„Moviestar" Petera Quiltera w reż. Tomasza Sapryka w Teatrze Kwadrat w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Era prawdy dobiegła końca. Ludzie pragną sensacji, gorących plotek i hot newsów, którymi mogliby ubarwić swoją szarą codzienność. Czemu więc nie podać im tego na złotej tacy? Liczy się tylko dobre story, wstrząs, nawet fake. Byle zgadzała się liczba kliknięć. Byle był szum i hałas. Peter Quilter po raz trzeci gości ze swym tekstem w Teatrze Kwadrat. Po „4000 dni” i „Grze w randki” przy Marszałkowskiej wystawiono właśnie premierowo komedię „Moviestar”, do realizacji której zaproszono Tomasza Sapryka. Zderzenie dwóch światów – zwykłego piekarza z Bronxu i światowej sławy gwiazdy filmowej – stanowi punkt wyjściowy do szeregu zabawnych konfrontacji, które odzierają blask sławy z jej splendoru i pokazują cenę, jaką przychodzi płacić za ogromną popularność. Pod warstwą hollywoodzkiej otoczki Quilter patrzy także na człowieka, ludzką potrzebę zwyczajnych, bliskich relacji, których trwałość w podszytym fałszem świecie showbiznesu dość często wystawiana jest na próbę.
Justina w trybie awaryjnym przeniesiono właśnie do niewielkiego butikowego hotelu, gdzie może w spokoju wypocząć nad pustym basenem. Innych gości bowiem nie ma. Wkrótce okazuje się, że jest po temu przyczyna. Hotel zarezerwowany został w całości przez tajemniczą, ważną personę, której rozhisteryzowana osobista asystentka Ashley pojawia się z nagła i wszelkimi środkami pragnie usunąć chłopaka z leżaka. Młody uparciuch nie daje się przekonać argumentami, prośbami ani łapówkami, zwłaszcza gdy dowiaduje się, że owym niezwykle ważnym gościem jest aktorski „darmozjad”. Zamierza po prostu leżeć, odpoczywać i korzystać ze słońca. To powoduje, że wielka gwiazda filmowa, która spędzić miała w tym luksusowym przybytku kilka spokojnych dni, będzie musiała dzielić swą przestrzeń z naturszczykiem ze świata zwykłych ludzi. Problem w tym, że Tyler Randall nie ma ostatnio dobrej passy — na rozdaniu Złotych Globów przypadkowo rozkwasił nos Meryl Streep, a media używają sobie na jego wpadce. Ukrywając się przed paparazzi i dziennikarzami szuka azylu, który pozwoli mu przetrwać burzę, obmyślić plan rehabilitacji i powrotu na salony. Tak niepożądana początkowo obecność Justina okazuje się z czasem całkiem przydatna, choć przyjaźń obu mężczyzn rodzić się będzie w bólach, przekupstwach, targach, a nawet niezbyt eleganckim… wykorzystaniu.
Tomasz Sapryk sprawnie porusza się w komediowej konwencji. Wierny tekstowi pozwala wybrzmieć śmiechowi w pierwszej, zwariowanej części spektaklu i oddać głos poważniejszym przemyśleniom w bardziej refleksyjnej drugiej odsłonie. Temat jest mu tym bardziej bliski, że dotyczy aktorskiego rozgłosu, choć nie ujmując nic reżyserowi, do Meryl Streep trochę mu brakuje. Cienie i blaski sławy są znane nie od dziś, ale rozwój technologii i wszędobylskość obiektywów we współczesnym świecie znacząco zwiększył liczbę ingerencji w prywatność gwiazd czy celebrytów. Parasolki, którymi osłaniane są postacie przechodzące do auta, przyciemniane szyby, koce zarzucane na głowę, charakteryzacja – popularność zabija prywatność, a próby jej chronienia wydają się nam czasem groteskowo śmieszne. Gdyby nie były przy okazji dość smutne, gdy okazuje się, że nie można już wyjść do knajpki czy restauracji, żeby kilka telefonów nie nagrało każdego konsumowanego kęsa ośmiorniczki, by plotkarskie media nie poddawały analizie marki butów i torebki, a drobny uścisk dłoni nie wieszczył romansu.
Jednocześnie autor uderza w sam showbiznes, który tę samą technologię, przed którą ucieka, potrafi z premedytacją wykorzystać do swoich celów tworząc plotki, internetowe dramy czy „promocyjne” treści. By kreować pozytywny wizerunek, zwiększać lajki i obserwujących, by zarobić albo stworzyć sztuczny hałas. Bo nieważne jak mówią, byleby mówili. „Połowa zdjęć paparazzi nie jest przez nich robiona - gwiazdy same organizują sobie sesje” mówi Tyler, a mi od razu staje przed oczami rodzima „gwiazda”, która korzystała w tym celu z usług brata. Czy wizerunek jest w stanie przesłonić i zdominować osobowość? Jacy są „znani i sławni”, gdy nikt na nich nie patrzy?
„Delikatnie wrażliwy kawałek mięsulka”, czyli Grzegorz Daukszewicz w zabawnie ironicznej macho roli pozbawia nas złudzeń – jego Tyler wcina lorazepam garściami, zapija alkoholem, korzysta z czterech terapeutów i drży na myśl o zawodowym ostracyzmie. Przecież jeden kopniak w twarz Meryl wiosny nie czyni. Ale trzy tysiące pięćset pięćdziesiąt kontaktów w telefonie dziwnie milczy. Przecież da się to jakoś przypudrować, odciągnąć uwagę świata, przesłonić pozytywnymi kadrami. Jak? Tego nie zdradzę. Daukszewicz czuje klimat – roznoszony energią jak mały niesforny chłopiec przeskakuje z ekstatycznego entuzjazmu w płaczliwą rozpacz i biadolenie nad własną karierą. Spotkanie z chłopakiem „z ludu” otwiera mu oczy na odmienną perspektywę i zapomniany już świat normalsów, choć – bądźmy szczerzy – powrotu do niego ten zmanierowany bubek już nie ma. Aleksander Sajewski nie pozostaje w tyle i przekomicznie ogrywa postać Justina, a zwłaszcza jego przemianę z początkowo przerażonego zepsuciem Hollywoodu do w pełni korzystającego z uroków popularności i bogactwa gościa, któremu sodówa uderzyła z lekka do głowy. Przemielony i wypluty przez maszynę przemysłu rozrywkowego wraca po rozum do głowy, choć z nagle zdobytych przywilejów ciężko jest zrezygnować. Czy wystarczy przejść wspólnie ze szklanką na głowie brzegiem basenu? Ile prawdy jest w finale, oceńcie sami. Aktorom na scenie towarzyszy zabiegana Ashley, czyli Katarzyna Zielińska (a w dublurze Glinka), wspaniale oddająca rozgorączkowaną i miejscami bezwzględną asystentkę wielkiej gwiazdy, pilnującą kalendarza, otoczenia, samopoczucia, kalorii, portfela, uczuć, a przede wszystkim idealnego wizerunku. Jeśli świat potrzebuje dobrej historii, to ją dostanie, nawet jeśli będzie to „próba gaszenia Wezuwiusza wężem strażackim”. Tu się skadruje, tu coś dopisze, tu podkręci i sprawdzi, czy zażarło. A jeśli nie, to doleje „benzynki, która rozpali internety na maksa”. Bo na desperackie czasu potrzeba desperackich środków. I Katarzyna Zielińska doskonale o tym wie, sięgając po wszystkie środki, by jej postać dopełniła komediowo-gorzki obraz Tomasza Sapryka.
Warto wspomnieć także o interesująco zaprojektowanej scenografii Wojtka Stefaniaka, który obok palm i luksusowych wnętrz zaryzykował umieszczeniem na pierwszym planie basenu wyczarowanego po trosze projekcją Hektora Weriosa. I choć aktorzy pływać w nim nie będą, to uważny widz dziwić się temu nie powinien. Wizualnie dopełnia całości ekran z kalifornijskimi wzgórzami, ożywiające scenę światła Macieja Iwańczyka i charakterologicznie dobrane kostiumy Anety Suskiewicz pozwalające wyeksponować najszczuplejsze nogi Teatru Kwadrat. Słowa uznania należą się także Tomaszowi Saprykowi za dobór oprawy muzycznej - fragment ilustrujący wychynięcie scenicznej gwiazdy na światło dzienne to prawdziwe filmowe wejście smoka.
„Moviestar” za sprawą reżyserskiego wyczucia i prawdziwe udanych ról komediowych całej trzyosobowej obsady jest spektaklem ze wszech miar udanym. Oczywiście lekkim i rozrywkowym, ale stawiającym przy okazji istotne pytania i nie obrażającym widza prostackim humorem. O tym kto tu kogo tak naprawdę wykorzystuje i czy biznes robi głupców z nas wszystkich przekonajcie się w Teatrze Kwadrat. Szykuje się udany wieczór.