„Jedyne najwyższe drzewa na ziemi” w reż. Iwana Wyrypajewa z Teal House w Garnizonie Sztuki w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Nowy spektakl Iwana Wyrypajewa, „Jedyne najwyższe drzewa na ziemi”, został przez moje redakcyjne koleżanki opisany jako intensywne doświadczenie – filozoficzna rozprawa o kondycji współczesnego człowieka i przykład teatru, który – zgodnie z deklaracjami twórcy – wchodzi w dialog z widzem. Nie podzielam tego entuzjazmu. Wyszedłem z przedstawienia z poczuciem, że tym razem dialog został zastąpiony monologiem idei, a energia języka – tak charakterystyczna dla wcześniejszych dramatów Wyrypajewa – uległa wyczerpaniu.
Nie sposób odmówić twórcy konsekwencji. Od czasów „Tlenu” i „Iluzji” budował teatr oparty na rytmie, repetycji, frazie, która miała moc niemal performatywnej inkantacji. W „Pijanych” potrafił z kolei połączyć metafizyczny patos z autoironicznym dystansem, tworząc konstrukcję, w której bełkot stawał się paradoksalnie nośnikiem objawienia. Tam język – choć przerysowany – pulsował napięciem. Tutaj redukuje się do ilustracji tezy.
Owszem, mamy charakterystyczną dla autora partyturę słowną: powtórzenia, przyspieszenia, wulgaryzmy w roli przerywników rytmicznych. Jednak w „Jedyne najwyższe drzewa na ziemi” forma nie odsłania głębi – raczej ją zastępuje. Strumień wypowiedzi Sandy i Dorothy sprawia wrażenie intelektualnego przeskakiwania między globalnymi katastrofami, technologicznymi utopiami i wielkimi narracjami ideologicznymi. To nie tyle dramat, ile komentarz do świata zbudowany z publicystycznych uproszczeń. Tam, gdzie wcześniejszy Wyrypajew potrafił wydobyć z banału metafizyczny błysk, tu pozostaje na poziomie efektownej, lecz powierzchownej erudycji.
Rozumiem interpretację, wedle której akcja umieszczona w Ameryce ma charakter metaforyczny. Problem w tym, że metafora nie pracuje. Waszyngton jest tu równie umowny jak każda inna przestrzeń, a lokalność – zamiast uniwersalizować opowieść – rozmywa jej stawkę. Tragedia Boncha nie rezonuje z globalnym dyskursem, lecz zostaje w nim zagłuszona.
Aczkolwiek aktorom trudno postawić jakieś poważne zarzuty. Bartłomiej Topa tworzy rolę najbardziej wielowymiarową. Jego Bonch nie jest jedynie figurą „nosiciela prawdy” ani ironicznym kontrapunktem dla cynizmu bohaterek. Topa gra lekkim przesunięciem akcentu. W jego obecności pojawia się to, czego brakuje w warstwie tekstowej – realne napięcie. To on wprowadza do spektaklu rys egzystencjalny, który nie jest wyłącznie deklaratywny.
Również Karolina Gruszka i Magdalena Górska wykonują precyzyjną, warsztatowo imponującą pracę. Utrzymanie tempa, kontrola rytmu, operowanie repetycją – to zadanie karkołomne. Jednak ich wysiłek momentami przypomina zmaganie z materią, która nie stawia wystarczającego oporu. Psychologizacja została świadomie ograniczona, lecz w zamian nie otrzymujemy struktury o sile antycznej tragedii ani chłodnej precyzji eseju scenicznego.