Logo
Recenzje

O przeglądaniu się w sobie

23.09.2026, 15:32 Wersja do druku

„Krótki spektakl o matce i córce” Heleny Urbańskiej w reż. autorki w w Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr. 

fot. Karolina Jóźwiak / mat. teatru

„Krótki spektakl o matce i córce” to debiut reżyserski i dramatopisarski Heleny Urbańskiej. Debiut, który jako sceniczne przedsięwzięcie narodził się w garderobie Teatru Dramatycznego współdzielonej z Anitą Sokołowską. W ubiegłym roku, w ramach programu Horyzonty mogliśmy obejrzeć czytanie performatywne tekstu „Człowiek, który chce zrozumieć kochanie, czyli miłuj bliźniego swego jak”, choć aktorki już wówczas do tekstu nie zerkały. Teraz zaś doczekaliśmy się pełnej realizacji scenicznej,  a Helena Urbańska poszerzyła swoje emploi o doświadczenie reżyserskie. Jako że matkę ze swym dzieckiem wiążą nierozerwalne więzi, nie oddała także roli, co akurat tej pępowinie wyszło na dobre.

Inspiracją do napisania tekstu – zgodnie ze słowami samej reżyserki – był, obok eseju Luce Irigaray, film Krzysztofa Kieślowskiego „Krótki film o miłości”. Urbańska zaczerpnęła z niego figurę matki i powodowane uczuciem podglądanie sąsiadki, choć tym razem lornetkę ściska w dłoni homoseksualna córka. Co robi w tym czasie z drugą dłonią, tą od kulisy rzecz jasna, musicie zobaczyć  i (d)ocenić sami. Spektakl, co jasno sugeruje sam tytuł, skupia się na relacji matki z córką z wszystkimi jej blaskami i cieniami. Mówi o miłości bezgranicznej, toksycznej, zagarniającej, ubezwłasnowolniającej, ale też wspierającej, czułej i na swój sposób troskliwej. Opowiada o ciągłym napięciu i walce o własną przestrzeń. O przyciąganiu i odpychaniu. O przenikaniu świata matki do codzienności córki i odwrotnie. O wzajemnym przeglądaniu się w sobie. O życiu w chorobliwie miłosnej symbiozie zacierającej niekiedy granice tożsamości. O podejmowanych staraniach oswobodzenia się z niej przy jednoczesnej chęci pozostania w tym samym bezpiecznym układzie. O macierzyństwie, z którego ciężko jest się wyzwolić. Którego nie chce się porzucić i utracić w obawie przed egzystencjalną pustką. Jakby urodzenie i wychowanie dziecka nadawało właściwy i jedyny sens życiu kobiety. Opowiada o „córkostwie” w cieniu zaborczo kochającej i wszechwiedzącej matki. O próbie wyswobodzenia spod jej rodzicielskiej władzy i przemożnego wpływu. O daremnym usiłowaniu przekonania samej siebie, że z wiekiem nie upodabniamy się do własnych rodziców przejmując ich przyzwyczajenia, powiedzenia czy zachowania. 

Choć aktorki zapewniały, że zagmatwanie owej relacji można spokojnie przenieść na syna czy ojca, to jako syn i ojciec mam jednak pewne wątpliwości. Relacja matki z córką, zwłaszcza tak bliskich sobie z racji braku w domu mężczyzny (odkurzacz się nie liczy), jest specyficzna, podszyta rywalizacją, silnymi emocjami, a jednocześnie dojrzała wspólnotą doświadczeń. Jest mieszanką miłości, przyjaźni i współzawodnictwa, ciągłym przesuwaniem granic, zawieszeniem między pragnieniem wolności a potrzebą silnej więzi. Z drugiej strony obserwacje Urbańskiej z punktu widzenia dorosłego dziecka są niezwykle trafne – nadmierne czułości, litanie dobrych rad czy wysłuchiwanie intymnych zwierzeń z ust rodziców bywają żenujące i niewygodne chyba w każdym wieku. 

Spektakl nie ma liniowej fabuły, jest raczej zbitkiem obrazów, emocjonalnych flashbacków, na poły wspomnień. Czy to obrazy w głowie córki, swoiste pożegnanie uśmiercające pokutujący w jaźni wizerunek matki? Czy może bardziej retrospekcja ostatnich chwil matki, czuwania przy umierającej, które rodzi radosne i bolesne reminiscencje z przeszłości? Interpretacji może być tu wiele, bo przedstawienie stara się być równie niejednoznaczne, jak opisywana relacja. Sprzyja temu bogata teatralna forma, humor i dystans wplecione pomiędzy wzruszenia i nagłe wybuchy nagromadzonych traum, a także mruganie okiem czy wręcz jawne flirtowanie z widzem w metateatralnych skojarzeniach. Będzie więc Czechow po szczytowaniu, będzie gorsząca publikę „nieuzasadniona nagość”, będzie pojedynek na płacz z Hamletem i filmową Jandą w tle. Sceny poetyckie przeplatają się z szaloną ekspresją, dialogi z monologami, falujące emocje budują napięcie między bohaterkami rezonując w dwie strony. Doniosłość poruszającego obrazu odwróconej żeńskiej piety łamie gaszący światło zielony klapek matki. 

Anita Sokołowska daje aktorski popis. Jej ekspresyjna matka to jeszcze trochę trzpiotka-podlotka, niby kumpela dla dorosłej już córki, przemieniająca wspólne oglądanie wyborów Miss Polonia w dyskusję o cyckach, grawitacji, zjadanych tamponach i „wygogoleniu”. Z drugiej strony rzuca w powietrze frazesy i mądrości wyczytane w kolorowej prasie z dumną miną autorytetu, który może zaimponować dziecku życiowym doświadczeniem. Jej taniec do utworu Ireny Woźniackiej to jakieś absolutne pandemonium radosnego szaleństwa, a zarazem zażenowania odczuwanego przez latorośl. Sokołowska skupia w sobie archetyp matki, jej różne oblicza, te nam znane i te niekoniecznie – matkę dominującą, troskliwą, bezduszną, czułą, zazdrosną, obcesową i zwyczajnie bezgranicznie kochającą swoje dziecko. Ostatecznie matkę, która budzi nostalgię i wzruszenie listą dobrych rad „na odchodne”. 

Helena Urbańska walczy o swoje miejsce w relacji i na scenie. Stara się przebić się przez matczyny mur wybiórczej dostępności, ale napotyka opór. Łatwo jest prawić morały, ciężej rozmawiać o rzeczach istotnych i trudnych. Urbańska z kamienną twarzą przyjmuje erupcje ekscytacji swej scenicznej rodzicielki, z obrzydzeniem małego dziecka reaguje na nadmierne czułości, z szelmowskim uśmiechem ogrywa kwestie seksualności. Umiejętnie rozbija rosnące emocje niewymuszonym humorem powodując, że nie zagryzamy knykci, nawet jeśli wiemy, gdzie je znaleźć. W tej rodzinnej sielance sączy też oskarżenia – o brak empatii, o wzajemną potrzebę zauważenia, o rozpływanie się w cudzej osobowości, w końcu o przemoc. „Chciałabym żebyś przestała istnieć, chciałabym cię zabić, ale nie chcę Ciebie martwej w sobie” – mówi przejmująco ze sceny. Tkliwe rozliczenie z pamięcią o matce, definitywne pożegnanie wewnątrz siebie czy też nad jej grobem, oddaje cześć jej poświęceniu, jest próbą zrozumienia jej postaw, uwolnienia się od tego, co złe, a zarazem zachowania tego, co wartościowe. 

Aktorkom towarzyszy na scenie Magdalena Sowul, której muzyka nie jest jedynie ilustracją czy tłem opowieści. Buduje emocje, koi ambientem i dźwiękiem fletu, ba!, staje się nawet na chwilę pełnoprawnym bohaterem spektaklu. Warto też odnotować dowcipny udział zaklętego w robotycznym odkurzaczu Waldemara Barwińskiego, którego wyczerpująca narracyjna rola wymagała podładowania. Scenografia Wojciecha Farugi skupia się na dwóch żakardowych fotelach stanowiących rzeczywistość matki i córki, w którą się niemal wtopiły. Elementy kostiumów nawiązujące deseniem do podróżujących z aktorkami foteli pokazują ich przywiązanie do społecznych ról, wzajemną symbiozę i zwyczajny ludzki strach przed ruszeniem czterech liter, by zająć swoje własne, odrębne miejsce.  

„Krótki spektakl o matce i córce” dokonuje wiwisekcji relacji tytułowych protagonistek we wszystkich odcieniach tęczy, a nawet po jej drugiej stronie. Rozbija niewygodne emocje humorem, pulsuje teatralnym językiem i mistrzowskim aktorstwem, a zarazem ilustruje najbardziej intymny świat rodzinnych więzi. Helena Urbańska w swym debiucie umiejętnie lawiruje pomiędzy nastrojami, z figlarnym błyskiem w oku podpatruje rzeczywistość i nawet jeśli szukała tekstem sprawiedliwości dla córki, to dzięki Anicie Sokołowskiej po trosze oddała ją także wszystkim matkom. I tym czule wspierającym, i tym zabijającym nadmiarem miłości, i tym uśmiechającym się entuzjastycznie, lecz nie słuchającym. Każdy odnajdzie tu okruch własnych doświadczeń, być może wzruszeń, a być może bolesnych wspomnień. Najważniejszą lekcją płynącą z tego spotkania o wzajemnym przeglądaniu się w sobie jest prosta rada, by nie bać się wstać z fotela.

Tytuł oryginalny

O przeglądaniu się w sobie - "Krótki spektakl o matce i córce" w Teatrze Dramatycznym, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także