EN
19.04.2022, 12:30 Wersja do druku

Monodramy różne, ale jakże poruszające

„Nieostrość widzenia” Remigiusza Grzeli w reż. Wawrzyńca Kostrzewskiego w Teatrze Kwadrat w Warszawie oraz „Byk” Szczepana Twardocha w reż. Roberta Talarczyka i Szczepana Twardocha, koprodukcja STUDIO teatrgalerii, Fundacji Teatru Śląskiego „Wyspiański”, Teatru Łaźnia Nowa i Instytutu im. Jerzego Grotowskiego. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.

fot. mat. teatru

Zaledwie w odstępie kilkunastu dni można było zobaczyć w Warszawie premiery dwóch monodramów. Pierwszy to przygotowany w Teatrze Studio „Byk” na podstawie tekstu Szczepana Twardocha (współreżyseria), drugi „Nieostrość widzenia” w Teatrze Kwadrat napisany przez Remigiusza Grzelę. W obydwu pokazane zostały dwie bardzo różne i odległe od siebie postaci. I choć aktorsko to spektakle wywodzące się z podobnych doświadczeń teatralnych, to jednak poza wspólnotą gatunkową wiele je od siebie różni, zarówno w sferze języka, jak i zastosowanej strategii reżyserskiej.

„Byk” jest monologiem, w którym bohater wciąż opowiada o sobie i w swoim imieniu, natomiast w „Nieostrości widzenia” punktem wyjścia  jest historia autentycznej postaci, aktorki, która, choć straciła podczas wojny wzrok, to jednak teatru nigdy nie porzuciła. Ewa Ziętek wciela się w tym przedstawieniu nie tylko w postać samej Zofii Książek-Bregułowej, będącej sanitariuszką w powstaniu warszawskim, ale również jej męża, który opiekował się nią do śmierci, przy okazji wspominając także niektóre momenty z osobistego życia – rodzinnego, teatralnego czy zawodowego. Nie są to jednak okolicznościowo-jubileuszowe wtręty, a świadomie użyte fragmenty ze smakiem z całością powiązane. W tych sekwencjach Ziętek pokazuje nie tylko duży  dystans do samej siebie, ale i całą gamę  swoich komediowych umiejętności. Spektakl z ogromną precyzją wyreżyserowany przez Wawrzyńca Kostrzewskiego, w swoim centrum stawia samego aktora i słowa, które wypowiada. Ziętek nie ma możliwości skrycia się za parawanem kostiumu czy rekwizytu, porusza się tylko w wyznaczonej strefie między ścianą z cegieł a pełniącym funkcję ekranu powłóczystym tiulem (warta podkreślenia dyskretność wizualizacji Przemysława Żmiejki/ Bartka Warzechy), tymczasem Robert Talarczyk w „Byku” krąży w przestrzeni mocno realistycznej, ze stołem, meblami, łóżkiem i innymi atrybutami pokoju mieszkalnego. Ziętek wspaniale różnicuje poszczególne sekwencje i obrazy, przede wszystkim zmienia rytm, tempo i inaczej posługuje się słowem. Jej postać, wydobywana z mroku światłem reflektora, bardzo wrażliwie potraktowanym przez Paulinę Góral-Stykowską, ożywa za każdym razem inaczej. Wszystko zależy od stopnia emocjonalności, dramatycznego napięcia czy zaangażowania w to, co aktorka chce przekazać. Inaczej brzmią wspomnienia wojenne, kiedy pojawia się krew i rzeź, inaczej reminiscencje emigracyjne, a jeszcze inaczej powojenne losy po powrocie do kraju. Można powiedzieć, że Ziętek tworzy postać, która choć doznała od losu wielu okrucieństw, to jednak wciąż przepełniona jest miłością, delikatnością, łagodnością i też pewnym rodzajem uległości, która jednak nie determinuje jej walki z wszystkimi przeciwnościami losu, które stawały na jej drodze artystycznej, również z powodu słabego wzroku. I choć wiele mówi się w tym spektaklu o miłości (do męża, poezji i sztuki), to jednak aktorka nigdy nie wpada w tony dobrodusznej egzaltacji. Dramaturgiczne napięcia budowane są na scenie kameralnej Kwadratu bardzo dyskretnie, niemal niezauważalnie, z pełni świadomym wykorzystaniem tych wszystkich środków, których używa aktor na scenie. Podobnie zresztą postępuje Robert Talarczyk, tyle że tekst Twardocha, z jego mocnym, brutalnym językiem, nie rozbijający struktury opowieści na mniejsze sekwencje, a jedynie tematy i wątki, wymaga innego rodzaju ekspresji. Talarczyk opowiadając o swoich śląskich korzeniach musi niekiedy podnieść głos, musi posłużyć się zdecydowanie bardziej zamaszystym gestem czy ruchem, by wejść na wyższe piętro emocjonalności, tymczasem Ziętek, w roli  kobiety ciężko doświadczonej przez życie, dążąc do kulminacji napięcia może pozwolić sobie na pewien rodzaj aktorskiej przejrzystości bez używania wyrafinowanych póz czy gestów, na jakby zastygnięcie w postaci, z zastosowaniem tylko lekkiej zmiany tembru głosu, sposobu patrzenia czy skupienia wzroku. Co nie znaczy, że aktorka zatrzymuje się  tylko na ulotnych wspomnieniach, pozbawiając je odpowiedniej dozy drapieżności. Kostrzewski zadbał o wypracowanie wszelkich niuansów, starannie przemyślanych i dokładnie wyliczonych nawet w najmniejszym kroku.

fot. Przemysław Jendroska

Nuda na moment, zarówno w „Byku”, jak i w „Nieostrości widzenia”, nie pojawia się ani na chwilę. Wyraźnie przestrzegany rytm historii, które się toczą na scenie, na to nie pozwala. Tak samo jak intensywna, zmienna w nastrojach, ogromnie przekonująca i głęboko poruszająca gra aktorska – dwojga znakomitych artystów, Ewy Ziętek i Roberta Talarczyka.

Tytuł oryginalny

Monodramy różne, ale jakże poruszające

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Wiesław Kowalski

Data publikacji oryginału:

17.04.2022