Logo
Recenzje

Mnie też to gryzie, Gilbert

26.01.2026, 10:35 Wersja do druku

„Co gryzie Gilberta Grape’a” w reż. Jakuba Zalasy z Teatru Ludowego w Krakowie na 3. Festiwalu Otwarcia w Teatralnym Instytucie Młodych. Pisze Maria Nowak.

fot. Jeremi Astaszow

Co gryzie Gilberta Grape’a? Wszystko. Po kolei i z każdej strony. Tak, jak już życie ma w zwyczaju podgryzać człowieka w tym wieku. Chyba dlatego spektakl Jakuba Zalasy stał mi się tak bliski. Sama swoje ugryzienia odczuwam teraz jak nigdy wcześniej, toteż w teatrze na koniec zalałam się łzami. Nie dlatego, że stały się bardziej bolesne – wręcz przeciwnie – niespodziewanie natrafiłam na bardzo kojący opatrunek. Jak się okazało, potrzebowałam obejrzeć i przeżyć ten spektakl właśnie teraz – nie wcześniej i raczej nie później. Jeśli nie da się w tym życiu uwolnić od systemu, ciała, monotonii, zobowiązań i tak dalej, i tak dalej… można spróbować wyswobodzić się chociaż od myśli, że tak właśnie jest.

Spektakl otwiera monolog. Gilbert przedstawia siebie, swoją beznadziejną sytuację i zapadłe miasteczko. Jest przekonany, że jego wyrok tutaj jest dożywotni. Endora jest bowiem American Nightmare – tutaj każdy pomnik postawiony Stanom Zjednoczonym rozpada się z hukiem, a już na pewno wali się Statua Wolności. Spektaklowi udaje się skutecznie skompromitować każdy mit, który narósł wokół Ameryki. Z pewnością nie obserwujemy kraju uniwersalnego dobrobytu, sukcesu czy perspektyw. Tradycyjny model rodziny trawi fałsz i przemoc, najlepiej mają się tu choroby cywilizacyjne, a szczytem luksusu jest hamburger zjedzony raz do roku.

Zalasa aktywnie korzysta z równie powierzchownej amerykańskiej tradycji popkultury. Czerpie z telewizji i reklam, tworząc tym samym groteskową, momentami przebodźcowującą całość, która wywleka na wierzch tę całą sztuczność. Choć amerykańskość nietrudno ośmieszyć, motyw ten się stale aktualizuje i wciąż trzeba Stany odczarowywać. W czasach globalizacji, gdzie Amerykanie wiodą prym, komentarz momentalnie się uniwersalizuje. Siłą rzeczy w tym lustrze przegląda się też Polska. Nagle nawet puszka Campbella tyłem do widowni zaczyna zwracać uwagę swoją biało-czerwoną kolorystyką. Tak też symbole przeobrażają się w pociski. Zalasa, Jakub Kotynia i Julia Zawadzka upewnili się, żeby na przykład Andy Warhol nie przeszedł niezauważony. No bo kim innym zasygnalizować rozpędzony kapitalizm, jeśli nie artystą, który galerię sztuki zrównał ze sklepową alejką?

Sam król rock and rolla, największa legenda muzyki, przywoływany w spektaklu tak często, w końcu także spada ze swojego piedestału. Elvis Presley jest tu co najwyżej maszyną do puszczania baniek albo tanim kostiumem na Dzień Niepodległości. W wielkich opowieściach o Presleyu omija się fakt, że król umarł na kiblu.

Ale Gilbert nie jest tu sam, nawet jeśli chciałby czasem, żeby ludzie wokół niego poznikali. To też historia jego rodziny: Arniego, Bonnie, nieżyjącego już Alberta oraz pozostałych, choć nielicznych, mieszkańców Endory. Wszyscy żyją tym samym rozczarowującym życiem, silnie wierząc, że lepsze nie będzie. Pchają własne kanapy i podtrzymują swoje stropy, z zazdrością spoglądając na tych, którym udało się od tego uciec.

Pisałam już o Gilbercie z początku spektaklu. Nie wierzył wtedy, że kiedykolwiek uwolni się z tego przeklętego miejsca, a jednak spektakl domyka przewrotna klamra. Wyjeżdża z bratem i Becky, zostawiając za sobą płonący dom jego udręk. Dzieje się to chwilę po śmierci matki, może i z powodów czysto pragmatycznych. Moim zdaniem spojrzenie chłopaka zmieniła zaobserwowana kruchość życia i odzyskana dzięki Becky nadzieja, że część naszej historii jesteśmy w stanie przepisać.

Nie udałoby się opowiedzieć opowieści tak życiowej i ludzkiej, gdyby nie znakomite kreacje aktorskie – bez uroczych, młodzieńczych Marcina Mazurka i Doroty Goljasz, naturalnego, z ogromnym wyczuciem Kajetana Sługockiego oraz przejmujących, prawdziwych do bólu Katarzyny Tlałki i Beaty Schimscheiner. Wierzy się im i w ciężar, który niosą na barkach.

Na koniec cieszy mnie bardzo, że potraktowano mnie serio. Jako równą partnerkę do rozmowy o życiu, problemach i polityce. Do której można też czasem coś jedynie zasygnalizować, a nie upewniać się na każdym kroku, że moralitet mnie dosięgnie. Ale czy mnie to dziwi? Jakub Zalasa nie jest przecież dużo starszy ode mnie, nic dziwnego, że potrafimy się porozumieć. Tym bardziej cieszy mnie, że istnieje nie tylko dobry teatr dla młodych, ale i od młodych, a moje pokolenie dobrze rokuje na artystyczną przyszłość.

***

„Co gryzie Gilberta Grape’a” reż. Jakub Zalasa, Teatr Ludowy w Krakowie, spektakl prezentowany w ramach Festiwalu Otwarcia, Teatralny Instytut Młodych, 18-21 listopada 2025

Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Maria Nowak

Sprawdź także