18.06.2021, 11:46 Wersja do druku

Na lonży dźwięku

"Maszyna" w reż.  Jagody Szelc w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Pisze Jan Topolski na stronie www.glissando.pl.

fot. Natalia Kabanow / mat. teatru

Na środku kameralnej sceny Teatru Polskiego w Bydgoszczy stoi białe, stalowe ramię ze zwisającą linką i karabinkiem. Wokół osiem głośników skierowanych do środka. Pomiędzy krząta się obsługa: inżynierka, konserwator, pielęgniarka i akustyk. Zostaliśmy zaproszeni na pokaz krosna PNP-TK/6, które za pomocą fal dźwiękowych naświetla i przemienia wylosowanego w loterii klienta. „Klientkę!” pada z boku sceny i wchodzi kobieta (Sara Celler-Jezierska znana z Erotiki 2022), która przez następną godzinę z okładem będzie obiektem tego przerażającego eksperymentu. Podpięta w uprzęży do lonży na obrotowym mechanicznym ramieniu i prowadzona w kołowrocie niczym wół, dostanie do wykonania szereg zadań, umożliwiających maszynie „dostrojenie się” do jej ciała i mózgu. Klientka bardzo się stara, chce się wykazać. Obraca się twarzą do każdego mijanego głośnika, wykonuje ćwiczenia z dykcji, przywołuje wspomnienia z dzieciństwa, recytuje litery alfabetu. Tresura adaptacji. Pasuje czy nie? Ma w sobie to coś?


Maszyna działa od dawna. Działa codziennie. Działa systemowo. Nie trzeba jej uruchamiać. Trzeba ją konserwować. Popsuta działa też wyśmienicie. Można się nią zachwycać. Można w nią grać. Można nie zwracać uwagi na jej działanie. Więc czemu bez przerwy wsłuchujesz się w nią z otwartymi ustami? Maszyna naświetla dźwiękiem. Niedawno odkryto, że jeśli przez określony czas będzie się naświetlać kogoś konkretną długością fali dźwiękowej oraz wibracją tej fali, to nastąpią modyfikacje zachowań, a w dalszej kolejności: kolonizowanie myśli. Proces ten przebiega poprzez przyuczanie, zapewnianie, wytwarzanie odruchów, przycinanie, przyzwalanie, ocenianie, powtarzanie, zaniechanie. Dobrze jest nie wychylać się za bardzo – zmniejszamy wtedy ryzyko zakłóceń. Budowanie więzi także mu nie służy. Skuteczne oswojenie do konkretnych społecznych ról daje natomiast pewność, że porządek społeczny i ekonomiczny pozostanie nienaruszony, a my spełnimy swoje zadania […] (z programu do spektaklu).

fot. Natalia Kabanow / mat. teatru

Jagoda Szelc nie lubi rozwiązywać łatwych zadań – tych, co w sprawdzianach szkolnych funkcjonowały jako „ratunkowe”. Wybiera raczej te z gwiazdką, jak nakręcenie horroru z udziałem wszystkich aktorek i aktorów z danego roku Filmówki, i to za mikrobudżet (Monument). W swoim teatralnym debiucie także postawiła sobie szereg przymusów i wyzwań. Kwadratowa scena otoczona widownią ze wszystkich stron to rezygnacja z konwencji czwartej ściany, a aktorzy są cały czas na widoku i nie mają chwili wytchnienia. Każdy wnosi przy tym indywidualny rys do swojej postaci: znudzenia rutyną, profesjonalnego chłodu czy entuzjastycznej wiary. Maszyneria dekoracji nie tyle nie jest ukryta, co stoi w centrum i staje się głównym bohaterem spektaklu, podobnie jak elektroniczna muzyka Teoniki Rożynek, z którą Szelc współpracowała już w swym debiucie (Wieża. Jasny dzień). U źródeł spektaklu stoją m.in. opowiadanie Kolonia karna Franza Kafki, rozmyślania Silvii Federici o polowaniach na czarownice czy praca Nadzorować i karać Michela Foucoualta, dodające konteksty postkolonialne i feministyczne.


Ale w Maszynie pojawiają się także wątki trapiące reżyserkę w obu pełnometrażowych filmach, jak proces dojrzewania i socjalizacji, wymierzany kolejnymi opresyjnymi rytuałami oraz upokarzającymi zadaniami i karami. Tym razem powracają w osobliwej hybrydzie pomiędzy telewizyjnym talent show, medyczno-akustycznym eksperymentem a psychoterapią Hellingerowskich ustawień. W pewnym momencie obsługa maszyny zaczyna się bowiem wcielać w postaci z życia i dzieciństwa Klientki – nadopiekuńczej matki, pijącego ojca, zdystansowanego chłopaka – dokonując osobliwego prania mózgu, które pod koniec przywołuje na myśl procedury komisji egzaminacyjnych na uczelniach aktorskich. Wszystko to bardzo frapujące, ale nas najbardziej tu chyba interesuje wątek dźwiękowo-medyczny, także w kontekście niedawnego numeru (#36) poświęconego związkom między dwoma dziedzinami. Wiadomo też nie od dzisiaj, że reżyserka ma szczególne ucho do audialnej warstwy swoich dzieł.

Akustyk w początku entuzjastycznie przytacza teorię sonic warfare (Steve Goodman), ale także wspomina lecznicze wykorzystanie fal dźwiękowych (rozbijanie kamieni nerkowych). Prowadzący show zachwyca się tym, że krosna mogą być umieszczane w ścianach i na placach, czyli stanowić niezauważalny element przestrzeni publicznej. Dokładnie tak samo dzieje się przecież obecnie z kamerami przemysłowymi czy muzakiem w tle, do którego nawiązuje zresztą zapętlona fraza melodyczna w początku i końcu Maszyny. Dzięki wytężonej umysłowej pracy Klientki PNP-TK/6 niczym tomograf skanuje różne obszary jej mózgu i przygotowuje zindywidualizowane wzorce rytmiczno-melodyczne, oddziałujące czysto fizycznie, poprzez najniższe rejestry. W dwóch momentach następują spektakularne basowe tąpnięcia, przed którymi obsługa ewakuuje się z kwadratu sceny, a obiekt eksperymentu traci świadomość. Przejmujące momenty – ze zmianą świateł, brzmienia i filmami wyświetlanymi na podłodze niczym wspomnienia z głowy bohaterki. Sound design Teoniki Rożynek nadaje tym sekwencjom onirycznego charakteru, a całemu spektaklowi nadaje kołowy rytm i zaznacza kolejne stopnie rozpoznania bohaterki (aż czasem chciałoby się czasem usłyszeć jeszcze więcej).

Dźwięk bywa w Maszynie także pierwszą oznaką entropii i wyczerpania, jak z zabawą w głuchy telefon, która zaczyna się od wypowiedzi Klientki na ucho do Akustyka oraz gdy w drugiej połowie mechaniczne ramię zaczyna się zacinać i skrzypieć (co przywołuje Kolonię karną, gdzie kafkowskie łoże w chwili próby także się psuje). A jednak show must go on, więc obsługa przenosi Klientkę na padok wokół haka wbitego w podłodze, a my wciąż wpatrujemy się w krosno i ciarki chodzą nam po plecach. Czy już żyjemy w tej rzeczywistości? Czy to algorytmy skanujące twarze Ujgurów w Chinach na tropie oznak „radykalizmu”? Czy to infradźwiękowe działa made in USA służące do rozpędzania demonstracji? Albo przezczaszkowa stymulacja magnetyczna zmieniająca psychikę i gusta pacjentów? Tym razem Szelcowskie rite de passage okaże się szczególnie radykalne: jednym z ostatnich ćwiczeń jest mocne powiedzenie „Jestem!”, jednak paradoksalnie w efekcie eksperymentu i decyzji komisji o jego kontynuacji, bohaterka zostaje kartezjańskiej świadomości pozbawiona.

fot. Natalia Kabanow / mat. teatru

Gwoździem do trumny okazują się jej własne wspomnienia dźwiękowe, którymi obsługa Maszyny bombarduje Klientkę za pomocą przekazywanego z rąk do rąk megafonu. Dobiegają zeń fieldrecordingowe miksy: rechot żab znad stawu, kibice i konferansjer na jakichś zawodach, a każde brzmienie wwierca się w umysł. Nie tylko jej samej, ale i odbiorców, bo to strzępki pejzaży dźwiękowych i asocjacji, w jakich może odnaleźć się każdy z nas (jak te nagrania, zabrane w kosmos przez bohaterów Interstellar). W finale Maszyny Klientka opada bezwładnie i krąży na lince bezwolnie niczym psy turnspity czy dzieci napędzające rożen w brytyjskich karczmach w epoce preindustrialnej… Czy oto prawda o epoce postindustrialnej? Społeczeństwie kontroli i spektaklu? Konformizmu i obostrzeń? Na pewno także kolejny – po m.in. Katastronautach Igi Gańczarczyk/Anny Zaradny czy Soundwork Wojtka Blecharza – znakomity spektakl z dźwiękiem odgrywającym wyróżnioną rolę, wciąż do obejrzenia w Bydgoszczy.

Maszyna, Teatr Polski w Bydgoszczy, premiera 29 maja 2021 roku. Reżyseria: Jagoda Szelc, dramaturgia: Marta Keil, muzyka: Teoniki Rożynek, scenografia: Natalia Giza, kostiumy:Maja Skrzypek, światła i wizualizacje: Przemysław Brynkiewicz, występują: Sara Celler-Jezierska, Michalina Rodak, Małgorzata Trofimiuk, Mirosław Guzowski, Damian Kwiatkowski, Jerzy Pożarowski.

Tytuł oryginalny

Na lonży dźwięku

Źródło:

www.glissando.pl
Link do źródła

Autor:

Jan Topolski

Data:

18.06.2021