EN

29.10.2020, 10:29 Wersja do druku

Mikołaczykówny będą żyć w literaturze tak długo, jak „Wesele” Wyspiańskiego

Gdyby siostry Mikołajczykówny nie trafiły do „Wesela”, zapewne ich sława nie wyszłaby poza granice rodzinnej wioski. A tak będą żyły w literaturze tak długo, jak długo swój żywot literacki będzie wiódł dramat Wyspiańskiego – mówi Monika Śliwińska, autorka książki „Panny z >Wesela<”.

Polska Agencja Prasowa: Bohaterki pani książki „Panny z >Wesela<” przyszły na świat w biednej bronowickiej chałupie, nieopodal Krakowa. Czy cokolwiek wskazywało na to, że ich nazwisko może stać się głośne i przetrwać do naszych czasów?

Monika Śliwińska: Początkowo nic. Gdyby nie wyszły za mąż za znanych artystów i nie trafiły do "Wesela" Stanisława Wyspiańskiego, prawdopodobnie ich sława nie wyszłaby poza granice rodzinnej wioski. O Jacentym Mikołajczyku, ich ojcu, mawiano, że jego największym majątkiem jest uroda córek. Ale on także był ciekawą postacią. Za ciężko zarobione pieniądze kupował książki i to jest dość niezwykłe, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że poziom analfabetyzmu w ówczesnej Galicji był naprawdę duży. Myślę, że córki takiego ojca musiały wyróżniać się z otoczenia.

PAP: Równolegle z dziejami sióstr Mikołajczykówien snuje pani w książce opowieść o rodzinach ich przyszłych mężów, wywodzących się z zupełnie innych kręgów społecznych. Czy było miejsce, w którym te dwa światy pod koniec XIX wieku mogły się przeciąć?

M.Ś.: Przenikanie się tych dwóch światów odbywało się na wielu płaszczyznach. Mieszkańcy Bronowic sprzedawali płody ziemi na targowiskach w Krakowie. Po targu bywali w krakowskich knajpach i robili zakupy w miejscowych sklepach, przy czym trzeba zaznaczyć, że w tym przypadku utrzymywał się względny podział – chłopi mieli w Krakowie swoje ulubione kawiarnie i punkty handlowe. Bronowice były majątkiem należącym do kościoła Mariackiego, głównej świątyni Krakowa, więc chłopi przyjeżdżali tam na msze. Mieli tę samą administrację, te same urzędy, chodzili do tych samych notariuszy, którzy zabezpieczali choćby posagi panien na wydaniu. W tym ostatnim przypadku różnica była taka, że mieszkańcy Krakowa nazywali ich notariuszami, a chłopi z Bronowic – natarensami. Oprócz tego wiejskie kobiety pracowały w domach mieszczańskich jako służące. Chłopskie niańki w kolorowych spódnicach i wyszywanych gorsetach możemy podziwiać chociażby na obrazach Józefa Mehoffera czy Juliana Fałata.

PAP: Z jednej strony chłopki wchodziły, może bocznymi, ale jednak drzwiami do mieszczańskich salonów, a z drugiej strony malarze jeździli do Bronowic. Czego tam szukali?

M.Ś.: To był czas odejścia młodych artystów od malarstwa historycznego w stronę impresjonizmu. Sięgając po nowe nurty, wyjeżdżali na wieś, szukając tam pleneru, światła i powietrza. Odwiedzali różne miejsca wokół Krakowa, ale to Bronowice stały się najgłośniejsze, gdyż właśnie tam pojawili się najzdolniejsi malarze. Nie mieli zresztą daleko, bo od Rynku dzieliło wieś jedynie pięć kilometrów. Pierwszy zawitał do Bronowic Ludwik de Laveaux, który namalował obraz "Do miasta", przedstawiający dwie wiejskie dziewczyny. To był ten sam Ludwik de Laveaux, który później na kartach "Wesela" Wyspiańskiego przybrał postać Widma, dawnego ukochanego opłakiwanego przez jedną z sióstr Mikołajczykówien, Marysię.

PAP: Czy tak, jak chciał Wyspiański, ona całe życie tęskniła za narzeczonym z młodości?

M.Ś.: W tradycji rodzinnej zachował się przekaz, że ta śmierć na Marysię wpłynęła, ale wszystko wskazuje na to, że nie zaciążyła znacznie na jej życiu. Śmierć pierwszego męża, powtórne małżeństwo, liczne potomstwo i troski dnia codziennego sprawiały, że raczej żyła teraźniejszością niż wspomnieniami.

PAP: Zanim poeta napisał "Wesele", Włodzimierz Tetmajer musiał poznać Annę Mikołajczykównę. Bez tego nie doszłoby do ślubu Lucjana Rydla z jej siostrą Jadwigą, a ich wesele nie stałoby się kanwą jednego z najsłynniejszych naszych dramatów.

M.Ś.: Przez wiele lat utrzymywała się opinia, jakoby Włodzimierz Tetmajer miał poznać swoją żonę w gmachu Szkoły Sztuk Pięknych, gdzie pozowała malarzom. Ten wątek trzeba uznać za czysto literacki. W tamtych czasach kobiety nie miały wstępu do budynku Szkoły Sztuk Pięknych. Poznali się wiosną 1890 roku, zapewne w Bronowicach, gdzie Tetmajer malował w plenerze.

PAP: Czy to była prawdziwa miłość czy raczej zadziałała tu wyobraźnia artysty, który stworzył sobie wyidealizowane na młodopolską modłę uczucie?

M.Ś.: O tym, jak silne i głębokie było uczucie tych dwojga świadczy batalia, jaką stoczył Włodzimierz Tetmajer o ten związek. O tym, ile przeszkód musiał pokonać, by móc poślubić ukochaną kobietę, mówią dokumenty, które przytaczam w książce. Wiele lat po ślubie Włodzimierz Tetmajer pisze w liście do młodszego brata Kazimierza, że Anna jest połową jego duszy i to są bardzo trafne słowa. Była jego muzą. Praktycznie nie namalował takiej sceny rodzajowej, w której by jej nie było. Łatwo ją rozpoznać po charakterystycznej krótkiej fryzurze, czarnych włosach wymykających się spod chustki. Była też jego partnerką w życiu codziennym. Organizowała jego świat. Zapewniała stabilne warunki do pracy i dawała wsparcie, co było ważne dla mężczyzny o tak rozwibrowanym temperamencie. Za to wszystko Tetmajer dziękuje żonie w wierszach i napisanym parę lat przed śmiercią testamencie.

PAP: Jednak rodzina Tetmajera dostrzegała różnice intelektualne między małżonkami. Czy dla malarza nie stanowiły one problemu?

M.Ś.: Uważam, że zarówno Tetmajer, jak i Rydel cenili w swoich żonach te wartości, które wywodzą się z natury ludzkiej, a nie z wykształcenia. Dobrze ilustruje to recenzja Rydla ze sztuki Hauptmanna, w której to główny bohater, naukowiec, czuje się osamotniony w małżeństwie, bo nie ma w żonie partnerki intelektualnej. Rydel te jego wypowiedzi nazwa niedorzecznymi. Żona - pisze - nie musi znać jego twórczości. Ważne, aby znała i potrafiła wydobyć tę część duszy mężczyzny, która najlepiej zaświadczy o jego człowieczeństwie.

PAP: Chyba jednak mieszczański Kraków postrzegał to inaczej. Ślub Tetmajera stał się obyczajowym skandalem, a malarz został dotknięty rodzinnym i towarzyskim ostracyzmem.

M.Ś.: Ponieważ Tetmajer brał ślub pierwszy, jemu rzeczywiście przypadły w udziale ciężkie przejścia z rodziną i otoczeniem. Bardzo dramatycznie brzmią słowa napisane zaraz po ślubie do jednego z przyjaciół: "Cały Kraków odwrócił się ode mnie". I tak rzeczywiście było, największy opór napotkał ze strony rodziny. Z pewnością nie bez znaczenia był fakt, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej zerwał zaręczyny z bardzo posażną panną, w czym jego rodzina widziała swoje zabezpieczenie na przyszłość.

PAP: Kiedy Lucjan Rydel żenił się z Jadwigą tłumy krakowian zjawiły się w kościele Mariackim. Dochodziło tam niemal do dantejskich scen, gdy "panie kapeluszowe" przepychały się, by zobaczyć kolejną chłopkę stającą przed ołtarzem z panem z miasta. Czy ten ślub można porównać do ślubów dzisiejszych celebrytów?

M.Ś.: W pewnym sensie tak. Przede wszystkim dlatego, że Lucjan Rydel był w mieście znaną i rozpoznawalną postacią, człowiekiem o ugruntowanej pozycji zawodowej. Jego dramaty były wystawiane na deskach Teatru Miejskiego w Krakowie. Poza tym pracował jako krytyk teatralny w "Czasie". Trudno nam sobie dzisiaj wyobrazić, jaką potęgą był w tamtych latach ten opiniotwórczy dziennik. Można powiedzieć, że jeśli kogoś nie opisywano w "Czasie", ten nie istniał.

PAP: No to rzeczywiście trudno nam sobie wyobrazić, czym musiała być w tej sytuacji premiera "Wesela". Czy Jadwiga była obecna na pierwszym spektaklu?

M.Ś.: Ani na pierwszym, ani na kolejnych. To była zresztą decyzja Rydla, na którą w dużej mierze złożyły się personalne ataki mieszkańców Krakowa na Jadwigę zaraz po ślubie. W dramacie Wyspiańskiego Panna Młoda jest przedstawiona jako hałaśliwa i wulgarna wiejska dziewczyna, co nijak nie przystawało do tego, jaka była prywatnie młoda żona Rydla. Mąż starał się ją chronić. Czy zasadnie? Z relacji córki wiemy, że w latach 30., już po jego śmierci, obejrzała przedstawienie i wcale tego nie przeżyła tak, jak obawiał się Rydel. A już na pewno nie zalewała się łzami, jak to napisał Adam Grzymała-Siedlecki.

PAP: Jak odnajdowała się w świecie męża? Czy dobrze się czuła, jadąc z nim na wakacje do arystokratycznego domu Tyszkiewiczów?

M.Ś.: Choć Lucjan Rydel pisał w listach do rodziny, że Jadwisia doskonale odnajduje się w tym towarzystwie, myślę, że takie kontakty nie były dla niej tak łatwe, jak on chciał je widzieć. dość nieśmiałą osobą, więc wejście w każde nowe towarzystwo musiało być dla niej wyczerpujące emocjonalnie. Niemniej starała się towarzyszyć mężowi i być przy nim, kiedy tylko tego potrzebował. Z drugiej strony znana jest jego lojalność wobec żony. W jednym z listów pisze, że dla tego związku nie będzie ponosił towarzyskich kompromisów. A więc albo z Jadwigą u boku, akceptowaną i szanowaną w towarzystwie, albo wcale.

PAP: A jak do sióstr Mikołajczykówien podchodziło krakowskie środowisko artystyczne?

M.Ś.: W pisanych w późniejszych latach wspomnieniach artystów opinie na temat Anny i Jadwigi w dużej mierze wiążą się z tym, w jakich stosunkach z mężami sióstr byli ich autorzy. Dobrym przykładem jest tutaj Jan Skotnicki, malarz i polityk, autor wspomnień "Przy sztalugach i przy biurku". W tej książce dużo ciepłych słów kieruje w stronę Włodzimierza Tetmajera, z którym był zaprzyjaźniony, a równocześnie nie kryje niechęci do Lucjana Rydla. Jego sympatia automatycznie przenosi się na Annę, o której - zresztą słusznie - pisze w superlatywach, natomiast Jadwigę określa sformułowaniem "robiła wrażenie wykolejonej". To bardzo krzywdząca i niesprawiedliwa narracja, na szczęście odosobniona.

PAP: Artyści przyjeżdżali często do Bronowic, wręcz je najeżdżali. Jak żony znosiły ich wizyty?

M.Ś.: Rzeczywiście, te najazdy były dość częste i nie tylko byli to artyści, ale często dość przypadkowe osoby. O takich niezapowiedzianych wizytach wiemy z rozmaitych wspomnień i relacji. Julia Tetmajerowa, macocha Włodzimierza, wspomina dość zabawną sytuację, kiedy obydwoje Tetmajerowie, w dniu imienin Anny, w obawie przed dużą liczbą gości salwowali się ucieczką do Krakowa. Do Bronowic wrócili dopiero po godzinie 21, ale i tak wyszli na tym nie najlepiej, bo goście czekali pod drzwiami i Anna w nocy musiała przygotowywać dla nich poczęstunek. W przypadku Jadwigi było trochę inaczej, bo takie sytuacje brał na siebie jej mąż. Niezapowiedzianych gości podejmował kawą lub herbatą, mówiąc przy tym, że żony nie ma w domu, podczas gdy Jadwiga z dziećmi spędzała ten czas w ogrodzie lub na tyłach domu.

PAP: Mężowie sióstr swoje potrzeby towarzyskie zaspokajali w dużej mierze w Krakowie. To szczególnie w przypadku Jadwigi musiało być trudne do zniesienia. Rydel obracał się w kręgach teatralnych, aktorki - pisze pani - wdzięczyły się do niego. Jak jego żona dawała sobie z tym radę? Bywała zazdrosna?

M.Ś.: Tak, w pierwszych latach małżeństwa. Kiedyś przyznała się do tego córce. Rydel był wykładowcą na kursach i pensjach żeńskich, każdego tygodnia przez trzy dni był nieobecny w domu. Pewnego razu, widząc jak przygotowuje się do wyjazdu, Jadwiga zaczęła płakać. Gdy zapytał ją o powód, wydusiła z siebie, że jest zazdrosna o te wszystkie wykształcone panny, z którymi on się styka. Na to Rydel odparł: "No dobrze, moja droga, ale właściwie o którą jesteś zazdrosna?". W odpowiedzi usłyszał, że o wszystkie. Roześmiał się i powiedział, że w takim razie nie jest to nic poważnego.

PAP: Jak Tetmajerowie i Rydlowie wychowywali swoje dzieci - "po chłopsku" czy "po pańsku"?

M.Ś.: Myślę, że w jednym i drugim przypadku nigdy nie było podziału na "chłopskie" i "pańskie", "moje" i "twoje". Wychowywanie dzieci, tak jak i same małżeństwa, opierało się na poszanowaniu tradycji obu stron i na pielęgnowaniu związków z najbliższym otoczeniem. Dzieci Tetmajerów wychowywały się z bronowickimi kolegami i miały te same obowiązki przy gospodarstwie. Początkowo chodziły do trzyklasowej szkółki wiejskiej, później do krakowskich gimnazjów. Niektóre dziewczynki uczęszczały także do konserwatorium. Ten kolejny etap edukacji, moment przejścia ze wsi do miasta był dla nich ogromnym przeżyciem. Oznaczał zamianę przydługich sukieneczek i wyszywanych gorsecików na mundurki, a więc w pewnym sensie porzucenie swobody na rzecz wpasowania się w gorset obyczajowości miejskiej. Dzieci Rydlów uczęszczały do szkółki wiejskiej w Toniach, dużo uczyły się też w domu, nad czym osobiście czuwał ojciec. Podobnie jak dzieci Tetmajerów ukończyły gimnazja w Krakowie.

PAP: Mikołajczykówny miały sporą gromadkę dzieciaków. Jak poradziły sobie z nimi po śmierci mężów?

M.Ś.: Włodzimierz Tetmajer zmarł w 1923 r., a wtedy niemal wszystkie dzieci były już samodzielne. Anna została w domu z najmłodszą córką, miała swoje gospodarstwo, była finansowo niezależna. Natomiast Jadwiga znalazła się w nieco gorszej sytuacji, bo głównym źródłem utrzymania rodziny była praca Lucjana Rydla na stanowisku wykładowcy. Utrzymywała się więc z wdowiej renty i tantiem z jego sztuk.

PAP: Czy w końcu obie panie zostały zaakceptowane przez Kraków?

M.Ś.: Wrodzona delikatność uczuć, szacunek do samych siebie i własnych korzeni pozwoliły im zachować duchową niezależność i w krótkim czasie pozyskać sympatię otoczenia. Dla mężów pozostały czułymi, życiowymi partnerkami, a dla współczesnych "bajecznie kolorowymi" pannami. Będą żyły w literaturze tak długo, jak długo swój żywot literacki będzie wiodło "Wesele" Stanisława Wyspiańskiego. Monika Śliwińska jest dziennikarką i redaktorką. Pracuje w Ośrodku Brama Grodzka - Teatr NN w Lublinie. Jest autorką takich książek, "Muzy Młodej Polski" i "Wyspiański. Dopóki starczy życia".