Logo
Magazyn

50 lat temu zmarł Stanisław Grochowiak - teraz powraca z czyśćca

2.09.2026, 09:35 Wersja do druku

Stanisław Grochowiak, po okresie ogromnej popularności w latach 50. i 60., popadł w zapomnienie. Pół wieku od śmierci, pora wyprowadzić go z czyśćca i scalić zarówno jako „wirtuoza słowa”, jak i człowieka - mówi Lidia Sadkowska-Mokkas, autorka niedawno wydanej biografii poety „Menuet z Grochowiakiem”. Rozmawia Agata Szwedowicz z PAP.

fot. mat. prasowe

2 września mija 50 lat od śmierci Stanisława Grochowiaka, najważniejszego poety pokolenia „Współczesności”, autora takich zbiorów jak „Ballada rycerska”, „Menuet z pogrzebaczem”, „Rozbieranie do snu”. Badacze są zgodni, że po okresie ogromnej popularności w latach 60. jego twórczość popadła nieco w zapomnienie. Teraz zaczyna się to zmieniać - w tym roku nakładem wydawnictwa Biblioteki Miejskiej im. Stanisława Grochowiaka w Lesznie ukazała się pierwsza biografia poety, a Państwowy Instytut Wydawniczy publikuje czterotomową edycję: dwa tomy wierszy oraz dwa tomy utworów prozatorskich.

PAP: Stanisław Grochowiak, o którym wypowiadało się pochlebnie całe grono literaturoznawców i krytyków literackich, jest często określany jako poeta, który trafił do czyśćca. Często tak bywa, że popularność twórcy na pewien czas opada i dopiero kolejne pokolenia odbiorców na nowo ją odczytują. Ale autor „Ballady rycerskiej” rekordowo długo w tym literackim czyśćcu przebywał.

L.S.M.: Za długo. Jeden ze wstępnych rozdziałów książki nosi tytuł „Dychotomie”, co podkreśla rozdźwięk pomiędzy recepcją twórczości a mroczną legendą narosłą wokół poety. Jako „poeta wysokiego lotu”, jak określił go Jerzy Andrzejewski, Grochowiak żyje w środowiskach filologicznych, uniwersyteckich. Jego literacki dorobek nadal jest przedmiotem analiz, historycznoliterackich dociekań, badań. Ale jako człowiek pojawia się w deprecjonującej go, prześmiewczej anegdocie towarzyskiej, z oceanem alkoholu w tle. Wytworzyła się paranoidalna sytuacja – jakby był rozdwojony. Jakby pisał jeden człowiek, a żył za niego i zmagał się z problemami codzienności - drugi. Należało owe diametralnie różne wizerunki scalić. A przy okazji, na podstawie faktów oraz dokumentów, obalić stereotypy.

PAP: Stereotyp największego alkoholika w historii polskiej poezji?

L.S.M.: Choroba alkoholowa niewątpliwie go przygniatała. Mało kto zdawał sobie sprawę, jak wiele dźwigał jako człowiek, ojciec wielodzietnej rodziny, z jakimi problemami borykał się w życiu zawodowym, jakich traum doświadczył. Mało kto z przyjaciół wiedział, że okres wojny i okupacji przeżył jako kilkuletni chłopiec w Warszawie. Mieszkał z rodzicami i starszym o dekadę rodzeństwem w kamienicy przy Hożej. Musiał się ukrywać podczas nalotów w wilgotnej piwnicy. Widział ciała zabitych, wzrastał „wśród trupów bez głów i bez piersi”. To musiało zostawić trwałe ślady w psychice.

W Powstaniu Warszawskim w batalionie Bełt walczył jego starszy brat, Tadeusz, pseudonim „Zwykły”. Wątki wojenne znajdziemy w wielu utworach, zarówno w wierszach, dramatach, jak i scenariuszach. Pojawiały się w jego publicystyce. Ale z Powstaniem nie poradził sobie nigdy. Wszystkie próby ujęcia heroicznego zrywu kończyły się w fazie inicjalnej. Reperkusjami wojny są lęki. Boi się ciemności, huku, wyładowań atmosferycznych. Pod koniec życia cierpi na depresję. Myślę, że w przeżyciach wojennych, a zwłaszcza obrazach Powstania Warszawskiego, można poszukiwać źródeł turpizmu.

PAP: Po okresie wielkiej popularności i spektakularnych sukcesów Grochowiak w latach 70. stał się przedmiotem ataków młodszych poetów z kręgu tzw. Nowej Fali. Młodzi twórcy mają potrzebę dystansowania się od poprzedników, rozliczenia się z przeszłością. Tylko że te ataki młodych na Grochowiaka były zaskakująco agresywne.

L.S.M.: Niekiedy bezpardonowe. Młodzi zarzucali mu konformizm, polityczną układność, za częste pojawianie się w reżimowych mediach. Nie chcieli oddalonego od rzeczywistości poety, który w momencie społecznych napięć epatuje motywami kulturowymi. Nowofalowcy, którzy wkroczyli na poetycką scenę w latach 70., zapoczątkowali nurt poezji politycznie zaangażowanej. Otwarcie kontestowali rzeczywistość PRL-u, a Grochowiak lata świetlne był oddalony od politycznej doraźności. Chociaż zdarzały się (rzadko) i w jego twórczości wiersze-protesty - jak odnoszący się do wydarzeń Marca '68 liryk z tomu „Nie było lata” czy wiersz „Z porannych gazet” będący reakcją na wypadki grudniowe 1970 roku.

Autor „Bilardu” uważał, że liryki nie można pisać w języku publicystyki. Utwory Zagajewskiego, Barańczaka, Kornhausera nasuwały mu skojarzenia z „poetyką gazety”. Ale Grochowiaka, co dziwne, krytykowali też inni, ze starszego pokolenia, na przykład Artur Sandauer czy Robert Stiller. Wydaje się paradoksalne, że poecie przywiązującemu wagę do poprawności językowej, czerpiącemu z arsenału literackiej tradycji zarzucano nonszalancki stosunek do prawideł języka – „pogwałconą” i „niechlujną” polszczyznę. To niesprawiedliwe, zważywszy na fakt, że owe ataki miały miejsce po jego odejściu, kiedy nie mógł się bronić.

PAP: Jak poeta przyjął tę kampanię ataków?

L.S.M.: Mocno przeżywał. Miał naturę prymusa. Lubił się wyróżniać, być chwalony, nagradzany. Zmasowana krytyka, której przyczyn do końca nie rozumiał, intensyfikowała nałóg. Bolała go świadomość, że rozmija się z oczekiwaniami i nie rezonuje, jak przed laty, z odczuciami młodych. Przewrażliwienie wiąże się z neurotyczną konstrukcją jego osobowości. Jest także konsekwencją traum.

fot. PAP/CAF/Marian Sokołowski

PAP: Grochowiaka często zamyka się w pojęciu turpizmu, przeważnie sprowadzanym do kultu brzydoty. Tymczasem sam poeta dystansował się od tego pojęcia, podkreślał, że brzydota jest dla niego dramatem.

L.S.M.: Wolał słowo „mizerabilizm”, ale, jak żartobliwie spuentował, spóźnił się z nazewnictwem i termin się nie przyjął. A on, chcąc nie chcąc, został „specem” od turpizmu. Etykietka naczelnego turpisty okazała się nie tylko trwała, ale i mocno uwierająca. Kwestii, co można, a czego nie można eksponować w poezji, dotyczyła jedna z ważniejszych polemik powojennego życia poetyckiego z lat 60., jaka wywiązała się pomiędzy Przybosiem i Grochowiakiem. Jej apogeum przypada na rok 1962, kiedy wiersz „Ikar” Grochowiaka zestawiono z „Odą do turpistów” Przybosia. Polemika demonizowana i przejaskrawiona, bo, jak można wnioskować z publicystyki, a przede wszystkim relacji obu rzekomych antagonistów (spotykali się często w Domu Pracy Twórczej w Oborach), chodziło o coś, co możemy określić przybosiowskim terminem „radości sporu”.

Termin „turpizm” odnosił Przyboś do twórczości trzech poetów, m.in. Grochowiaka, Różewicza, Białoszewskiego. Zarzucił im chorobliwe epatowanie brzydotą, wtórność wobec Baudelaire'a, pisanie o „ścierwie i szczurach”. Czołowy przedstawiciel Awangardy Krakowskiej określał Grochowiaka ironicznie „wieszczem od nogi stołowej”. Autor „Menueta z pogrzebaczem”, jako jedyny z trójki poetów, podjął rękawicę. Odpierał zarzuty w tekstach programowych – m.in. w słynnym eseju „Turpizm – realizm – mistycyzm” na łamach „Współczesności”. Spór ten udowodnił, że dla młodego pokolenia tradycyjne kategorie piękna były niewystarczające. Grochowiak odrzucał etykietkę „fetyszysty brzydoty” i, prowokacyjnie łamiąc kanony, rozszerzał granicę piękna. Wchodząc w polemikę z Przybosiem, bronił miejsca codzienności w poezji. Bo życie – jak słusznie argumentował - nie składa się wyłącznie z rzeczy pięknych i wzniosłych. I wcale nie chodzi o kult brzydoty, ale o prawdę przekazu w liryce. Poezja „nie kapie z róż ani nie sfruwa z księżyca” - dowodził. Musi się wiązać z życiem. A ono nie zawsze jest piękne i estetyczne. Niekiedy uwiera i boli.

PAP: Czy w trakcie pisania i zbierania materiałów coś panią zaskoczyło, coś okazało się nowe i nieznane?

L.S.M.: Mam wrażenie, że niewiele wiemy o okresie życia Grochowiaka spędzonym w Lesznie. Zaryzykuję tezę, że w tym urokliwym miasteczku tkwi klucz do zrozumienia twórczości, ale i osobowości poety. Przy cyganeryjnym stylu życia Grochowiak miał cechy rasowego Wielkopolanina. Był sumienny, obowiązkowy, rzetelny, odpowiedzialny. Nie znosił hucpy, działań pozorowanych. Widać to w okresie, kiedy pełnił (krótko) funkcję redaktora naczelnego dwutygodnika „Współczesności”. To najlepszy okres tego pisma, które zyskuje na innowacyjności, wzbogaca się merytorycznie, stając się interesującą literacką trybuną młodych.

Grochowiak miał w sobie wielkopolski etos pracy, należał do pracoholików. Na pewno zdziwiła mnie siła charyzmatycznej osobowości. Miał talenty menedżerskie, organizacyjne, łatwość integrowania zespołów, nawiązywania bliskiego, naturalnego kontaktu z ludźmi. Zaskoczyło mnie również to, jak wiele udało mu się napisać w ciągu zaledwie 20 lat twórczego życia. Sprawdziłam to empirycznie, miesiące pochylałam się nad ogromem rękopisów w Muzeum Literatury. Tylko część jego utworów została wydana. Duża w tym zasługa szkolnego przyjaciela, po wojnie profesora filologii polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego Jacka Łukasiewicza.

PAP: Grochowiak, ten tradycyjny Wielkopolanin, może być też postrzegany jako awangarda poliamorii, którą realizował całe życie, zanim inni to wymyślili.

L.S.M.: To prawda, należał do mężczyzn kochliwych, wrażliwych na urok kobiet. Przelotnych flirtów, fascynacji, oczarowań było sporo, ale najważniejsze relacje dotyczą dwóch kobiet: żony Anny Magdaleny, zwanej Madzią, oraz Marii Sołtyk. Z pierwszą, którą poślubił w 1954 roku w Lesznie, doczekał się siedmiorga dzieci. W 1958 roku w redakcji „Za i Przeciw” poznał Marię Sołtyk, studentkę architektury. Od początku związku stawiał sprawę jasno. Mówił, że nigdy nie porzuci rodziny. Ten przedziwny układ okazał się zadziwiająco trwały, istniał do końca życia poety. Dwa domy, dwie kochające kobiety, fluktuacje zawodowe, intensywna praca twórcza, powinności i dzieci w tle. Nie było to harmonijnie koegzystujące trio i niejednokrotnie w owym trójkącie iskrzyło, a nawet grzmiało. Może dlatego Grochowiak ma w dorobku tyle pięknych erotyków. Jan Błoński w „Zmianie warty” określił autora „Rozbierania do snu” „najbardziej erotycznym poetą w całej miłosnej liryce”. Myślę, że nie przesadził. Grochowiak uważał, że mężczyzna jest z natury poligamiczny i niejako z natury „skazany” na więcej niż jedną miłość. Urocza wykładnia, ale pod warunkiem, że oceny sytuacji dokonujemy wyłącznie z męskiej perspektywy.

PAP: Przyczyną śmierci Grochowiaka była marskość wątroby. Mógł przedłużyć sobie życie, ograniczając picie, ale nie chciał czy też nie był w stanie tego zrobić.

L.S.M.: I jedno, i drugie. Pogłębiająca się choroba alkoholowa wiąże się z delikatną konstrukcją psychiczną Grochowiaka, przewrażliwieniem, problemami zawodowymi, świadomością mniejszego znaczenia i oddziaływania w przestrzeni literatury. Ale też depresją, neurozami, zmianami zachodzącymi w psychice, rozbiciem osobowości. Najlepiej odzwierciedla to sztuka „Lęki poranne” i postacie, a właściwie jedna postać Alfa i Bisa. Rozproszenie osobowości ilustruje również wiersz „Kat” z tomu „Kanon”. Jest jeszcze inny lęk, immanentny, na granicy fobii. Wmówił sobie, że jak przestanie pić, to skończy się jako twórca. Niczego nie napisze. Jego poetycka wyobraźnia wyczerpie się bezpowrotnie. A to, przy skali jego ambicji, byłoby największą tragedią. Pisanie, a zwłaszcza tworzenie poezji, którą uczynił „jądrem” twórczej aktywności, uważał za nadrzędną wartość i sens życia.

Źródło:

PAP

Sprawdź także