Logo
Magazyn

I to by było na tyle… – 90 lat temu urodził się Jan Tadeusz Stanisławski, aktor i satyryk

26.01.2026, 09:06 Wersja do druku

26 stycznia 1936 r. urodził się Jan Tadeusz Stanisławski, aktor, autor tekstów przebojów i satyryk – samozwańczy profesor mniemanologii stosowanej, twórca absurdalnego powiedzonka „i to by było na tyle…”, które weszło do polszczyzny, często jako pointa całkiem poważnych wystąpień publicznych.

fot. PAP/ Marcin Wegner

„Myśmy ten żart jako społeczność językowa kupili. Kupiliśmy, powtarzaliśmy, aż w końcu przeciętny statystycznie Polak przestał w nim wyczuwać frazeologiczny wygłup i zaczął go traktować zupełnie serio, jak twór neutralny pod względem stylistycznym” – napisał prof. Jan Miodek, w felietonie „Na ten moment to na tyle”, opublikowanym książce pt. „Trzy po 33” (2016). „Pierwszy raz mogłem się o tym przekonać podczas egzaminu wstępnego na wrocławską polonistykę, kiedy z ust jednej z kandydatek usłyszałem: »To by było na tyle, jeśli chodzi o pierwsze pytanie«. A przecież nie do śmiechu jej było w tym momencie!” – dodał.

„Potem już coraz częściej w oficjalnych sytuacjach komunikacyjnych stykałem się z formułą: »to by było na tyle«. Dlatego nie mogłem się powstrzymać podczas telewizyjnej uroczystości wręczania Janowi Tadeuszowi Stanisławskiemu statuetki Andrzeja Waligórskiego od wypowiedzenia słów następujących: Mickiewicz wymyślił imię Grażyna, Słowacki stworzył imię Kordian, chciejstwo było pomysłem Wańkowicza, Pan – Panie Janie Tadeuszu – wszedł do historii języka ze swoim »to by było na tyle«!. - Wiem, wiem, co narobiłem! – odpowiedział Stanisławski, wymachując rękami” – podsumował prof. Miodek.

Stanisław Tym uważał, że ten zwrot jest „jedynym sukcesem peerelu”. „Bo tylko w peerelu można było uwierzyć w jego językową poprawność i w to, że Stanisławski jest naprawdę profesorem” - ocenił.

Ten „sukces” był skutkiem zwykłego przejęzyczenia. Nagrywając jeden z pierwszych „wykładów” dla radiowego „Ilustrowanego Tygodnika Rozrywkowego” Stanisławski miał powiedzieć na koniec „i to by było tyle”, ale pomieszało mu się z „I to na tyle” i w rezultacie nagrał błąd językowy… Chciał poprawić ale realizator Jerzy Markuszewski zdecydował: „zawsze będziemy tak kończyć!”.

Jan Tadeusz Stanisławski urodził się w niedzielę – co chętnie podkreślał - we Włodzimierzu jako syn Dionizego i Marii z domu Pisuli. Rodzice byli nauczycielami. We wrześniu 1939 r. rodzina znalazła się pod sowiecką okupacją. Niespełna dwa lata później została uratowana przez… Hitlera. „Armia niemiecka atakuje 22 czerwca 1941, a 24 czerwca rodzina Stanisławskich z Wołynia miała zostać wywieziona do łagru, byli na liście proskrypcyjnej NKWD. Janek ma wtedy pięć lat” – napisał Wojciech Staszewski w artykule „I to by było na tyle” („Duży Format”, 2007).

Po wojnie trafiają do Gostynina, a Janek z gruźlicą do sanatorium. „Lekarze dawali mu parę miesięcy życia” – wspominała Katarzyna Stanisławska, córka artysty w radiowej audycji „Dwie do setki” (PR 2, 2021). „Stracił jedno płuco – miał tylko jedno płuco przez całe życie i inwalidztwo pierwszego stopnia, o którym zresztą nikt nie wiedział, bo tego (przecież) nie widać” – podkreśliła. „Wydaje mi się, że on miał taką wdzięczność życia… Wdzięczność za to, że dostał to życie zamiast tych trzech miesięcy… On o tym chyba pamiętał i kochał życie. Bardzo kochał życie” – dodała. „Był bijącym źródłem pozytywnej energii” – oceniła Katarzyna Stanisławska.

Wyzdrowiawszy, zaczął działać politycznie - był aktywistą ZMP, jeździł po wsiach by zwalczać analfabetyzm, co nie zawsze budziło entuzjazm. Pewnego razu – wspominał Stanisławski w książce „Zezem o wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia” (2004) – do grupy aktywistów wyszła dziewczynka z wielką torbą gruszek i apelem: „Proszę babci nie uczyć czytać, to taka dobra kobieta”.

„Jako student ekonomii i filozofii Uniwersytetu Warszawskiego założył wraz z kolegami w 1957 roku kabaret Stodoła (działający przy Politechnice Warszawskiej)” – przypomniał Janusz R. Kowalczyk (culture.pl, 2021). Od 1962 roku współpracował ze Studenckim Teatrem Satyryków, gdzie występował i debiutował w 1971 roku jako reżyser słynnym spektaklem pt. „Solo na perkusji”.

Wcześniej, w 1960 roku, debiutował w filmie „Zezowate szczęście” w reżyserii Andrzeja Munka. „Jan Tadeusz Stanisławski zawsze mi się będzie kojarzył z tym filmem” – powiedział Janusz Zaorski w radiowej „Dwójce”, podkreślając, że epizod zastępowego skautów w filmie Munka Stanisławski zagrał „a’la Charlie Chaplin”.

„Życzę każdemu takiego debiutu – w takim filmie, u takiego reżysera… W filmie który do dziś trwa w pamięci widzów – jest klasyką” – mówił aktor, dziennikarz i pisarz Rafał Dajbor w tej samej audycji.

W 1967 roku, Jan Tadeusz Stanisławski zdał – za trzecim podejściem – eksternistyczny egzamin aktorski. Występował w kabaretach Owca, Pod Egidą i w telewizyjnych programach Olgi Lipińskiej - „Gallux Show” (1970–74), „Właśnie leci kabarecik” (1975–77), „Kabaret Olgi Lipińskiej” (1990-92). Wielką popularnością cieszyły się jego występy w radiowej „Trójce” – najpierw w „Ilustrowanym Tygodniku Rozrywkowym” (1970-74), a później w „Ilustrowanym Magazynie Autorów” (1974-76). Jako profesor „samodzielnej katedry mniemanologii stosowanej” prowadził wykłady „O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia”, które „sezonowo” zamieniały się w prelekcje „O wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy”. „Gdy mamy bliżej Boże Narodzenie - wtedy głosimy jego wyższość. Wypieramy się tej wyższości, gdy tylko bliziutko jest Wielkanoc” – wyjaśniał autor te zmiany.

Tymi monologami, będącymi satyrą na absurdy PRL i nowomowę, wytykającą również polskie wady, artysta komentował rzeczywistość. „Jeżeli pędzi się inteligencję, inteligencja pędzi bimber”, „śledź śledzia śledzi, a na dorsza zwala” – dowodził. Nierzadko jego tezy miewały wydźwięk filozoficzny. „Nawet niebo oglądane z góry jest dnem i nawet dno oglądane od spodu zda się czasem niebem”, „tolerancji można się uczyć nawet z książki kucharskiej” – referował.

W ocenie prof. Jerzego Bralczyka, były to żarty zarówno ze środowiska akademickiego, jak i z różnych „logii”. „Przyjęliśmy ten dowcip jako udany i dość sympatyczny. »Mniemanologia stosowana« i samo profesorowanie pana Stanisławskiego wydawało się żartem z grupy ludzi dość prominentnych, cieszących się społecznym zaufaniem. Ale były to też żarty z języka i ze sposobów opisywania rzeczywistości, który można znaleźć w podręcznikach czy pracach uchodzących za naukowe” – mówił prof. Bralczyk w radiowej „Dwójce” (2021). „Jan Tadeusz Stanisławski znakomicie wykorzystywał slang naukowy do tworzenia dystansu do tego wszystkiego. Dyskusja na temat wyższości czegokolwiek nad czymkolwiek, a także jego pomysł na zakończenie wykładu »to by było na tyle« ma charakter pewnej kreacji stylistycznej” - wyjaśnił. „Wysoko ceniłem ten rodzaj rozrywki, który trochę nakłuwał różnego rodzaju balony pretensjonalności. To wszystko było powiewem czegoś naturalnego, zwłaszcza w sytuacji nadmiernego patosu” - dodał prof. Jerzy Bralczyk.

„Sam napisał sobie pracę naukową i sam ją obronił… przed sobą” - przypomniał w tej samej audycji radiowej Stefan Friedman, który ze Stanisławskim spotkał się jeszcze na uniwersytecie w kabarecie „Jamnik – pies cynicki”. „Swoją posturą, profesorskim wyrazem twarzy, gładkim, wymyślnym sposobem mówienia, nawet najgłupsze rzeczy potrafił mądrze i naukowo przekazywać. A mówił czasami szalone głupstwa i to był jego sukces” – ocenił.

Frazą „to by było na tyle” Stanisławski kończył również odcinki też telewizyjnego cyklu „Zezem” (1976-77) reżyserowanego przez Janusza Zaorskiego. „Powiedziałem: Janek, ja bym się bardzo ucieszył, gdyby to miało właśnie coś z »Zezowatego szczęścia«, bo to film wybitny, ale trudno go będzie dogonić” – wspomniał Zaorski. „Janek odpowiedział, że oczywiście, pójdziemy w tym kierunku. A że język polski idealnie nadaje się do tego, by mówić, a nie powiedzieć, to był właśnie pierwszy punkt programu: Janek zaczął wykpiwać działaczy partyjnych. To była kontestacja, ale na wesoło” - wyjaśnił Zaorski.

„W latach 70. i 80. Stanisławski znalazł się w polu zainteresowania SB w »sprawie obiektowej« przeciw Kabaretowi pod Egidą, oznaczonej kryptonimem »Tercet«. Pozostali z listy trzech tenorów, czy też – zdaniem Jana Pietrzaka – sznapsbarytonów, to właśnie szef Egidy Pietrzak i Jonasz Kofta” – przypomniał Janusz R. Kowalczyk.

Stanisławski pisał teksty piosenek, które stały się prawdziwymi przebojami wykonywanymi przez m.in. Halinę Kunicką („Orkiestry dęte”), Jerzego Połomskiego („Cała sala śpiewa z nami”), Danutę Rinn („Na deptaku w Ciechocinku”) – melodie do nich skomponowała Urszula Rzeczkowska. Spod jego pióra wyszły również takie szlagiery jak „Czterdzieści lat minęło” Andrzeja Rosiewicza” (autorem muzyki był Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz) – oraz „Tango zalotne – przeleć mnie” „Alibabek” (melodia Henryka Wojciechowskiego).

Pisał też dla samego siebie. Wykonywał m.in. „Z jednej strony uśmiech szalony, z drugiej strony gorzkie łzy” - za co w 1972 r. dostał w Opolu Nagrodę dziennikarzy, „Chłopaki pójdę z wami”, „Balladę pieniężną”, „Anfisę”. W sierpniu 1981 r podczas I Przeglądu Piosenki Prawdziwej w Gdańsku zaśpiewał: „Uczyła mnie mama, / bym się nie bał chama, / Kształciła mnie matka / na historii świadka, / Uczyła mnie mama, / bym się nie bał chama, / Bo cham to jest cham / i boi się sam!”.

W latach 1975-82 artysta pracował w warszawskim Teatrze Powszechnym. „To jest trochę zapomniana część kariery Stanisławskiego, a bardzo niesłusznie” – ocenił Rafał Dajbor. „Warto sobie uświadomić czym był wtedy Teatr Powszechny Zygmunta Hübnera… To był jeden z najważniejszych artystycznie teatrów w Warszawie” – podkreślił.

Na scenie Powszechnego Stanisławski wystąpił m.in. w „Sprawie Dantona” (1975) wyreżyserowanej przez Andrzeja Wajdę, „Locie nad kukułczym gniazdem” (1977) i „Zemście” (1978) – w reżyserii Hübnera.

W 1982 roku, po delegalizacji „Solidarności” w stanie wojennym, Jan Tadeusz Stanisławski wyjechał do Chicago. Występował w Stanach Zjednoczonych na estradzie, w polonijnym radiu i telewizji. „Spędziłem tam trzy lata, dwa miesiące i dwa dni. Objechałem Stany Zjednoczone dwa razy w kółko, byłem na Hawajach” – opowiadał Stanisławski w Polskim Radiu. „Ale głównie siedziałem w Chicago, w polskiej dzielnicy i tam usiłowałem stać się biznesmenem” – dodał. Wydawał tygodnik „7 dni”, prowadził kawiarnię „U Profesora”, w której też występował - stałym jej gościem był Feliks Konarski, autor tekstu do „Czerwonych maków spod Monte Cassino”. Pisał felietony do „Dziennika Związkowego”. Po powrocie do Polski kontynuował tę współpracę, publikował również w „Tele Rzeczpospolitej”, a pod koniec życia także w „Najwyższym Czasie!”

W 1992 roku zagrał u boku Jiříego Menzla w filmie „Mała apokalipsa” wyreżyserowanym przez Costę-Gavrasa na podstawie powieści Tadeusza Konwickiego. Rok później wystąpił w „Dwóch księżycach” Andrzeja Barańskiego.

Ma w dorobku ok. 20 epizodów w filmach i serialach - do niektórych też współtworzył scenariusze.

„Wolę jesień od wiosny. Na jesieni zawsze coś się zaczynało w moim życiu. Początek roku szkolnego, nowe zeszyty. Nowy nauczyciel albo nowa nauczycielka, młoda i ładna. Na jesieni zaczynały się studia. Sezon teatralny i dreszcze emocji: obsadzi mnie dyrektor w nowej sztuce czy nie obsadzi. Na jesieni zaczynały się romanse albo rozkwitały te zaczęte podczas wakacji. Zawsze zakochiwałem się na jesieni. Wiosna kochaniom absolutnie nie sprzyja” – napisał w swojej książce.

Jan Tadeusz Stanisławski zmarł 21 kwietnia 2007 roku – miał 71 lat. Jest pochowany na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Epitafium na jego grobie zawiera słowo „Profesor” i pointę „To by było na tyle”.

Źródło:

PAP

Sprawdź także