EN
27.09.2022, 16:45 Wersja do druku

Mistrz-montażysta, „Kamino”

Około świąt Bożego Narodzenia przyszedł do mnie Pan Kamiński i oświadczył, że chce grać Hamleta i że chce porozmawiać o „Hamlecie”.  –  tak pisał w „Studium o <Hamlecie>” Stanisław Wyspiański.   

portret autorstwa Arkadiusza Gacparskiego

Kiedyś przyszedł do mnie pan Jurek Kamiński i oświadczył: „Taki jestem zbulwersowany!”. „Kamino” nie był aktorem, jak przywołany przez Wyspiańskiego Kazimierz Kamiński, ale był również wspaniałym Człowiekiem Teatru. Już nie pamiętam, co tak wtedy „zbulwersowało” pana Jurka, wiem tylko, że w sukurs przyszedł nam natychmiast „mały kieliszeczek” z dyrektorskiej lodóweczki…  

„Kamino” przepracował  jako montażysta w Teatrze Lubuskim w Zielonej Górze bardzo wiele lat, życie całe, bo przecież nawet emerytura (uzupełniana dorabianiem na stanowisku teatralnego portiera), jak i zamieszkiwanie na poddaszu zielonogórskiego Domu Aktora - w trzypiętrowej kamienicy przy ulicy Jedności Robotniczej rodem z Dostojewskiego -  to właściwie też była teatralna służba, wśród teatralnych wspomnień i drobiazgów. „Kajuta” Pana Jurka bowiem wypełniona była wieloma teatralnymi insygniami i trofeami: plakaty, fotosy, jakieś detale scenografii i rekwizyty; to był jedyny i nieodłączny jego majątek. 

Listę dyrektorów Teatru Lubuskiego Pan Jurek recytował płynnie w najbardziej nawet zamglonych okolicznościach: i to nie tylko od dyr. Stanisława Bielińskiego poczynając, za którego czasów przyszedł do Teatru, ale też nazwiska wszystkich wcześniejszych, od Róży Geli-Czerskiej poczynając… .  Ja byłem już dwudziestym-którymś „Kamina” dyrektorem.  Tego pseudonimu musiał się Pan Jurek w Teatrze dorobić, bo nie ma prawdziwego człowieka Teatru, który by  przydomka nie posiadał. „Kamino” przypominał wyglądem Adolfa Dymszę. Był niski, szczupły (brzuszka dostał dopiero, kiedy przysiadł na teatralnej portierni), za to o bardzo godnym wyglądzie (mimo dających się zauważyć braków uzębienia), o marzycielskich oczach, do tego - mała bródka; pan Jurek „Kamino” był troszkę jak z marynarz z pirackiego okrętu. Świetnie go sportretował współpracujący z Teatrem Lubuskim scenograf i rysownik Arkadiusz Gacparski (1962 -2013).

Także w głosie pana Jurka pobrzmiewały alikwoty Adolfa Dymszy. Ze względu na skromną posturę montażystą-siłaczem nie był, ale był żarliwym „robotnikiem Teatru”– jak by powiedział Wyspiański - budowniczym teatralnych dekoracji o wielkiej inwencji w każdej zadanej mu stacjonarnej czy objazdowej przestrzeni.   

Zaprzyjaźniliśmy się z Panem Jurkiem właśnie w objeździe – najpierw w tym lubuskim: Żary, Szprotawa, Łagów, Gubin. Trudne sale, skromne scenki, ryzykowne (ze względu na pogodę) plenery, z których wracaliśmy po wspólnym teatralnym trudzie naszym „Batorym”, czyli teatralnym Sanosem, niejednokrotnie śpiewając pod kierunkiem Waldka Trębacza  - na tylnych siedziskach, czyli w naszej wesołej „business-class”.

Potem były „objazdy” zagraniczne: Litwa, Niemcy, Francja… Najbardziej pokochał „Kamino” Paryż. Graliśmy tam w godnych miejscach (Biblioteka Polska, sala wykładowa Wydziału Slawistycznego Sorbony w Grand Plais, sala widowiskowa w gmachu UNESCO, stacja PAN przy ulicy Lauriston – „Kamino” ze swoją ekipą techniczną wszędzie tam potrafił zrobić Teatr, a po paryskim spektaklu można było pozachwycać się tym magicznym miastem i jego dzielnicami, już niekoniecznie tylko tak bardzo godnymi, jak miejsca naszych występów…   

Paryż był dla „Kamina” wielkim spełnionym (parokrotnie!) marzeniem. Po powrocie do Zielonej Góry, w codziennej pracy (praca w teatrze nigdy nie jest „codzienna”, Pan Jurek to wiedział najlepiej), przy kolejnych premierach hasło „Paryż”, ciągle przez tego niezmordowanego Człowieka lubuskiej sceny przywoływane, było dowodem na to, że nie ma w Teatrze rzeczy niemożliwych a także nie ma się czemu dziwić, że wszystko w teatrze jest „na wczoraj” – te prawdy były doskonale znane Panu Jurkowi.  I „Kamino” zawsze zachowywał spokój, nigdy się nie dziwił, że jakiś  zdenerwowany scenograf, albo reżyser chce czegoś na scenie natychmiast - nawet jeśli by to miało być „pochyłe lustro wody”.

Jurek (prosił, abym tak się do niego zwracał) był wyjątkowy, bo wolny od „garderobianego czadu”, od pomówień i złośliwych ocen, zachował neutralność, co w teatrze, gdzie na ogół każdy każdemu przypina jakąś łatkę, było czymś naprawdę niezwykłym. Kiedy patrzyło się na ludzi jego oczami, mieli oni zawsze lepszą ocenę.                                                                                                          

Na teatralnej portierni wylądował pan Jurek dopiero po moim odejściu, ale nawet wtedy był przecież blisko sceny. Miał też tylko krok do teatralnej „Nieboskiej komedii” (restauracji ze sceną prowadzonej przez poetę Sławomira Gowina, otwieranej w roku 1991 jako Scena Kabaretowa). Wystarczyło zapukać do służbowego wejścia, a było to wystarczającym sygnałem dla barmana zawsze życzliwego dla spragnionego „Kamino”. Wszystko odbywało się niejako mimicznie, bez zbędnych słów. Ten wcale nie nadużywany rytuał był rodzajem spektaklu, tutaj Jurek odgrywał swojego „Hamleta”. 

Kiedy już odszedł ze sceny życia, miał 75 lat – i znowu trafił w teatralne towarzystwo: swoich ponad dwudziestu dyrektorów, aktorów: Ciotki „Żyły” Żylińskiej, Jurka Glapy, Jurka Lamenty, pana Hieronima, garderobianej Celiny Karasiewicz, Romana „Kuma-Czacza” Krawczyka i wielu innych teatralnych duchów…

Źródło:

Materiał nadesłany