Logo
Recenzje

Maski poprawności

15.05.2026, 15:57 Wersja do druku

„Pacyfiści” Marka Modzelewskiego w reż. Jacka Braciaka, koprodukcja Teatru Współczesnego w Warszawie i Teatru STU w Krakowie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

Blondynka ubrana w białą koszulę i czarne spodnie leży z podkulonymi nogami na niebieskiej kanapie, nad nią są brunetka w beżowym płaszczu i dwóch mężczyzn w okularach, jeden siedzi na oparciu kanapy;

fot. Barbara Ojrzeńska

Marek Modzelewski swym najnowszym tekstem wystawionym niedawno na deskach krakowskiego Teatru STU, a teraz Teatru Współczesnego w Warszawie nie odkrywa Ameryki. I nie musi. Gdyż niezwykle sprawnie porusza się w chwytliwym i nośnym dramaturgicznie schemacie, który eksploatował już we wcześniejszym „Wstydzie” czerpiąc przy okazji z doświadczeń takich klasyków jak „Kto się boi Virginii Woolf?” Edwarda Albee czy „Bóg mordu” Yasminy Rezy. Wszystkie te sztuki rozpoczynają się bowiem podobnie, od niewinnego z pozoru towarzyskiego spotkania dwóch par. Niewinnego do czasu, gdy nieopatrznie rzucona uwaga uruchomi zapalnik, wyciągnie zawleczkę i spowoduje eksplozję. Wbrew wojennej retoryce, a bardziej na przekór samej treści, nowy spektakl nosi tytuł „Pacyfiści”, choć oryginalny, nieco mniej nośny „Wszyscy jesteśmy poprawni”, dokładniej oddaje intencje autora. Realizacji podjął się Jacek Braciak, który we „Wstydzie” partnerował Izabeli Kunie, a debiutował w roli reżysera cztery lata temu inną sztuką Modzelewskiego – „Kto chce być Żydem?” w łódzkim Teatrze Powszechnym. Braciak bardzo dobrze czuje klimat podszytego humorem psychologicznego thrillera. Pozostając wierny tekstowi, nie szukając inscenizacyjnych fajerwerków, pozostawia dużo swobody aktorom. Ufa ich intuicji i doświadczeniu, lecz wymaga scenicznej prawdy. „Pacyfiści” skupiają się więc na emocjach, wciągają widza w wir wydarzeń i nie wypuszczają ze szponów, aż do samego końca.

Historia czworga ludzi z wielkomiejskiej klasy średniej zaczyna się banalnie. Do wypasionego domu Justyny i Juliana (Monika Krzywkowska i Wojciech Malajkat) przyjeżdżają w delikatnej sprawie ich przyjaciele – Aldona i Mariusz (Agnieszka Suchora i Mariusz Jakus). Uczciwość i szacunek nakazują im osobiście przekazać informację, że ich syn nie przyjdzie na urodziny swego najlepszego kumpla – syna gospodarzy. Nie dlatego, że nie chce. Dlatego, że rodzice nie uważają za stosowne, by uczestniczył w urodzinowej imprezie na… strzelnicy. Bum!

Tyle wystarczy. Od słowa do słowa rozpoczyna się gra pozorów, teatr ściemniania, słodzenia i lukrowania rzeczywistości, a z drugiej strony wzrastających małżeńskich animozji, które coraz gwałtowniej wybuchają tłumionymi przez lata pretensjami. Modzelewski umiejętnie rozpisał charaktery tworząc melanż zróżnicowanych i przeciwstawnych postaw – konfliktowych i ugodowych, szukających konfrontacji i starających się nieudolnie wygasić temperaturę sporu. Jednocześnie nieoczywistych, skrywających traumy i tajemnice przeszłości, które czekają tylko, by się uwolnić. Gdy zaś o dzieci chodzi, nawet ludzkim „oceanom spokoju” puszczają hamulce. Postaci wpadają w krzyżowy ogień wzajemnego – z przeproszeniem – dosrywania, czasem z najmniej spodziewanej strony, a nic nie jest tym, czym się z początku wydaje. Po pewnym czasie przychodzi wręcz myśl: jak oni w ogóle mogą się przyjaźnić?

„Ludzie generalnie nie mają odwagi, żeby mówić prawdę” – słyszymy ze sceny, a za płynącą rzeką poprawności podąża obnażana raz za razem fasadowość padających deklaracji. Modzelewski z właściwą sobie wnikliwością i gorzką ironią pokazuje zakłamanie i hipokryzję naszego społeczeństwa uderzając w czułe miejsca dzisiejszych punktów zapalnych. Ba, doprowadza do sytuacji, w której rozglądamy się ukradkiem po widowni, czy z tego „żartu” wypada się jeszcze śmiać. Bo może jednak nie? Ze sceny, bardziej dla rozładowania gęstniejącej atmosfery, padają też budzące wesołość „grubsze” słowa, ale suma summarum nie ma w tym obrazie nas samych nic szczególnie śmiesznego. 

Właściwego efektu nie byłoby bez prawdziwie zagranych emocji. Czworo aktorów wyśmienicie zagęszcza atmosferę, z dużą swobodą i naturalnością prowadząc postacie, a przy okazji wpuszczając nas do świata iluzji kreowanych na potrzeby innych. Spojrzenia bezkompromisowej Agnieszki Suchory strach się bać. Jej Aldona to kobieta o żelaznych zasadach, nie bojąca się mówić tego, co myśli, stanowcza i w swych przekonaniach niezłomna. Przynajmniej do czasu, gdy niewygodne sprawy nie zaczynają dotyczyć jej samej lub, co gorsza, jej ukochanego syna. Wyzywająco broni swego zewnętrznego wizerunku, który z trzaskiem rozpada się wśród obłudy i płynącego z jej ust ksenofobicznego szlamu. Tak zdecydowany w deklaracjach Mariusz Jakus, okazuje się śliskim, z lekka fajtłapowatym gościem, dla którego odwrócenie tematu rozmowy i ucieczka w banał stanowią podstawowy mechanizm obronny. Aktor komediowo dystansuje się od swego zwyczajowego emploi, by pod koniec pokazać drugie, znacznie bardziej męskie oblicze. Justyna Moniki Krzywkowskiej jest jego odbiciem w drugim małżeństwie – wiecznie uśmiechnięta milusińska pozerka z wielkimi aspiracjami, która kłopoty zamiata głęboko pod dywan. Gdy jednak zrzuci przyjętą pozę i pokaże prawdziwą twarz, rozpęta istne piekło. Przeobrażenie Justyny, nawet jeśli podlane odrobiną procentów, robi potężne wrażenie. Jakbym widział… mniejsza z tym. Pozornie sympatyczny Wojciech Malajkat w roli Juliana poprawność ma w głębokim poważaniu i od samego początku prowokuje cynicznymi komentarzami. Sarkastyczny, nie przebierający w słowach, uruchamia swoją nieprzewidywalną naturą kolejne wydarzenia, jak klocki w dominie. A przecież ten twardziel także pęknie. Warto też wspomnieć, że w spektaklu wymiennie w rolach Juliana i Mariusza występują Jacek Braciak i Krzysztof Pluskota. 

Słowa pochwały należą się również odpowiedzialnemu za scenografię i kostiumy Witkowi Stefaniakowi, który zbudował funkcjonalną i atrakcyjną wizualnie przestrzeń, dającą możliwość szybkiej i bezbolesnej transformacji. Pomysł z przepoczwarzeniem pojawiającego się w tekście „obrazu Fangora” to już prawdziwy majstersztyk. Podobnie jak świetny plakat Andrzeja Pągowskiego.

„Pacyfiści” opowiadają gorzko o świecie pozorów, współczesnej poprawności i maskach, za którymi kryjemy nasze prawdziwe poglądy. O ludzkim zakłamaniu, frustracjach i lawirowaniu w codziennych relacjach. A zwłaszcza o potrzebie utrzymania nieskazitelnego wizerunku i relatywizacji przekonań w zależności od osobistego kontekstu. Jacek Braciak podążając za błyskotliwymi dialogami Marka Modzelewskiego wnikliwie portretuje ludzkie witryny, w których chcielibyśmy się wystawiać, ale odsłania przy okazji cały bałagan zaplecza. Mówi o świecie, w którym nie wypada powiedzieć głośno „Murzyn”, a już na pewno napisać w recenzji, że to „zajebiście” dobry spektakl. Nawet jeśli tak właśnie jest. Sympatia widza lokowana w którymkolwiek z bohaterów poddawana jest bezustannie weryfikacji. Otwierające się co chwila emocjonalne pęknięcia zdzierają zasłony fałszu i podają w wątpliwość deklarowane ze sceny wartości. Współczesna tragikomedia balansuje szeroko między „poprawnością do wyrzygania” a „feministyczno-pedalską histerią” i tylko od nas zależy, gdzie na tej szali zechcemy umieścić własną witrynę. Bo przecież też taką macie. Jak każdy.

Źródło:

NaszTeatr
Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także