Logo
Recenzje

Nie jest miło

25.03.2026, 11:30 Wersja do druku

„Lalka” Bolesława Prusa w reż. Mikity Iłynczyka w Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka w Warszawie. Pisze Aneta Korycińska na Facebooku Baba od polskiego.

fot. Karolina Jóźwiak

To spektakl, który ma być jak palec, ale nie środkowy, tylko ten, który wsadzamy komuś w oko i pytamy: „Miło ci, miło?!”. Miał być autoironiczny, a wyszedł aż gorzki. Momentami chciało mi się wymiotować od skali przemocy w białych rękawiczkach, którą zaproponowano nam w „Lalce” w reżyserii i adaptacji Mikity Iłynczyka, z dramaturgią Gorana Injaca, w Teatrze Dramatycznym w Warszawie.

To spektakl-kolaż, nieco nierówny, i mam wątpliwości, czy bez bardzo dobrej znajomości arcypowieści Bolesława Prusa widzowie są w stanie zrozumieć to, co zaproponowano im na scenie. Owszem, przekaz jest uniwersalny: jak śpiewało De Mono: „wszystko jest na sprzedaż”. Każda idea, wszystkie współczesne „-izmy”, a nawet nasze lęki. Na dodatek spektakl pokazuje, że zarówno wtedy, jak i teraz żyjemy w cieniu zaborcy, a możni tego świata nie patrzą na maluczkich: tak jest w warszawskim świecie Prusa z lat 1878–1879, tak jest w dwudziestowiecznym doświadczeniu przemocy wniesionym tu przez historię babki reżysera i tak jest również współcześnie. To świat, w którym nie ma miłości. Jest tylko pieniądz. I nie jest prawdą, że to, co nas nie zabije, nas wzmocni, bo Wokulski wraca z Irkucka jako człowiek głęboko okaleczony, jakby wyzuty z marzeń i ideałów. To odczytanie głównego bohatera powieści jest mi bliskie. Nie wierzę w miłość Wokulskiego (Marcina Bosaka) tak samo, jak nie wierzę w Wokulskiego Prusa. To postać bez woli życia. Nie wie już, co ze sobą zrobić. Umierać by mógł, ale jeszcze może trochę pobawi się w trwanie, bo umierać się boi, jak Hamlet: „Umierać jest strasznie. A jeśli ten strach jest złudzeniem — jak pani mówi – to umrzeć znaczy: nigdzie nie być, nic nie czuć i o niczym nie myśleć”.

A zatem handluje wszystkim. Skupuje srebro od szlachty i przetapia je, po czym pokrywa nim czaszki z Rwandy i wstawia do sklepu galanteryjno-kolonialnego. Jest też kolekcjonerem sztuki, a może marszandem, może mecenasem. Bawi się w sztukę konceptualną, która bazuje na traumie. Summa summarum: zarabia na bólu. Ból dobrze się sprzedaje. Podlega narracjom, jest opowieścią o tym świecie. Sens życia? Nie ma. Miłość? Kolejny plan zdobycia niemożliwego. Test: co jeszcze mogę zdobyć. Ja – dorobkiewicz. Ja – wyzuty z cnoty. Ja, którego ideały umarły wraz ze zrywem powstańczym, błędem młodości. Taki właśnie ton Iłynczyk wydobywa z Prusa. Jest to w końcu powieść o rozpadzie świata. I taka jest ta „Lalka”, ale pozbawiona romantycznych uniesień, należących zwykle do czytelników, którzy chcą widzieć w postaciach, z którymi się zbratali, szlachetność.

Po pierwszej, dwugodzinnej części spektaklu miałam wrażenie, że przedstawienie mnie nie przekonuje, że Wokulski nie ma w sobie nic, co wywoływałoby sympatię, jest egzaltowany i sztuczny, a w żadne jego słowo nie sposób uwierzyć. Izabela Łęcka w interpretacji Marty Ojrzyńskiej nie ma w sobie nic z Łęckiej Prusa. Owszem, jest sterowana przez ojca. Robert T. Majewski znakomicie ukazał elastyczny kręgosłup moralny i uwikłanie tej postaci w stereotypy. To ojciec, który wszystko stracił i teraz wystawia córkę jak przedmiot na giełdzie, by ratowała jego los oraz niezaradność. Tym razem jednak ona ma własne zdanie, wolę, jest wykształcona. Można powiedzieć, że otacza kobiety opieką, bo dba o ich rozwój, ale tak naprawdę zarabia na tym, że one są spragnione kontaktów, które Łęcka może im zapewnić. I niestety nie ma w niej delikatnego, romantycznego piękna. Bo świat ten nie ma piękna, jest tylko strach. Stopniowo zaprzedaje więc swoje ideały i staje się sutenerką. Z historyczki sztuki, która wprowadzała kobiety do muzeum sztuki nowoczesnej — znów pobrzmiewa tu ironia wobec współczesności, bo Teatr Dramatyczny znajduje się obok nowo wybudowanego gmachu MSN – i dbała o ich rozwój kulturalny, przeobraża się w tę, która te same kobiety lokuje w cyrku jako małpy mające wdzięczyć się przed możnymi chamami.

Izabela i Wokulski może przez sekundę mieliby szansę się pokochać, ale niewiele o sobie wiedzą. On obrzydza ją — w powieści tym, że pracuje, ma czerwone dłonie, osacza ją i układa się z ojcem. U Iłynczyka tym, że jest dorobkiewiczem, człowiekiem egzaltowanym, uciekającym w tanią poetyckość — jak w scenie z pociągiem czy niszczeniem bukietu z róż. Tanie zagrywki. I może z ich powodu byłam obrzydzona głównymi bohaterami, których w Dramatycznym nie da się polubić. Problem w tym, że ta wizja, mimo zmian wprowadzonych przez reżysera, niewiele odbiega od tego, co daje nam Prus.

fot. Karolina Jóźwiak

Moją ulubioną postacią w powieści jest doktor Szuman, cynik, który prowadzi urągające etyce eksperymenty z segregacją ludzkich włosów, Żyd, który bardzo dosadnie ocenia Żydów i ich krytykuje. U Iłynczyka, aż żal, że ta postać nie została rozbudowana, gra go Waldemar Barwiński i w tej roli jest artystą konceptualnym, który również zbiera włosy, ale po to, by stworzyć z nich instalację „Wszystkie włosy świata”, powstającą z włosów kobiet żyjących w cieniu wojny. Dzisiaj ich ból zostaje wystawiony na pokaz. Ten Szuman jest też artystą, który podpowiada Wokulskiemu, jak można wzbogacić się na ubożejącej szlachcie, skupując srebra i zyskując na nich. „Po to, by zyskać, kupiłem” – to przecież słowa Wokulskiego z powieści Prusa. Jego projektem jest też sam Wokulski, bo artysta pisze jego biografię. Pisze ją zarówno na scenie, jak i w życiu. To on robi Stachowi efektowne zdjęcia: „Zrobię kilka ujęć. Ludzie potrzebują bohatera. Stanisław, jesteś ikoną. Symbolem”, a po sesji mówi: „Skończyłem. Teraz możesz umierać”.

Temat „być albo nie być” nieustannie towarzyszy ich rozmowom i bywa oswajany przez sztukę. To autoironia, bo Iłynczyk także materializuje ból własnej babki. To ona stała się jedną z genez tej adaptacji: podkreślała fragmenty powieści, które później okazały się dla niej inspirujące, i marzyła o wyjeździe z Nowogródka do Warszawy, a gdy po 1939 roku historia naznaczyła jej życie doświadczeniem ZSRR, musiała już wiedzieć, że ta wymarzona arkadia nie będzie jej dana. To znamienne, bo bohater powieści, formalnie wolny, i tak czuł się w Warszawie stłamszony. A zatem babka Iłynczyka staje się nową postacią w tej adaptacji. Jest Widmem, ale też Babcią, Małgorzatą, Łęcką, Zasławską, Hrabiną, którą doskonale gra Małgorzata Niemirska. Jej rola to komentarz, obnażanie theatrum mundi. Sama zresztą mówi o graniu nie tej funkcji w tym spektaklu. I to ona na początku dramatu przychodzi do sklepu Wokulskiego i subiektowi Ignacemu Rzeckiemu (Piotrowi Siwkiewiczowi) chce sprzedać pamiątki rodzinne, chce mu sprzedać opowieść o traumie. Ostatecznie sprzedaje nawet gwóźdź z domu rodzinnego. Wszystko to staje się trafną refleksją o naszej narodowej narracji. Z ust Łęckiej dowiadujemy się bowiem, że odebrano nam już status największej ofiary Europy. Teraz (w domyśle) jest nią Ukraina.

Druga połowa spektaklu to najmocniejszy dla widzów fragment tej teatropowieści. Skoro żyjemy w cieniu zaborcy, wszyscy wielcy panowie zasiadają tu jak widownia świata przemocy i interesu. Oglądają spektakl stworzony przez Izabelę Łęcką, by im się przypodobać i grać własną grę – dla siebie lub dla ojca. Są wśród nich oportunista Tomasz Łęcki, dorobkiewicz Stanisław Wokulski, klakier Rzecki, rosyjski milioner Suzin (Mariusz Drężek), handlujący z Wokulskim bronią (a więc po raz kolejny zarabiający na wojnie, co zresztą odnajdujemy także u Prusa) oraz szalony naukowiec Geist (Mateusz Weber), marzący o stworzeniu czegoś wielkiego, choć niekoniecznie etycznego, bo nie ma dobrego zdania o ludzkości. Iza wystawia zatem na scenie własną wersję ASMR i rozerotyzowanym głosem, stukając paznokciami w mikrofon jak beautyinfluencerka w opakowania nowych kosmetyków, zapowiada scenę sądu. Jest to sąd dotyczący lalki, spór między Krzeszowską a Stawską i szokująco dobrą, ale niezręczną postacią Helusi Stawskiej (Agata Różycka).

Obie aktorki – kolejno Katarzyna Herman i Małgorzata Witkowska – rozbudowały postaci Prusa, ale bez przekłamania i bez nowej interpretacji; po prostu ukazano to, co znajduje się między słowami. I dlatego uważam, że w spektaklu Iłynczyka tak ważna jest znajomość powieści, bo wytwarza się napięcie między tym, co napisane, a tym, co zagrane. Co więcej, wiele kwestii z Prusa zostaje wypowiedzianych w nowych kontekstach, przez co znów ukazuje się nowy, ale współczesny świat. Wokulski mówi, że najlepsze, co może spotkać dzieci z Powiśla, to przedwczesna śmierć. Takie słowa, wypowiedziane po bankiecie, w pijackiej rozpaczy, obok wcale nie dumnej, lecz rozpaczliwej Kazimiery Wąsowskiej (Agnieszka Wosińska), wybrzmiewają zupełnie inaczej.

Bohaterowie Iłynczyka pragną litości, a jednocześnie mówią, że nie ma nic gorszego niż litość, która upokarza litującego się i tego, nad kim się lituje. Ze statusu ofiary budujemy swoją tożsamość, a gdy jej zabraknie, zostaje pustka. Czy w świecie owładniętym przemocą, ukrytą pod wielkimi słowami, jest jeszcze szansa na szczerość i dziecięce wręcz uczucia? Nie. Tarzamy się w rozpaczy, którą ukrywamy w drogich rękawiczkach, udziwnionych gestach, przeintelektualizowaniu, feminizmie intersekcjonalnym, ekologicznych jazdach i wszystkich zachwytach współczesnego wielkiego świata, jakim ma być w naszych oczach Warszawa, która w spektaklu Iłynczyka jest jednak warszafffką.

fot. Karolina Jóźwiak

To gorzkie odczytanie, ale zarazem spektakl nierówny, pełen miszmaszu. Musi zostać jeszcze przemielony przez czas, aktorzy muszą się rozegrać.

I zakończenie. Po rozmowach w kuluarach wydaje się niejasne. Na ścianie pojawia się napis „non omnis moriar” – fraza, która w kontekście powieści odsyła do fragmentu listu wystającego z kieszeni zmarłego Ignacego Rzeckiego. Wówczas chce się wierzyć, że choć to nie jest czas dla romantyków, oni jednak przetrwają. W wersji Iłynczyka nie wszystek umrze lęk przed zaborcą. Lęk, który będzie nam towarzyszył nieustannie, bo żyjemy w cieniu zaborcy i może nawet układamy się z nim.

To brzmi dziwnie kwaśno, aktualnie i niezręcznie, zwłaszcza gdy Suzin, jako bogacz z zagranicy, wolałby młode panie, właściwie dziewczynki – skojarzenie z aferą Epsteina nasuwa się samo — a zarazem łatwo przekabaca naukowca z manią wielkości, obiecując sfinansowanie jego badań, jeśli ten tylko zapomni o etyce.

Iłynczyk zastosował też zabieg gwałtu na publiczności, którego spodziewałabym się raczej po „Teatrze, który się wtrąca”. Z głośników puszczono Prokofiewa, „Romea i Julię”, a napis na wyświetlaczu zapraszał do opuszczenia sali, jeśli przeszkadza nam promowanie kultury zaborcy. Wstać, wyjść, oburzyć się? Szkoda, zobaczmy, co się wydarzy, przecież to tylko muzyka. Właśnie tak łatwo wytłumaczyliśmy sobie to przetrwanie.

To odwołanie zarówno do lektury Izabeli Łęckiej, jak i ironiczny komentarz do losów Wokulskiego oraz Łęckiej. W końcu nie mogli być razem, bo pochodzili z dwóch różnych światów. Jest w tym także aluzja do cancel culture, która ma swoich zwolenników i przeciwników. I ja zostałam, słuchałam, i było mi niezręcznie, że zostałam obsadzona w tej roli.

Nie przekonują mnie jednak dwie kwestie. Po pierwsze, obsadzenie w rolach Marszałka, granego przez Mateusza Webera, i Księcia, granego przez Konrada Szymańskiego, młodych aktorów o młodych głosach, choć same postaci – dzięki świetnej charakteryzacji – są odpychające. Nie ma się co dziwić, że Łęcka komentuje ich jako najgorszy z możliwych wyborów matrymonialnych, a przecież tylko na takich kandydatów może liczyć, bo nie jest już młoda i nie ma posagu. Ten dysonans wybijał z treści. Ich ironiczne komentarze bywały zabawne, ale zarazem niezręczne i zupełnie niepotrzebne.

Po drugie, scenografia – nawiązująca do MSN, brutalizmu, minimalizmu, znów do wszelkich „-izmów”. Owszem, świetna była obrotowa scena oraz rozwiązania polegające na wyświetlaniu na niej obrazu z kamery skierowanej na ręce Rzeckiego. Tylko że to już maniera współczesności. Już to widziałam. To samo pojawia się przecież w Teatrze Polskim w „Rękopisie znalezionym w Saragossie”. Czy stoją za tym ci sami twórcy, czy to już po prostu moda? A może to kolejny komentarz twórców do osadzenia spektaklu we współczesnym imaginarium estetycznym?

Miesza się w tym spektaklu wiele porządków. Są sceny bardzo trafne, zwłaszcza te, które ukazują lalkowe theatrum, tak obecne u Prusa — świadomość, że na scenie życia nieustannie gramy w gry towarzyskie, społeczne i polityczne. Wybitna wręcz jest scena z rozpaczą Krzeszowskiej, która u Prusa w pierwszym odczytaniu wydaje się tylko upierdliwą i wredną starą hrabiną, a w rzeczywistości jest przecież zrozpaczoną matką, która straciła dziecko, a jej związek przez to cierpienie zaczął się rozpadać. Wspaniale też ograno (znów w ramach zakładania masek) scenę z Zasławkiem. Były lepsze i gorsze momenty, zwłaszcza te, w których mówiono widzom wprost, co właśnie się odbywa, chociaż i tych momentów trzeba bronić, bo przecież spektakl, który wymagałby instrukcji obsługi, byłby zbyt hermetyczny.

Im dalej w las, tym więcej wrażeń i przemyśleń. Z każdym dniem po spektaklu coraz intensywniej pracuje on w moich myślach, a moja opinia o nim zmienia się na lepsze. W roku „Lalki”, gdy dostaniemy wierne odczytania filmowe i teatralne, jak Teatr Słowackiego w Krakowie, oraz niewierne, jak wersja serialowa czy „Lalka 89”, dobrze jest poznać odczytanie powieści Prusa, które pozwala spojrzeć na ten tekst z innej perspektywy. W końcu to w 80 procentach sam Prus. I po tym poznaje się arcypowieści – czytane wciąż na nowo, zyskują nowe znaczenia.

Nie jest to zatem „Lalka”, którą się kocha, lecz taka, z którą trzeba się spierać i może właśnie to najlepiej świadczy o sile tekstu Prusa i tej adaptacji, na którą pójdę jeszcze niejeden raz.

Tytuł oryginalny

Nie jest miło. „Lalka” w Teatrze Dramatycznym

Źródło:

www.facebook.com/babaodpolskiego
Link do źródła

Autor:

Aneta Korycińska

Data publikacji oryginału:

23.03.2026

Sprawdź także