Logo
Recenzje

Misery

18.03.2026, 12:00 Wersja do druku

„Misery" Williama Goldmana wg powieści Stephena Kinga w reż. Michała Nowickiego w Teatrze Barakah w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. Piotr Kubic / mat. teatru

W czasach, kiedy byłem w gimnazjum, bo gimnazja jeszcze istniały, byłem szalonym fanem Stephena Kinga. Czytałem wszystko, co wychodziło, zbierałem wszystkie książki, prowadziłem bloga na jego temat i udzielałem się na forum stephenking.pl. Piękne czasy, kiedy byłem młody i miałem w sobie jeszcze chęci do życia. Z perspektywy czasu moje uwielbienie dla jego książek zmalało do rozsądnego poziomu, czyli prawie zerowego, ale mimo wszystko część opowiadań i powieści nadal zajmuje miły kącik w moim sercu, czy to ze względu na nostalgię, czy to, jak dobrze mi się je czytało. Na pewno „Historia Lisey” pozostanie moją ulubioną książką tego autora, ale prócz tego szczerą sympatią darzę starsze pozycje Kinga, sprzed czasów, gdy zaczął pisać siedem książek rocznie: „Miasteczko Salem”, „Ręka mistrza” czy właśnie „Misery”, która napęczniała do rozmiarów kultowej pozycji w jego bibliografii z powodu filmowej adaptacji z przerażającą Kathy Bates w roli Annie Wilkes.

W Teatrze Barakah reżyser Michał Nowicki przenosi tekst Williama Goldmana, bazujący na prozie Kinga, w sposób mocno niezdecydowany co do kierunku, w jakim chce iść. Spotykamy bohaterów tej opowieści już dawno po momencie inicjującym całą akcję, czyli wypadku samochodowym, zamkniętych w ciasnej przestrzeni pokoju w domu pielęgniarki Annie (pozwolę sobie na spojlery, bo mówię o treści książki wydanej prawie 40 lat temu i o filmie, który pojawił się w kinach 35 lat temu. Pracuję z ludźmi, którzy są młodsi od tych cyfr, więc no - ogarnijmy się w kwestii udawania, że treści tych tekstów kultury powinny być ukrywane za wszelką cenę przed spojlerowaniem).

Paul Sheldon, autor poczytnej serii książek o Misery Chastain (która swoją drogą zawsze funkcjonowała w mojej głowie jako jakaś quasi-wersja “Sagi o Ludziach Lodu” i harlequina), po wypadku trafia pod opiekę swojej NAJWIĘKSZEJ fanki. Ta ratuje go, opatruje i przypadkowo nie chce wypuścić, zmuszając go torturami do napisania kolejnej części jej ulubionego cyklu, bo poprzedni tom nie skończył się po jej myśli, a postać Misery towarzyszyła jej przez całe życie, nawet w najtrudniejszych momentach.

Na scenie Teatru Barakah ta opowieść, według zapowiedzi na stronie internetowej, miała być przeniesieniem historii z lat 80. do współczesności i opowiadać o hejcie, nękaniu i prześladowaniu twórców przez stalkerów czy też psychofanów. Niestety nic takiego nie ma miejsca w trakcie przedstawienia. Reżyser odhacza kolejne ważne punkty z fabuły oryginału, nie dodając żadnych odniesień do współczesności, nawet gdy ma okazję, na przykład kwestia niedziałających telefonów po śnieżycy. Ma to zupełny sens w przypadku telefonów stacjonarnych, ale w obiecywanym XXI wieku nie ma raczej racji bytu.

Jednocześnie ze względu na krótki metraż „Misery” (to ledwie godzina) wszystko leci na łeb, na szyję, spiesząc się, żeby upchnąć jak najwięcej fabuły. Zupełnie serio, nie obraziłbym się, gdyby dodać 30 minut więcej i pozwolić tej historii dojrzeć porządniej, napęcznieć i nabrać ciężaru. W obecnej formie „Misery” Teatru Barakah nie jest satysfakcjonujące ani jako zwyczajna adaptacja powieści Kinga (przez pośpiech nie ma poczucia dobrze opowiedzianej historii), ani jako próba opowiedzenia o czymś więcej. Spektakl Nowickiego skręca sobie kostkę na samym starcie wyścigu i nawet nie próbuje pokuśtykać dalej - nie dowozi niczego, co naobiecywał w materiałach przedpremierowych. Jest to chyba pierwsze spore rozczarowanie zaserwowane przez tych twórców od bardzo długiego czasu. Smutno mi.

Jasnym punktem tej realizacji jest bezsprzecznie aktorstwo. Monika Kufel, najpewniej mając pełną świadomość, że nie warto stawać w szranki z Kathy Bates, obiera zupełnie inny klucz dla swojej Annie. Tak jak u Bates jest to powolne odkrywanie szaleństwa, tak u Kufel od razu widać, że kobieta jest totalnie odklejona i mamy do czynienia z niebezpieczną wariatką. To ciekawe spojrzenie na tę postać, bardzo silnie ograne choreografią scen napadów szaleństwa i realnie budzące strach, taki prawdziwy strach, nie ma tutaj miejsca na subtelny niepokój. Zgrabnie dopełnia ją Michał Kościuk w trudnej roli Paula Sheldona, który przez większą część spektaklu jest unieruchomiony i może wyrażać emocje jedynie głosem oraz mimiką. Przyjemne studium wściekłej bezsilności i rosnącego strachu. Razem budują ciekawą próbę sił z zupełnie różnych biegunów emocji, co powoduje, że niemalże można poczuć zatęchły smród piwnicznej klitki, w której przetrzymywany jest pisarz.

W ogólnym rozrachunku „Misery” to troszkę flop era. A szkoda, bo z tej historii można by wyciągnąć naprawdę frapujące konteksty i być może takie plany były, bazując na tym, co obiecywali twórcy w materiałach promocyjnych, ale chyba skończyła im się siła na etapie burzy mózgów. Dla mnie to zmarnowany potencjał, który boli jeszcze bardziej z powodu dobrej gry aktorów, idącej troszkę na marne.

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

13.03.2026

Sprawdź także