Wspomnienia, anegdoty, dużo wzruszeń, ale i dużo pogody ducha. Refleksyjni „Słoneczni chłopcy”, piękno „Miłości w Portofino”, zupełnie nowe podejście do twórczości Krzysztofa Komedy. V Festiwal im. Piotra Machalicy przyniósł wiele zachwytów.
Kiedy zleciała ta połówka wakacji? Przekroczony już półmetek to dobry czas na podsumowania i różne letnie zachwyty. Muzyczny? Bezapelacyjnie koncertowa Daria ze Śląska na lipcowym Festiwalu Frytka OFF. Tą rewelacją dzieliłam się już na CGK.
Jednak jest jeszcze inny festiwal, który pięć lat temu skradł moje (i nie tylko moje) serce. Ten, który od 2022 r. odbywa się rok w rok w okolicy imienin Piotra i Pawła. Patronuje mu zmarły w grudniu 2020 r. wieloletni dyrektor Teatru im. Adama Mickiewicza – Piotr Machalica. A za organizację odpowiada fundacja jego imienia, której szefuje żona artysty – Aleksandra Sosnowska-Machalica.
Od pięciu edycji wspierają ją rodzina, przyjaciele, ale też i współpracownicy słynnego aktora. Z roku na rok rozrasta się program, liczba zaangażowanych instytucji i gwiazd, które w czerwcu odwiedzają Częstochowę. Dotychczas wśród festiwalowych gości znaleźli się m.in. Krystyna Janda, Ewa Błaszczyk, Hanna Banaszak, Hanna Śleszyńska, Robert Rozmus, André Hübner-Ochodlo, Elżbieta Romanowska, Olga Bończyk czy Dorota Miśkiewicz. Oczywiście nie brakuje artystów, którzy jak np. Cezary i Katarzyna Żakowie, Artur Żmijewski czy Jan Wołek, współtworzą festiwal przy każdej odsłonie.
Co roku gościła u nas, czuwała nad programem i koncertem galowym Magda Umer, wybitna artystka, a prywatnie oddana przyjaciółka Piotra i Aleksandry Machaliców (i całego rodzinnego klanu). Reżyserka i piosenkarka odeszła w grudniu ubiegłego roku (dwa dni przed rocznicą śmierci Piotra). Twórcy festiwalu postanowili, że jubileuszową edycję wydarzenia poświęcą również jej pamięci. Była więc wystawa fotografii, które Magdzie Umer wykonała Martyna Niećko, specjalna odsłona spotkania z cyklu „Nieśmiertelni”, wyjątkowy koncert galowy… I mnóstwo wspomnień…
O inauguracji festiwalu (25 czerwca) i porywającej „Separatce” w wykonaniu Joanny Szczepkowskiej i Doroty Landowskiej już pisałam. Ale to był dopiero początek moich (i nie tylko pewnie moich) letnich artystycznych zachwytów. Każdy z czterech dni jubileuszowej odsłony imprezy przynosił nowe spotkania, nowe fascynacje. I dawał do myślenia. Po raz kolejny (tym razem w IV LO) zorganizowano bowiem spotkanie „W głowie się nie mieści” dedykowane zdrowiu psychicznemu i problemom, z którymi niełatwo sobie poradzić. Wzięła w nim udział m.in. aktorka Emilia Krakowska, która po raz pierwszy odwiedziła Festiwal im. Piotra Machalicy. Od „progu” czarowała wszystkich, a na finał wizyty odebrała specjalną festiwalową nagrodę (w poprzednich latach otrzymały ją Krystyna Janda i Magda Umer).
Samo wydarzenie nie proponuje błahej rozrywki. Stawia na pierwszorzędne koncerty i spektakle. Na ważne teksty, piękne brzmienia, doskonałe aktorstwo. Pokazuje, że na scenę wychodzi się po coś. I zmusza do niełatwych wyborów. Dlaczego? Poszczególne punkty programu na siebie nachodzą (tak, by w wydarzeniach mogło uczestniczyć jak najwięcej widzów, którzy wcześniej odebrali bezpłatne wejściówki), trzeba więc zdecydować, czy np. posłuchać muzyki, czy obejrzeć sztukę.
I choć uwielbiam wokalne talenty Marcina Januszkiewicza i Katarzyny Żak, drugiego dnia imprezy (26 czerwca) postawiłam na „Słonecznych chłopców” Neila Simona w reżyserii Marcina Hycnara. Nie miałam dotąd okazji, by obejrzeć ten tytuł zrealizowany przez Och-Teatr, a historię skłóconych komików znam z filmu z Woodym Allenem i Peterem Falkiem w rolach głównych. Tu Alem Lewisem jest Artur Barciś, a Williem Clarkiem – Cezary Żak. O tym, jak doskonale ta aktorska dwójka sprawdza się jako sceniczny duet, nie trzeba nikogo przekonywać (ja przed laty podziwiałam ich w komediowej „Dziwnej parze”). I choć „Słoneczni chłopcy” to opowieść o rozrywce i show-biznesie, to ma ona bardzo refleksyjny, gorzki posmak. I ta refleksja zostaje z nami znacznie dłużej, niż trwają pospektaklowe oklaski.
Sobotę, 27 czerwca spędziłam, biegając między Miejską Galerią Sztuki a teatrem (z wielkim żalem odpuszczając wizytę w Klubie Politechnik i odbywający się tam recital Joanny Liszowskiej). O „Nieśmiertelnych” jeszcze kiedyś więcej opowiem, bo popołudnie wspomnień, które moderowała Alicja Przerazińska (dyrektor Fundacji Krystyny Jandy na rzecz Kultury), zasługuje na oddzielny tekst. Magdę Umer w sali OKF-u wspominali m.in. syn Franciszek Przeradzki (spośród publiczności wspomagał go brat Mateusz Pohoryles), przyjaciółka Danuta Celińska-Cedro, pisarka Agata Tuszyńska i córka jej przyjaciółki Agnieszki Osieckiej, dziennikarka i felietonistka Agata Passent. Nie brakowało archiwalnych zdjęć, nagrań, wielu anegdot, wzruszeń, które układały się w opowieść o niezwykłej, pięknej i utalentowanej kobiecie, która nad wszystkie zawodowe projekty przekładała rodzinę, a najważniejszą rolą była dla niej ta mamy i babci.
Podczas „Nieśmiertelnych” na kinowym ekranie pojawiło się urzekające zakulisowe nagranie, na którym Umer śpiewa „Miłość w Portofino”. Polskie słowa do tego przeboju napisała Agnieszka Osiecka i dla mnie jest to piosenka tej edycji festiwalu (choć oczywiście jego hymnem niezmiennie pozostaje „Jeszcze w zielone gramy”). Dlaczego? Usłyszałam ją w tym czasie jeszcze dwukrotnie. Po raz kolejny całkiem szybko, bo podczas koncertu „… gdzie się podziewa to, co mną było”. Wieczór w teatrze wypełniony był poezją Bolesława Leśmiana i Tomasza Różyckiego w mistrzowskiej interpretacji Anny Dymnej (która po raz pierwszy znalazła się w gronie festiwalowych gwiazd) i brata Piotra – Aleksandra Machalicy.
Było na poważnie, ale też żartobliwie, z czułością, ale i z sarkazmem, o miłości, codzienności i sprawach ostatecznych. Usłyszeć te wiersze przeczytane przez legendy sceny było olbrzymią przyjemnością. A gdzie „Miłość w Portofino”? Już wyjaśniam. Program dopełniły piosenki z lat 60. (w tym właśnie włoski szlagier) w wykonaniu wokalistki Dominiki Dobrosielskiej, pianisty Michała Rukszy i akordeonisty Michała Gajdy.
Trzeci dzień festiwalu zakończył koncert „Komeda. Perspektywa nova” Magdaleny Kumorek i Tubis Trio. Zainteresowanie tym wydarzeniem było tak duże, że artyści zgodzili się dać nie jeden a dwa występy. Mnie udało się wybrać na ten późniejszy. Wyszłam kosmicznie oczarowana. Aktorkę „na żywo” słyszałam wcześnie tylko raz, podczas ubiegłorocznego koncertu galowego. Natomiast lata temu zachwycałam się nią, gdy wygrała pierwszą edycję uwielbianego przeze mnie konkursu „Pamiętajmy o Osieckiej” (śpiewała wówczas utwory „Sama chciała” i „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”). Po latach Kumorek jest jeszcze lepsza. Razem z Maciejem Tubisem, Marcinem Lamchem i Przemysławem Pacanem (obaj związani są z Częstochową) zupełnie inaczej podeszli do piosenek skomponowanych przez Krzysztofa Komedę.
Kolejne kompozycje - w tymi do filmów „Dwaj ludzie z szafą” i „Prawo i pięść” na czele – poprzedzały brawurowe anegdoty. Kumorek czarowała nie tylko talentem wokalnym, ale i doskonałą konferansjerką. Opowiadała o tym, jak narodził się przydomek Krzysztofa Trzcińskiego (to prawdziwe nazwisko kompozytora), o jego karierze w Hollywood, czy milczącej współpracy z Agnieszką Osiecką. Lekko i z przymrużeniem oka. Niesamowity wieczór! Jeśli tylko będzie Wam dane uczestniczyć w koncercie „Komeda. Perspektywa nova”, nie wahajcie się ani przez moment nad tym, czy się wybrać. Ja marzę o powtórce.
A gdzie trzecie „Portofino”? Już na niedzielnym koncercie galowym w Filharmonii Częstochowskiej. Zaśpiewała je właśnie Magdalena Kumorek. Ale gwiazd ten wieczór miał naprawdę wiele. Galę (tak jak wcześniej w parze z Magdą Umer) poprowadzili Artur Andrus i Cezary Żak. Wystąpili…(uwaga od tej listy nieco kręci się w głowie!)... Shandrelica Casper, Katarzyna Dąbrowska, Magdalena Kumorek, Dorota Landowska, Joanna Liszowska, Maria Płowiecka, Magdalena Smalara, Nula Stankiewicz, Zofia Stefaniak, Katarzyna Żak, Ewa Żmijewska, Artur Barciś, Marcin Januszkiewicz, Krzysztof Niedźwiecki, Piotr Polk, Janusz Strobel, Jan Wołek i Artur Żmijewski.
Kierownikiem muzycznym koncertu był pianista Wojciech Borkowski (który przez kilkadziesiąt lat towarzyszył Umer na scenie – także tej częstochowskiej), a zespół współtworzyli Paweł Stankiewicz, Fabian Włodarek, Piotr Maślanka i Maciej Szczyciński. I to również opowieść na inny tekst, bo każda z piosenek, każda z opowiedzianych 27 czerwca historii, zasługuje na wspomnienie.
I przypominając sobie jubileuszową edycję, już odliczam do czerwca przyszłego roku. Wierzę, że Festiwal im. Piotra Machalicy ma dla nas jeszcze wiele zachwytów do odkrycia.