Ibsena. Czasem wystarczy dobry rytm, aktor, który wie, kiedy odpuścić, i pointa, która przychodzi pół sekundy wcześniej, niż się jej spodziewamy. A aktorzy ten rytm mają i czują go znakomicie.
Szczególnie zapamiętałem Maję Szkutnik. Jest w jej obecności scenicznej coś, co trudno sprowadzić do samej techniki komediowej. Potrafi być bardzo śmieszna, ale nie „gra śmieszności”. Nie dopowiada dowcipu gestem, miną czy ostentacyjnym zaznaczeniem pointy; pozwala, żeby komizm wynikał z sytuacji, języka i charakteru postaci. Dzięki temu nawet najbardziej absurdalna kwestia nie brzmi jak gotowy numer do odegrania przed publicznością, lecz jak coś, co właśnie wydarza się bohaterce. Jej postaci mają własną temperaturę, a pod komizmem można wyczuć coś znacznie mniej wygodnego: zmęczenie, samotność, ambicję, potrzebę bycia zauważoną. Szkutnik ma rzadki dar sprawiania, że nawet mocno przerysowana sytuacja nie traci ludzkiego wymiaru.
I właśnie dlatego nie zgodziłbym się z tezą, że bohaterowie przedstawienia są wyłącznie karykaturami. Owszem, Sufin posługuje się przerysowaniem. Tyle że przerysowanie nie musi oznaczać pustki. Karykatura może być sposobem na wydobycie prawdy o człowieku, zwłaszcza kiedy on sam zaczyna mówić językiem karykatury.
W tym świecie wszyscy trochę za bardzo chcemy być kimś. Lepszym partnerem, bardziej świadomym pracownikiem, bardziej spełnionym człowiekiem. Chcemy mieć udany związek, satysfakcjonującą pracę, duchowe oświecenie i oczywiście jeszcze czas na odpoczynek. Najlepiej wszystko przed niedzielnym wieczorem. Tytuł spektaklu jest więc bardziej trafny, niż mogłoby się wydawać. Nie dlatego, że przedstawienie rzeczywiście daje jakąś instrukcję osiągania sukcesu, orgazmu czy oświecenia. Przeciwnie: jego bohaterowie są dowodem na to, że żadnej instrukcji nie ma. Można za to kupić kolejną.
Największą niespodzianką wieczoru okazały się dla mnie jednak piosenki. I tutaj spektakl zdecydowanie wychodzi poza prosty mechanizm komediowego numeru. Świetne teksty pozwalają aktorom na chwilę zmienić sposób istnienia na scenie. Zamiast kolejnej pointy pojawia się melodia, zamiast przerysowania – emocja. Humor nie znika, ale zaczyna pracować inaczej. To właśnie muzyka pokazuje, że pod całą tą komediową warstwą Sufin interesuje się czymś całkiem serio: ludźmi, którzy nie bardzo wiedzą, jak być ze sobą. Nie tylko w związku. Także ze sobą samym. Dlatego najbardziej przekonujące są dla mnie momenty, w których spektakl pozwala sobie nie być przez chwilę zabawny. Nie dlatego, że wtedy staje się „głębszy”, jakby komedia sama w sobie była czymś podejrzanym. Przeciwnie – właśnie wtedy komedia odzyskuje swoją siłę. Można się śmiać z człowieka tylko wtedy, kiedy wcześniej albo równocześnie pozwoli się go zobaczyć. W tym sensie Jak osiągnąć sukces, orgazm i oświecenie duchowe w weekend wydaje mi się przedstawieniem znacznie bardziej czułym, niż sugerowałaby jego agresywna, memiczna powierzchnia.
Nie wszystkie żarty trafiają. Nie wszystkie sceny mają tę samą siłę. Momentami można odnieść wrażenie, że Sufin ma jeszcze jeden dowcip w zanadrzu i koniecznie chce go wypowiedzieć. Ale tym razem nie przeszkadzało mi to tak bardzo. Być może dlatego, że całość ma coś, czego nie da się zmierzyć liczbą udanych point: sceniczny temperament. Klub Komediowy nie próbuje przecież udawać dużej sceny repertuarowej. To teatr blisko widza, świadomy własnej piwnicznej, klubowej proweniencji. W takiej przestrzeni reakcja publiczności jest częścią przedstawienia. Śmiech nie jest jedynie wynikiem działania tekstu. Wraca na scenę, zmienia tempo, daje aktorom energię. Środowego wieczoru było jej dużo.
Wychodziłem więc z przedstawienia z poczuciem pewnego paradoksu. Spektakl, który miał być kolejną satyrą na wielkomiejskie życie, okazał się dla mnie przede wszystkim opowieścią o potrzebie bliskości. O ludziach, którzy mają coraz więcej narzędzi do poprawiania własnego życia, a wciąż nie bardzo wiedzą, jak ze sobą rozmawiać. Może dlatego tytułowe trzy wielkie cele – sukces, orgazm i oświecenie – są w gruncie rzeczy żartem. Nie da się ich rozsądnie zaplanować na weekend. Można natomiast spędzić udany wieczór w teatrze.
Mnie się udało.