17.05.2021, 09:48 Wersja do druku

Na tropach Wańkowicza

"Na tropach Smętka. Pieśń ziemi ma wiele głosów" wg Melchiora Wańkowicza w reż. Rudolfa Zioło w Teatrze im. Jaracza w Olsztynie. Pisze Kalina Zalewska w portalu Teatrologia.info

fot. Łukasz Pepol

Wańkowicz w teatrze to rzadkość, bo gatunek prozy, jaki uprawiał, uchodził dotąd za niesceniczny. Jako postać pojawił się ostatnio w telewizyjnej sztuce Imperium, gdzie Eugeniusz Kwiatkowski namawiał go do tworzenia mitu Centralnego Okręgu Przemysłowego, słusznie przypuszczając, że temat, który weźmie na warsztat ten pisarz, niezawodnie trafi pod strzechy. Wańkowicz był autorem podziwianym, a zarazem niezwykle popularnym, jednym z ojców polskiego reportażu, by wspomnieć Na tropach Smętka i takie powojenne dokonania jak Bitwa o Monte Cassino, Wrzesień żagwiący (o Westerplatte), Ziele na kraterze (z kwestią powstania warszawskiego) czy Hubalczycy. Wybierał istotne i kontrowersyjne tematy, które inni najczęściej omijali.

Na tropach Smętka, opowieść o przedwojennych Prusach Wschodnich, musiała jednak, prędzej czy później, pojawić się na scenie olsztyńskiego Jaracza. Teatr ten od dwóch sezonów prowadzi Studium Reportażu, kształcąc młodych autorów z nadzieją, że Warmia i Mazury zostaną dzięki temu opowiedziane na nowo. Z tych względów relacja z odbytej przez pisarza w 1935 roku wyprawy po tych terenach była pozycją fundamentalną, choć karkołomną. Jak bowiem pokazać na scenie eskapadę kajakiem, którą Wańkowicz przedsięwziął razem z młodszą córką, a zarazem tysiące dygresji, w jakie obrasta jego opowieść, diagnozująca stan ducha i umysłu mieszkańców tych terenów? To reportaż, ale zarazem rozprawka, często sięgająca w głąb historii, napisana w formie gawędy nasączonej obserwacjami, emocjami i przekonaniami autora. Mieszanka nie do podrobienia, wynikająca ze szczególnej osobowości pisarza.

Twórcy ukonkretnili literacki przekaz i wydobyli jego reportażowe walory (adaptacja jest dziełem młodych autorek – Darii Kubisiak i Martyny Wawrzyniak, reżyserował Rudolf Zioło, który czytywał autora zapewne już za komuny). Wzięli oni na warsztat gawędę Wańkowicza, podążając jego tropem i sprawdzając siłę tej opowieści, sami niejako zamieniając się w reporterów, może nawet badaczy.

Na sterylnie białej scenie mamy więc pudła ze zdjęciami i skoroszyty, a w nich rozmaite prezentowane nam dokumenty, ale też mapy, taśmy magnetofonowe, maszynę do pisania, aparat fotograficzny w postaci komórki, całe dziennikarskie laboratorium, niegdysiejsze i współczesne, a pod ścianami stoliki – stanowiska pracy dla piątki aktorów, którzy uwijają się w tej przestrzeni, wymieniając się tematami.

fot Łukasz Pepol

Nad stolikami przylepiono zdjęcia albo zapiski pomocne w tej podróży (autorką scenografii jest Katarzyna Stochalska). Na obszernej tylnej ścianie wyświetlane są materiały filmowe, podkreślające urodę Warmii i Mazur, przede wszystkim jednak istotne elementy rozwijanych tutaj tematów, takie jak imiona i nazwiska bohaterów, daty czy też tytuły poszczególnych sekwencji spektaklu. Tematy te grupuje się, tworząc katalog problemów, w nieco innym układzie niż u Wańkowicza. 

Powstaje w ten sposób niemal antropologiczna relacja, poparta wieloma przykładami, o wierzeniach Mazurów – widywanych przez nich kłobukach i marach, a ma się wrażenie, że z plastyki i niesamowitości tych opisów skorzystał choćby Jerzy Kosiński w Malowanym ptaku. Kłobuk ma bowiem zmienną postać, na ogół podobny do miotły, innym razem do zmokłego ptaka, ukazuje się też w postaci małego, czerwonego chłopca. Nawet zapis rozmowy o objawieniach w Gietrzwałdzie latem 1877 roku, w których uczestniczyli polskojęzyczni mieszkańcy wioski, bywa obrazem ich szczególnej wyobraźni, choć jest też przejawem żywej wiary i niezależności wobec pruskiego zaborcy. Ogniste kule, tumany kurzu, ptaki nadnaturalnych rozmiarów towarzyszą Matce Boskiej niejako na dowód prawdziwości cudu. 

Ważnymi bohaterami spektaklu są ofiary permanentnej germanizacji tych obszarów, takie jak Jerzy Lanc, nauczyciel z Łęgu koło Piasutna, który zorganizował jedyną w okresie międzywojennym polską szkołę na Mazurach, za co zapłacił życiem, czy Michał Zientara z Leleszek koło Pasymia, wraz z rodziną osadzony w więzieniu, pozbawiony pracy i wykluczony ze społeczności wioski za sprzyjanie Polakom podczas plebiscytu w lipcu 1920 roku. Wańkowicz po latach odwiedził Zientarę i wysłuchał jego pełnych pasji, ale zupełnie bezrozumnych interpretacji Pisma Świętego (tu w wykonaniu Wojciecha Rydzia), pojmując, że samotność i zgryzota popchnęły bohatera w dziedzinę przepowiedni i fantasmagorii (analogie z losem polskich emigrantów w dziewiętnastym stuleciu same się nasuwają). Na scenie mamy jeszcze kilka portretów ludzi martwych za życia, jakby pogrążonych w letargu, bo zbyt udręczonych, jak Linkowa, wdowa po Bogumile Linku, zamordowanym podczas plebiscytu, czy żona Michała Kajki, wegetująca wraz z poetą w biedzie i pogardzie wśród zniemczonych krewnych (obie w poruszających interpretacjach Aleksandry Kolan i Ewy Pałuskiej). Ale tropiąc paradoksy twórcy przedstawiają też losy Wojciecha Kętrzyńskiego (Michał Felczak) czy doktora Kurta Obitza (Rydzio), wychowanych w niemieckiej tradycji, którzy odkryli w sobie polskie korzenie i z uporem brnęli w kierunku odwrotnym niż sugerowany. 

Wszystko to kręci się wokół pytania kim są Mazurzy – Polakami, Niemcami czy trzecią nacją, posiadającą przecież własną gwarę, a jakakolwiek prosta odpowiedź rozmija się z prawdą. Podziały te często wspiera, a tylko czasem łagodzi społeczna funkcja religii – katolickiej czy ewangelickiej. Sam Wańkowicz ciąży rzecz jasna, i to pełną gębą, ku polskiej i katolickiej tradycji, a za granicą (Mazury, Warmia i Powiśle w wyniku klęski plebiscytu przypadły Niemcom) tropi jej przejawy z upodobaniem. Jednak otwarcie przyznaje, że młode polskie państwo nic nie zrobiło dla mieszkańców tych terenów. W spektaklu widzimy natomiast jak prężnie działa państwo niemieckie, czy za Bismarcka, czy za Hitlera.

Zamiast zbeletryzowanej opowieści mamy na scenie sproblematyzowany esej teatralny, ale emocje szczęśliwie zostały zachowane. Dzięki nim docieramy do takich postaci jak Linkowa, stojących na progu śmierci, a gest jej opadającej bezwiednie ręki działa na wyobraźnię silniej niż słowa. W autora wciela się Cezary Ilczyna, ale żaden z aktorów nie dostaje tu zadania odegrania konkretnej postaci. Wypowiadają oni słowa narratora, raz opisującego uroki przyrody, innym razem relację ze spotkania czy historyczne zaszłości. Rudolf Zioło wyreżyserował spektakl, który dla warmińskiej i mazurskiej widowni może stać się tym, czym Ballada o Zakaczawiu dla mieszkańców Legnicy, a Piąta strona świata dla Ślązaków. Zwłaszcza, że od niedawna ma on wersję online.

Na tropach Smętka. Pieśń ziemi ma wiele głosów. Autor: Melchior Wańkowicz, adaptacja Daria Kubisiak, Martyna Wawrzyniak; reżyseria Rudolf Zioło, scenografia i kostiumy Katarzyna Stochalska, wizualizacje Aleksander Janas, kolektyw kilku.com, muzyka Marcin Nenko, Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie, premiera 26 września 2020, premiera online maj 2021.

fot. Łukasz Pepol

Tytuł oryginalny

Na tropach Wańkowicza

Źródło:

www.teatrologia.pl

Link do źródła

Autor:

Kalina Zalewska

Data:

13.05.2021