„Rooms by the sea. Ćwiczenia w słuchaniu” w choreogr. Joanny Leśnierowskiej na Polskiej Platformie Tańca Wrocław 2026. Pisze Wiesław Kowalski.
Podczas Polskiej Platformy Tańca obejrzałem Rooms by the sea. Ćwiczenia w słuchaniu Joanny Leśnierowskiej. To spektakl, który nie wyznacza widzowi jednej drogi interpretacyjnej i nie buduje opowieści, którą można byłoby po prostu śledzić od początku do końca. Zamiast tego rozkłada przed nami szereg sytuacji, stanów, dźwięków i ruchowych konfiguracji. Trzeba wobec nich znaleźć własny sposób odbioru. I właśnie z tym miałem największy kłopot.
Nie znaczy to, że przedstawienie pozostawiło mnie obojętnym.
Przeciwnie – niektóre obrazy długo pozostawały w pamięci. Trudność polegała
raczej na znalezieniu dla nich wspólnego rytmu. Miałem poczucie, że spektakl
wymaga ode mnie innego sposobu patrzenia niż ten, do którego przyzwyczaił mnie
teatr tańca. Nie wystarczało obserwowanie ruchu ani próba odczytywania relacji
między pięciorgiem wykonawców. Trzeba było zaakceptować, że znaczenie może
pojawić się dopiero na marginesie tego, co widzialne.
Przedstawienie rozgrywa się w dużej, niemal pustej
przestrzeni. Surowe ceglane ściany Centrum Sztuk Performatywnych, jasna
podłoga, kilka obiektów i zawieszone nad sceną kule tworzą scenografię, która
nie wskazuje jednoznacznie żadnego miejsca. Nie jest to dosłownie pokój, a tym
bardziej pokój z widokiem na morze. Tytuł pozostaje raczej propozycją dla
wyobraźni niż scenograficzną deklaracją. Można zobaczyć tu wnętrze, krajobraz,
laboratorium ruchu albo po prostu miejsce, w którym pięć osób próbuje ustalić własną
relację z otoczeniem.
Wykonawcy często sprawiają wrażenie, jakby sprawdzali
granice własnego ciała i przestrzeni wokół niego. Ręka wysuwa się poza
zwyczajny zakres gestu, tułów zmienia kierunek, ciało zatrzymuje się w pozycji,
która wygląda na chwilową i niepewną. Ruch nie zawsze służy przemieszczaniu
się. Niekiedy służy raczej sprawdzeniu, czy można pozostać w danym miejscu.
Z czasem pojawia się między wykonawcami coraz więcej
fizycznych zależności. Jedna osoba inicjuje ruch drugiej, ktoś zostaje
przyciągnięty, podtrzymany, przesunięty. Nie są to jednak klasyczne partnerskie
działania, w których łatwo rozpoznać role osoby prowadzącej i prowadzonej.
Relacja zmienia się niemal nieustannie. Ten, kto przed chwilą pomagał, za
moment sam potrzebuje oparcia. Ciało drugiego człowieka staje się jednocześnie
przeszkodą, ciężarem, punktem odniesienia i pomocą. To właśnie w tych
fragmentach spektakl był dla mnie najbardziej konkretny. Kiedy ruch pozostawał
wyłącznie abstrakcyjnym ciągiem gestów, trudniej było mi znaleźć dla niego
własny punkt zaczepienia. Kiedy natomiast pojawiała się zależność między
ciałami, mogłem obserwować coś bardzo prostego: negocjowanie odległości,
ciężaru, kierunku i zaufania. Nie potrzebowałem wtedy dodatkowego komentarza.
Leśnierowska buduje przedstawienie także poprzez dźwięk.
Głosy, pojedyncze słowa, brzmienia elektroniczne i bardziej organiczne odgłosy
nie pełnią funkcji tradycyjnej ścieżki dźwiękowej. Czasami mam wrażenie, że to
one wyznaczają obszar, w którym dopiero pojawia się ruch. Innym razem trudno
ustalić, czy dźwięk opisuje to, co dzieje się na scenie, czy też tworzy
zupełnie niezależną warstwę. Szczególnie interesujące są momenty, kiedy głos
przestaje być nośnikiem pełnego komunikatu. Pojedyncze słowa i fragmenty fraz
pojawiają się jak znaki, których nie można złożyć w jednoznaczną wypowiedź.
Widz zostaje więc postawiony w sytuacji podobnej do tej, w której znajdują się
wykonawcy: trzeba reagować na sygnały, których sens nie jest od razu dostępny. W
tym sensie tytułowe „słuchanie” nie oznacza dla mnie wyłącznie skupienia na
warstwie dźwiękowej. Bardziej chodzi o zgodę na niepełną informację. Na
sytuację, w której coś do nas dociera, ale niekoniecznie możemy natychmiast
powiedzieć, co właściwie usłyszeliśmy.
Spektakl ma przy tym wyraźną strukturę fizyczną. Początkowe
działania są bardziej rozproszone i poszarpane. Później ruch zaczyna płynąć,
pojawiają się większe układy grupowe, zmienia się sposób, w jaki wykonawcy
korzystają z siebie nawzajem. Ich ciała tworzą chwilowe konfiguracje, po czym
rozpadają się i powracają do pojedynczych działań. Nie oglądamy więc historii
pięciu bohaterów. Obserwujemy raczej nieustanne tworzenie i rozwiązywanie
układów.
Także światło nie tyle ilustruje akcję, ile zmienia sposób
postrzegania tej samej przestrzeni. Chłodne oświetlenie ustępuje cieplejszemu,
jasność przechodzi w bardziej nasycone barwy. Zmienia się przez to nie tylko
atmosfera, ale również charakter poszczególnych obrazów. Ta sama grupa ludzi
może za chwilę wyglądać tak, jakby znalazła się w zupełnie innym miejscu.
Ważne są również kostiumy. Ich intensywne kolory odcinają
się od neutralnego otoczenia, podobnie jak kolorowe taśmy na ciałach
wykonawców. Nie próbowałbym jednak przypisywać tym elementom jednej funkcji czy
jednego znaczenia. W spektaklu Leśnierowskiej przedmioty i szczegóły wizualne
wydają się przede wszystkim uruchamiać skojarzenia, a nie je zamykać.
Moje osobiste doświadczenie tego przedstawienia było więc
doświadczeniem pewnego oporu. Nie od razu znalazłem sposób, żeby wejść w jego
rytm. Czasami miałem wrażenie, że oglądam kolejne działania, ale nie potrafię
ich połączyć w większą całość. Innym razem pojedynczy gest albo krótkie
spotkanie dwóch ciał nagle przykuwały uwagę bardziej niż rozbudowana sekwencja
choreograficzna. Być może właśnie ten brak łatwego dostępu jest istotną częścią
Rooms by the sea. Spektakl nie próbuje za wszelką cenę przekonać widza
do własnego świata. Raczej pozostawia go wobec świata, który trzeba sobie
dopiero zbudować z fragmentów. Jednemu widzowi mogą wystarczyć dźwięki, innemu
relacje między wykonawcami, jeszcze innemu światło, rytm albo pojedynczy obraz.
Nie jestem pewien, czy podczas tego przedstawienia
rzeczywiście udało mi się „słuchać” w sposób, do którego zachęca jego tytuł.
Wiem natomiast, że spektakl skłonił mnie do zmiany własnego sposobu odbioru.
Musiałem zaakceptować, że nie wszystko zostanie nazwane, wyjaśnione czy
połączone. I choć trudno było mi wejść w ten spektakl, właśnie to poczucie
niedomknięcia pozostało ze mną najdłużej.
Rooms by the sea. Ćwiczenia w słuchaniu nie opowiadają mi więc historii, którą mógłbym streścić. Pozostaje raczej ciąg sytuacji, w których pięć ciał próbuje znaleźć sposób funkcjonowania wobec przestrzeni, dźwięku i przede wszystkim wobec innych ciał. A widz znajduje się po drugiej stronie tego doświadczenia: również musi zdecydować, jak patrzeć, czego słuchać i jak długo pozostać przy obrazie, którego znaczenie nie chce się od razu odsłonić.