Logo
Recenzje

Miły wieczór Państwu! (Maks Factor w Żydowskim)

28.05.2025, 10:26 Wersja do druku

„M. Faktor. Narodziny Piękna” wg scen. i w reż. Agaty Biziuk w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Pisze Krystyna Gucewicz.

fot. Marek Zimakiewicz

Iść albo nie iść? – oto jest pytanie. Jest też odpowiedź: iść. Na afiszu nowy polski musical. To zawsze jest ekscytujące, kiedy powstaje coś z niczego. Teatr Żydowski na swoje 75-lecie daje prapremierę muzyczną „M. Faktor. Narodziny Piękna”. Jubileusz dzieje się w mało uroczystych okolicznościach braku stabilności, własnej siedziby, która podobno już, już, tuż, tuż… 

Nic to. Na wypożyczanej scenie Klubu Garnizonowego śni się opowieść o niezwykłej karierze, o sile marzeń i magii Hollywood. 

Tym samym wchodzimy na pole minowe musicalu, gatunku, który od blisko stu lat uwodzi publiczność i wytrwale walczy z „idiotką operetką” (epitet samego Tuwima). Musical stworzył mit Broadwayu i West Endu, wykształcił biznes teatralnych kopii, drapieżny system powielania szlagierowych tytułów na całym świecie. Sprowokował też marzenia publiczności o rodzimych produkcjach. Często urzeczywistniane. Wystarczy przywołać repertuar Teatru Muzycznego w Gdyni – wybitne realizacje, ambitne prapremiery, nasz Broadway. Nie będziemy Manhattanem, to pewne, a jednak coś jest na rzeczy. Nowe propozycje pojawiają się w teatrze Buffo, w Rampie, w Syrenie, w Romie, żeby przywołać tylko warszawskie sceny.

Teraz Teatr Żydowski. „M. Faktor” to opowieść o sile pragnień, nadludzkim wysiłku i boskim szczęściu, o znaczeniu wędrówki, o potrzebie bycia w drodze, o pięknie pracy i talentu, o człowieku, który stał się Królem Urody. To „historia, która się nie zdarza”. Pokazana w przedstawieniu prezentującym totalną wszechstronność zespołu – nie dość pochwał!

Niewątpliwie nie byłoby tej teatralnej opowieści bez detektywistycznej pracy badawczej Andrzeja Krakowskiego, reżysera, profesora amerykańskich uczelni, autora wydanych w Polsce dwóch tomów opowieści o Pollywood (termin wymyślony przez autora). Niejeden gotowy scenariusz został tam zapisany. Krakowski wyszperał rodowody ojców i gwiazd Hollywoodu, polsko-żydowskie korzenie największych sław i filarów show biznesu. Bracia Warner, warszawiak Samuel Goldwyn, Louis Mayer z Mińska Mazowieckiego (założyciele mega wytwórni), legendarna Pola Negri, Al Jolson - „Śpiewak  jazzbandu” (Oscar i 3 miliony dolarów, wtedy!). 

Tak, show biznes i film narodziły się w Ameryce dzięki fantazji i determinacji emigrantów ze wschodniej Europy. I jest to największa pochwała migracji, różnorodności i tolerancji we współczesnych dziejach świata. Szewc i cyrkowiec budują imperium filmu? A dlaczego nie? Ta ruletka losu trwa nieustannie. Kirk Douglas („Byłem synem śmieciarza”), Bronisław Kaper (Oscar za muzykę „Lili”), Billy Wilder z Suchej Beskidzkiej (7 Oscarów). No i Maksymilian Faktorowicz ze Zduńskiej Woli; przytomnie skrócił swoje nazwisko – to już szlif amerykański. Za to puenta jest żydowska: „nazwisko nic nie znaczy; jakkolwiek by nazwać szynkę, nigdy nie będzie koszerna”. 

Nędza i carski antysemityzm, spryt, talenty, humor, dystans, ryzyko, konsekwencja, zysk, zysk, zysk – tak narodziła się potęga fabryki marzeń. Max Factor (Oscar 1928) rozdawał w niej piękno i urodę. 

Agata Biziuk, znana także z wcześniejszych realizacji w Teatrze Żydowskim, proponuje autorski spektakl (scenariusz i reżyseria), w którym atrakcyjna historia dzieje się na naszych oczach. Bujny i zawadiacki życiorys chłopaka spod Łodzi trzeba opowiedzieć. Ramą staje się plan filmowy, powstaje film o Królu Piękna. Obraz trochę nierzeczywisty, bo jest to film pamięci. Fakty, mnóstwo faktów – trzeba to jakoś poukładać. Pokazać życiorys, curriculum vitae (CV). Awans losu: z małego sklepiku do Berlina, potem Moskwa, teatr operowy a jednocześnie kariera osobistego wizażysty rodziny carskiej. Ucieczka – Ameryka. Max Faktor pnie się po szczeblach kariery, żeni się, rozwodzi, płodzi dzieci i dolary. Teraz już mówi „po amerykańsku”. Już jest celebrytą złotej ery Hollywood. Wyznawcami twórcy sztuki makijażu stają się najwięksi: Rita Hayworth, Rudolf Valentino, Charles Chaplin, Frank Sinatra, John Wayne.

fot. Marek Zimakiewicz

W teatrze pomysł z prezentacją barwnego CV służy widzom, jednak nie służy spektaklowi. Dramaturgia całości jest nierówna, właśnie pierwsza część obniża temperaturę. Za to druga – brawurowa. Jak oni tańczą! Jaka dyscyplina ruchu scenicznego – choreografka Krystyna Lama Szydłowska może być dumna. A nie zaproponowała najłatwiejszych układów, przeciwnie. Do tego uśmiech, żart, igranie konwencjami – wprawne oko zauważy zgrywę z konwencji broadwayowskich. Choreografia, ruch sceniczny to niezwykle atrakcyjne tworzywo tego przedstawienia. Energia, temperatura drugiej części musicalu jest imponująca.

To, co w ostatnich sezonach wydarzyło się z zespołem Teatru Żydowskiego, dowodzi znanej prawdy – że chcieć to móc. W perspektywie warszawskiej jest to z pewnością jeden z najwszechstronniejszych zespołów, kolekcja talentów o wielkim potencjale. Umiejętne wprowadzenie kilkunastu uzdolnionych młodych do zgranej rodziny aktorów wcześniejszych lat dało oczekiwany efekt. Złożyła się na to także mądrze prowadzona współpraca z wieloma indywidualnościami reżyserskimi, różnorodny repertuar. Szekspir – proszę bardzo, musical – wszystkie standardy zachowane. 

Wracajmy do Maksa Factora. Nie wiem, czy taki był zamysł, ale tak jest – w scenariuszu właściwie nie ma ról, po prostu nie zostały napisane. Gra gromada, społeczność, relacje przeniesione z małego sztetla, ubierane są w nowe szaty króla. Tytułowy Max Factor to postać papierowa, choć śpiewająca (widziałam w tej roli Karola Osentowskiego, w obsadzie jest też Daniel Antoniewicz). Główny bohater nie jest katalizatorem akcji tylko obiektem narracji. 

Tak naprawdę scenarzystka dała szanse dwom postaciom, role są dwie. No, może dwie i pół. Najpierw Matka Maksa. Odwieczna figura żydowskiej Mamełe została tutaj malarsko zmetaforyzowana, niemal jak Dybuk, i animuje wydarzenia (znakomita w tej roli Izabella Rzeszowska). Druga krwista (napisana) postać to syn Maksa, chłopak z wyraźnym życiowym ADHD, fenomenalnie zagrany przez Mateusza Trzmiela, który także bryluje w kilku innych wyrazistych epizodach (nowy nabytek warszawskiego teatru, wcześniej aktor białostockiej Papahemy). To „pół” (w tekście, bo w wykonaniu w całości znakomita Adrianna Kieś) to Huma, jedna z żon Maksa. Poprzez nią nieśmiało, a jednak, scenarzystka wprowadza wątek kobiecej autonomii, nawet feminizmu – w końcu mamy XXI wiek.

Skoro o aktorach. Nie mogę nie wspomnieć o przezabawnych, stylowych epizodach w wykonaniu Marka Węglarskiego – świetny Pan Reklama w karykaturze zdrowego rozsądku. Jako wszechwładny car i bardzo współcześnie brzmiący biznesmen pokazuje się niezawodny Henryk Rajfer.

Na końcu, choć nie na ostatku muzyka – musicalowe rusztowanie i dominanta. Stanisław Pawlak wysoko postawił poprzeczkę, chociaż muzycznie bywa rozmaicie. Eklektyczna muzyka omija pokusy chwytliwych fraz, pułapki łatwej melodyjności. No i okazuje się, że karkołomne kompozycje nie stanowią trudności dla wykonawców, perfekcyjnie przygotowanych przez Teresę Wrońską, kierowniczkę muzyczną teatru. Zespół gra na żywo, co jest oczywistym atutem. Smakowitym żartem są cytaty pojawiające się w partyturze. Pełnią rolę sentymentalną (jak piosenki z dzieciństwa naszych dziadków), ale też ironiczną (kiedy pojawia się kilka taktów z musicalowych szlagierów wszechczasów). Zawsze, w każdym teatrze, taki wysmakowany zabieg jest dowodem wysokiego kunsztu.

To myślenie osiąga kulminację w porywającej scenie z Marleną Dietrich. Monika Chrząstowska zatrzymuje czas śpiewając legendarny antywojenny song Petera Seegera „Where Have All The Flowers Gone”, znany w polskim wykonaniu Sławy Przybylskiej („Gdzie są kwiaty z tamtych lat”). Śpiewa w oryginale, upozowana na legendę – to niezapomniany moment spektaklu. Zatrzymujemy oddech, magia teatru rozkwita z całą siłą. A nad głowami widzów zawisa tamto pytanie, bo przecież i dziś, o miedzę, toczy się wojna. Niezwykła, naprawdę, ingerencja rzeczywistości w fabułę przedstawienia, wielu z nas poczuło ciarki na plecach. Nie wiem, jak tę scenę odbiorą młodzi widzowie, którzy zapewne nigdy nie słyszeli tego utworu, i sławnej w swoim czasie Dietrich, nie znają kontekstu niegdysiejszego przeboju. Być może po prostu zobaczą w posągowym wizerunku Moniki-Marleny atrakcyjną drag queen… Ile par oczu i uszu, tyle opinii, czyż nie?

Teatralna opowieść to zawsze wielka niewiadoma. Musicalowa prapremiera w Żydowskim spełnia oczekiwania. W atrakcyjnej formie scenicznej łączy echo tradycji i wymagania współczesności. Przywołuje hollywoodzką mitologię sukcesu, nie raz i nie dwa puszcza kabaretowe perskie oko – wszystko po to, żeby wieczór był miły. 

No to: Miły wieczór Państwu! 

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także