Logo
Magazyn

Nie liczmy teatru jak przedsiębiorstwa. O pieniądzach, tabelach i pewnej teatralnej arytmetyce

2.09.2026, 13:30 Wersja do druku

Czy teatralne dotacje można naprawdę porównywać, ustawiając je w jednym szeregu i zestawiając z liczbą widzów? O pieniądzach w teatrze trzeba mówić – ale równie ważne jest pytanie, co właściwie mówią nam same liczby. Bo bez kontekstu nawet prawdziwe dane mogą prowadzić do fałszywych wniosków. Pisze Wiesław Kowalski.

O teatralnej arytmetyce, rankingach i potrzebie patrzenia na teatr szerzej niż przez pryzmat budżetów

W polskim teatrze pieniądze pojawiają się najczęściej wtedy, kiedy chcemy komuś coś udowodnić. Ten dostał więcej. Tamten dostał mniej. Jedna scena otrzymała miliony, inna zaledwie kilkaset tysięcy. Jedna ma tysiące widzów, inna dziesiątki tysięcy. Opera kosztuje tyle, teatr dramatyczny tyle, teatr lalek jeszcze mniej. Z liczb zaczyna powstawać ranking krzywd, a z rankingu – obraz systemu, który rzekomo można ocenić jednym spojrzeniem na tabelę. Tymczasem liczba sama w sobie nie jest jeszcze argumentem. Może być początkiem rozmowy, ale bardzo rzadko jest jej zakończeniem.

Właśnie dlatego szczególnie interesująca wydaje mi się uwaga Pawła Dobrowolskiego z rozmowy poświęconej zarządzaniu teatrem. Mówiąc o rywalizacji między instytucjami, zauważa on, że środowisko nieustannie porównuje ze sobą rzeczy, które są właściwie nieporównywalne, zwłaszcza budżety i dotacje. Sama kwota niewiele mówi bez uwzględnienia wielkości zespołu, widowni, skali instytucji czy miejsca, w którym teatr działa. Inaczej funkcjonuje teatr w Warszawie, inaczej w Olsztynie, Słupsku czy Koszalinie. To właściwie zdanie elementarne, a jednak w publicznej rozmowie o finansowaniu kultury wciąż zaskakująco łatwo o nim zapominamy.

Nie dlatego, że pieniądze są nieważne. Przeciwnie. Są jednym z najważniejszych tematów, jakie można dziś podjąć w rozmowie o teatrze publicznym. Problem zaczyna się wtedy, kiedy pieniądze stają się jedynym językiem opisu, a miliony złotych zaczynają udawać miarę znaczenia artystycznego, społecznego czy nawet ekonomicznego instytucji. Można bowiem stworzyć bardzo efektowną tabelę, która będzie całkowicie prawdziwa w sensie rachunkowym, a jednocześnie będzie prowadziła do bardzo niepewnych wniosków. I właśnie dlatego nie mam nic przeciwko tabelom. Mam natomiast sporo przeciwko przekonaniu, że tabela sama z siebie tłumaczy rzeczywistość.

Miliony robią wrażenie

Najbardziej kuszące są oczywiście wielkie liczby. Kiedy pojawia się informacja o ponad stu pięćdziesięciu milionach złotych dla jednej instytucji, trudno nie zwrócić na nią uwagi. Kiedy okazuje się, że kilka teatrów otrzymuje łącznie kilka milionów, a cały sektor, do którego należą, ma ogromną publiczność, również rodzi się naturalne pytanie o proporcje. Takie pytania są potrzebne. Trzeba tylko pamiętać, że pytanie „ile?” jest dopiero pierwszym pytaniem, a nie ostatnim.

Jeżeli chcemy porównywać instytucje, musimy najpierw ustalić, co właściwie porównujemy. Dotację ministerialną czy cały budżet? Jeden rok czy kilka lat? Koszty działalności czy koszty produkcji? Liczbę pracowników czy liczbę etatów? Frekwencję czy liczbę sprzedanych biletów? Instytucję narodową z ogromnym zapleczem czy niewielki teatr działający w jednym mieście? Budynek będący własnością teatru czy scenę korzystającą z wynajmowanej infrastruktury? A może jeszcze coś innego: społeczną funkcję instytucji, działalność edukacyjną, objazdową, archiwalną, międzynarodową? Dopiero kiedy odpowiemy na te pytania, możemy zacząć sensownie mówić o pieniądzach. W przeciwnym razie powstaje coś, co można nazwać teatralną arytmetyką pozorną: dodajemy do siebie liczby, dzielimy jedną przez drugą, ustawiamy instytucje w szeregu i otrzymujemy pozornie obiektywny obraz. Problem w tym, że liczby mogą być precyzyjne, a porównanie – nieprecyzyjne.

Teatr nie jest automatem do przeliczania widzów na złotówki

Najbardziej zdradliwym wskaźnikiem jest chyba widz. Frekwencja jest atrakcyjna, ponieważ wydaje się czymś konkretnym i demokratycznym. Jest tylu widzów, kosztowało to tyle, więc możemy policzyć koszt jednego widza. I już wydaje się, że wiemy, który teatr działa efektywniej. Tylko co właściwie znaczy, że teatr obejrzało sto tysięcy osób? Czy każdy widz jest wart tyle samo? Czy spektakl grany dla tysiąca dzieci jest ekonomicznie porównywalny ze spektaklem operowym dla tysiąca widzów? Czy teatr, który zatrudnia stu trzydziestu ludzi, powinien otrzymać tyle samo co instytucja zatrudniająca kilkuset czy tysiąc pracowników? Czy scena posiadająca własne pracownie, magazyny, orkiestrę, chór, balet i ogromny budynek powinna być finansowana według tego samego przelicznika co niewielka scena objazdowa? Oczywiście, że nie. Widz jest ważny, ale widz nie jest jednostką księgową. Nie można również wyciągać prostego wniosku, że teatr, który ma milion widzów, jest z definicji bardziej potrzebny od teatru mającego sto tysięcy widzów. Nie można też uznać, że teatr o niskim koszcie jednego widza jest automatycznie lepiej zarządzany. Czasem niski koszt może oznaczać świetną organizację. Czasem może oznaczać mały zespół, brak własnej infrastruktury albo ograniczony zakres działalności. Czasem wysoki koszt może wynikać z rozbudowanego zaplecza, którego utrzymanie jest warunkiem prowadzenia określonego rodzaju działalności. Dlatego właśnie uwaga Dobrowolskiego jest tak ważna: sama kwota niewiele mówi bez kontekstu.

Milionów nie można porównywać bez mianownika

Dobrym przykładem jest największa scena operowa w Polsce. Sama wysokość ministerialnej dotacji – ponad 155 milionów złotych – robi ogromne wrażenie. Ale kiedy do tej liczby dodamy skalę instytucji, obraz natychmiast staje się bardziej skomplikowany. W 2025 roku Teatr Wielki – Opera Narodowa wykazał ponad 205 mln zł kosztów działalności operacyjnej, a wynagrodzenia wraz ze świadczeniami przekroczyły 165 mln zł. Instytucja zatrudnia blisko tysiąc osób i działa w ogromnym gmachu z rozbudowanym zapleczem technicznym, magazynowym i produkcyjnym. To nie oznacza oczywiście, że każda złotówka jest wydawana optymalnie. I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwie interesujące pytanie. Można pytać, czy zatrudnienie jest racjonalne, czy infrastruktura jest właściwie wykorzystywana, czy repertuar odpowiada skali kosztów, czy ceny biletów są właściwe, czy państwo powinno utrzymywać tak kosztowną instytucję i jak szeroka powinna być jej dostępność. Ale czym innym jest pytanie „czy ta instytucja kosztuje za dużo?”, a czym innym sugestia, że sama wysokość jej dotacji stanowi dowód na nieracjonalność systemu. Nie stanowi. Żeby to wykazać, trzeba zrobić znacznie więcej niż zestawić jedną liczbę z inną.

To samo dotyczy teatrów dramatycznych. Możemy wskazać, która instytucja otrzymuje największą dotację ministerialną, ale z samego tego faktu nie wynika jeszcze, że otrzymuje za dużo. Zresztą wystarczy zajrzeć głębiej w dane, by zobaczyć, że sama dotacja ministerialna nie musi nawet odpowiadać całemu publicznemu finansowaniu instytucji. W przypadku teatru współprowadzonego przez ministerstwo i samorząd oba źródła trzeba uwzględnić, jeśli chcemy rozmawiać o rzeczywistym poziomie finansowania. W przeciwnym razie porównujemy nie teatry, lecz fragmenty ich budżetów.

„Najwięcej” nie znaczy „za dużo”

To chyba najważniejsze rozróżnienie. Można bez problemu stworzyć ranking instytucji według wysokości dotacji. Można ustawić je od największej do najmniejszej. Można nawet zrobić kolorową infografikę. Wszystko to może być użyteczne informacyjnie. Ale słowo „najwięcej” nie jest synonimem słowa „za dużo”. Podobnie „najmniej” nie oznacza automatycznie „niesprawiedliwie mało”. A już z pewnością nie oznacza, że różnica między dwiema kwotami jest różnicą w artystycznej wartości dwóch teatrów. To rozróżnienie wydaje się oczywiste, ale właśnie dlatego warto je powtarzać. Teatry publiczne nie są przedsiębiorstwami należącymi do jednej branży, które produkują identyczny produkt i konkurują o tego samego klienta. Są instytucjami o różnych zadaniach, różnych organizatorach, różnych tradycjach, różnych kosztach stałych, różnych modelach pracy i różnych warunkach lokalnych. Warszawa nie jest Olsztynem. Olsztyn nie jest Słupskiem. Teatr z własną sceną, pracowniami i dużym zespołem nie jest teatrem działającym w zupełnie innej strukturze organizacyjnej. Instytucja narodowa nie jest tym samym co scena samorządowa. Nie chodzi o to, żeby tych różnic używać jako tarczy chroniącej teatry przed krytyką. Chodzi o to, żeby krytyka była adekwatna do rzeczywistości.

Pieniądze powinny wejść do teatru, ale nie na widownię

Jest w tym wszystkim pewien paradoks. Przez lata środowisko teatralne słusznie domagało się, żeby przestać udawać, że kultura działa poza ekonomią. Trzeba mówić o wynagrodzeniach, kosztach produkcji, warunkach pracy, budynkach, dotacjach, wpływach z biletów, kosztach utrzymania zespołów. Trzeba pytać, ile kosztuje spektakl i dlaczego kosztuje właśnie tyle. Trzeba pytać, czy publiczne pieniądze są wydawane rozsądnie. A kiedy zaczynamy wreszcie o tym mówić, pojawia się pokusa odwrotna: uznać tabelę za prawdę objawioną. Tymczasem pieniądze powinny wejść do rozmowy o teatrze, ale nie powinny z niej wypchnąć teatru. Nie interesuje mnie więc samo pytanie, dlaczego jedna instytucja otrzymuje 150 milionów, a inna pięć. Interesuje mnie pytanie znacznie trudniejsze: co społeczeństwo dostaje w zamian za te pieniądze i czy istnieje lepszy sposób ich wydania? Nie interesuje mnie również samo pytanie, dlaczego jedna dziedzina teatru otrzymuje mniej od innej. Interesuje mnie: jaką część rzeczywistego kosztu działalności pokrywa państwo, jaką samorządy, ilu ludzi pracuje w tych instytucjach, jakie zadania realizują i których z tych zadań rynek nie byłby w stanie sfinansować? Nie interesuje mnie wreszcie samo pytanie, kto jest pierwszy w rankingu. Interesuje mnie, czy ranking ma w ogóle sens bez mianownika. Co właściwie kupujemy za publiczne pieniądze?

To pytanie powinno być centrum całej rozmowy o dotacjach. Nie po to, żeby bronić każdej złotówki. Nie po to, żeby uznać, że skoro teatr jest publiczny, to wszystko mu się należy. I nie po to, żeby zamienić krytykę artystyczną w kontrolę skarbową. Po to, żebyśmy wreszcie zaczęli rozmawiać o jakości publicznego wydawania pieniędzy bez udawania, że istnieje jeden prosty wskaźnik, który pozwala zmierzyć teatr. Bo czego właściwie oczekujemy od teatru publicznego? Frekwencji? Oczywiście. Dostępności? Oczywiście. Dobrej sztuki? Oczywiście. Edukacji? Czasem. Eksperymentu? Także. Podtrzymywania repertuaru klasycznego? W pewnych instytucjach zdecydowanie. Pracy dla stałego zespołu? Tak. Obecności poza dużymi miastami? Też.

I właśnie dlatego część spektakli będzie zarabiała na siebie, a część nigdy tego nie zrobi. Dobrowolski mówi o tym bardzo rozsądnie, wskazując, że teatr powinien mieć możliwość zarabiania na przedstawieniach, ale jednocześnie istnieją spektakle „grane dla honoru domu”. W przypadku prowadzonego przez niego teatru ekonomiczny wymiar repertuaru jest istotny, ale nie staje się jedyną miarą jego sensu. To chyba właściwa proporcja.

Teatr publiczny powinien umieć liczyć pieniądze. Powinien wiedzieć, ile kosztuje jego działalność i dlaczego. Powinien umieć uzasadnić swoje wydatki. Powinien szukać przychodów własnych tam, gdzie jest to możliwe. Powinien również umieć przyznać, że pewne działania są kosztowne właśnie dlatego, że mają wartość, której nie da się odzyskać w kasie biletowej.  

Największy problem z rankingami nie polega na tym, że są nieprawdziwe. To ważne: problem nie musi polegać na błędzie rachunkowym. Ranking może być sporządzony perfekcyjnie. Kwoty mogą się zgadzać co do złotówki. Dane mogą pochodzić z wiarygodnych źródeł. I nadal taki ranking może być niewystarczającym narzędziem do oceny systemu finansowania teatru. Bo ranking odpowiada na pytanie: kto dostał ile? A my zazwyczaj chcemy z niego wyczytać odpowiedź na pytanie: czy dostał sprawiedliwie? To są dwie zupełnie różne rzeczy.

Żeby odpowiedzieć na drugie pytanie, potrzebujemy znacznie więcej danych: wielkości zespołu, liczby etatów, kosztów stałych, powierzchni, liczby scen, liczby przedstawień, frekwencji, przychodów własnych, dotacji wszystkich organizatorów, kosztów produkcji, kosztów eksploatacji spektakli, działalności edukacyjnej, objazdowej i wielu innych elementów. Dopiero wtedy można zacząć rozmawiać o efektywności. A i wtedy trzeba zachować ostrożność, bo efektywność teatru nie jest tym samym co jego rentowność.

Teatr nie jest przedsiębiorstwem, choć powinien umieć liczyć 

Publiczny teatr istnieje właśnie dlatego, że część jego działalności nie opłaca się rynkowo. Gdyby opłacalność była jedynym kryterium, moglibyśmy zamknąć znaczną część instytucji kultury i zostawić te, które najlepiej sprzedają bilety. Ale wtedy nie byłby to już teatr publiczny. Nie znaczy to, że teatr może zostać zwolniony z odpowiedzialności. Wręcz przeciwnie. Skoro otrzymuje publiczne pieniądze, powinien być poddawany kontroli i powinien potrafić wyjaśnić swoje decyzje. Tyle że kontrola nie może oznaczać wyłącznie patrzenia na sumę dotacji i liczbę widzów. Trzeba patrzeć na cały organizm. I właśnie tutaj myśl Dobrowolskiego jest dla mnie ciekawsza niż sama teatralna wojna o miliony. Mówi on, że w środowisku powstaje osobliwy wyścig: kto dostał mniej, kto ma trudniej, kto jest najbardziej poszkodowany. Jednocześnie zauważa, że te porównania często dotyczą rzeczy, które nie są porównywalne. To powinno dać nam do myślenia. Być może problem nie polega na tym, że za mało publikujemy danych o pieniądzach. Być może problem polega na tym, że publikujemy je w taki sposób, który zachęca do rywalizacji zamiast do rozumienia.

Zamiast wyścigu – kontekst

Ostatecznie nie chodzi więc o to, żeby przestać publikować informacje o dotacjach. Wręcz przeciwnie: powinno ich być więcej. Powinniśmy wiedzieć, ile kosztują instytucje publiczne, jakie mają budżety, ilu zatrudniają ludzi, jakie osiągają przychody własne i jakie zadania wykonują. Ale powinniśmy też nauczyć się czytać te dane. Jedna liczba mówi, ile pieniędzy przeznaczono. Druga może powiedzieć, ilu jest widzów. Trzecia – ilu pracowników. Czwarta – ile kosztuje utrzymanie budynku. Piąta – ile pieniędzy pochodzi od innego organizatora. Dopiero wszystkie razem zaczynają tworzyć obraz. Dlatego mam coraz większą nieufność wobec teatralnych zestawień, które zaczynają się od słów „kto dostał najwięcej”, a kończą sugestią, że już wiemy, kto powinien dostać mniej. Takie zestawienia są potrzebne jako materiał wyjściowy. Są potrzebne jako dokumentacja. Są potrzebne jako sygnał, że istnieją różnice, które warto wyjaśnić. Ale nie są jeszcze analizą. A już na pewno nie są sprawiedliwością. Bo teatr nie jest tabelą, nawet jeśli tabela jest prawdziwa. I może właśnie dlatego warto zacząć rozmowę o pieniądzach od prostego pytania: nie kto dostał najwięcej, lecz co właściwie kosztuje najwięcej i dlaczego. Nie spektakl. Nie widz. Nie dyrektor. Tylko system, który przez lata nauczył nas porównywać teatry tak, jakby były identycznymi przedsiębiorstwami, choć przecież z definicji nimi nie są. Dopiero wtedy rozmowa o pieniądzach może stać się rozmową o teatrze, a nie konkursem na najbardziej efektowną liczbę.

Źródło:

Materiał nadesłany

Wątki tematyczne

Sprawdź także