Logo
Recenzje

Między ruchem a nasłuchiwaniem

21.09.2026, 13:52 Wersja do druku

„Rooms by the sea. Ćwiczenia w słuchaniu” w choreogr. Joanny Leśnierowskiej na Polskiej Platformie Tańca Wrocław 2026. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. M. Cydzik

Podczas Polskiej Platformy Tańca obejrzałem Rooms by the sea. Ćwiczenia w słuchaniu Joanny Leśnierowskiej. To spektakl, który nie wyznacza widzowi jednej drogi interpretacyjnej i nie buduje opowieści, którą można byłoby po prostu śledzić od początku do końca. Zamiast tego rozkłada przed nami szereg sytuacji, stanów, dźwięków i ruchowych konfiguracji. Trzeba wobec nich znaleźć własny sposób odbioru. I właśnie z tym miałem największy kłopot.

Nie znaczy to, że przedstawienie pozostawiło mnie obojętnym. Przeciwnie – niektóre obrazy długo pozostawały w pamięci. Trudność polegała raczej na znalezieniu dla nich wspólnego rytmu. Miałem poczucie, że spektakl wymaga ode mnie innego sposobu patrzenia niż ten, do którego przyzwyczaił mnie teatr tańca. Nie wystarczało obserwowanie ruchu ani próba odczytywania relacji między pięciorgiem wykonawców. Trzeba było zaakceptować, że znaczenie może pojawić się dopiero na marginesie tego, co widzialne.

Przedstawienie rozgrywa się w dużej, niemal pustej przestrzeni. Surowe ceglane ściany Centrum Sztuk Performatywnych, jasna podłoga, kilka obiektów i zawieszone nad sceną kule tworzą scenografię, która nie wskazuje jednoznacznie żadnego miejsca. Nie jest to dosłownie pokój, a tym bardziej pokój z widokiem na morze. Tytuł pozostaje raczej propozycją dla wyobraźni niż scenograficzną deklaracją. Można zobaczyć tu wnętrze, krajobraz, laboratorium ruchu albo po prostu miejsce, w którym pięć osób próbuje ustalić własną relację z otoczeniem.

Wykonawcy często sprawiają wrażenie, jakby sprawdzali granice własnego ciała i przestrzeni wokół niego. Ręka wysuwa się poza zwyczajny zakres gestu, tułów zmienia kierunek, ciało zatrzymuje się w pozycji, która wygląda na chwilową i niepewną. Ruch nie zawsze służy przemieszczaniu się. Niekiedy służy raczej sprawdzeniu, czy można pozostać w danym miejscu.

Z czasem pojawia się między wykonawcami coraz więcej fizycznych zależności. Jedna osoba inicjuje ruch drugiej, ktoś zostaje przyciągnięty, podtrzymany, przesunięty. Nie są to jednak klasyczne partnerskie działania, w których łatwo rozpoznać role osoby prowadzącej i prowadzonej. Relacja zmienia się niemal nieustannie. Ten, kto przed chwilą pomagał, za moment sam potrzebuje oparcia. Ciało drugiego człowieka staje się jednocześnie przeszkodą, ciężarem, punktem odniesienia i pomocą. To właśnie w tych fragmentach spektakl był dla mnie najbardziej konkretny. Kiedy ruch pozostawał wyłącznie abstrakcyjnym ciągiem gestów, trudniej było mi znaleźć dla niego własny punkt zaczepienia. Kiedy natomiast pojawiała się zależność między ciałami, mogłem obserwować coś bardzo prostego: negocjowanie odległości, ciężaru, kierunku i zaufania. Nie potrzebowałem wtedy dodatkowego komentarza.

Leśnierowska buduje przedstawienie także poprzez dźwięk. Głosy, pojedyncze słowa, brzmienia elektroniczne i bardziej organiczne odgłosy nie pełnią funkcji tradycyjnej ścieżki dźwiękowej. Czasami mam wrażenie, że to one wyznaczają obszar, w którym dopiero pojawia się ruch. Innym razem trudno ustalić, czy dźwięk opisuje to, co dzieje się na scenie, czy też tworzy zupełnie niezależną warstwę. Szczególnie interesujące są momenty, kiedy głos przestaje być nośnikiem pełnego komunikatu. Pojedyncze słowa i fragmenty fraz pojawiają się jak znaki, których nie można złożyć w jednoznaczną wypowiedź. Widz zostaje więc postawiony w sytuacji podobnej do tej, w której znajdują się wykonawcy: trzeba reagować na sygnały, których sens nie jest od razu dostępny. W tym sensie tytułowe „słuchanie” nie oznacza dla mnie wyłącznie skupienia na warstwie dźwiękowej. Bardziej chodzi o zgodę na niepełną informację. Na sytuację, w której coś do nas dociera, ale niekoniecznie możemy natychmiast powiedzieć, co właściwie usłyszeliśmy.

Spektakl ma przy tym wyraźną strukturę fizyczną. Początkowe działania są bardziej rozproszone i poszarpane. Później ruch zaczyna płynąć, pojawiają się większe układy grupowe, zmienia się sposób, w jaki wykonawcy korzystają z siebie nawzajem. Ich ciała tworzą chwilowe konfiguracje, po czym rozpadają się i powracają do pojedynczych działań. Nie oglądamy więc historii pięciu bohaterów. Obserwujemy raczej nieustanne tworzenie i rozwiązywanie układów.

Także światło nie tyle ilustruje akcję, ile zmienia sposób postrzegania tej samej przestrzeni. Chłodne oświetlenie ustępuje cieplejszemu, jasność przechodzi w bardziej nasycone barwy. Zmienia się przez to nie tylko atmosfera, ale również charakter poszczególnych obrazów. Ta sama grupa ludzi może za chwilę wyglądać tak, jakby znalazła się w zupełnie innym miejscu.

Ważne są również kostiumy. Ich intensywne kolory odcinają się od neutralnego otoczenia, podobnie jak kolorowe taśmy na ciałach wykonawców. Nie próbowałbym jednak przypisywać tym elementom jednej funkcji czy jednego znaczenia. W spektaklu Leśnierowskiej przedmioty i szczegóły wizualne wydają się przede wszystkim uruchamiać skojarzenia, a nie je zamykać.

Moje osobiste doświadczenie tego przedstawienia było więc doświadczeniem pewnego oporu. Nie od razu znalazłem sposób, żeby wejść w jego rytm. Czasami miałem wrażenie, że oglądam kolejne działania, ale nie potrafię ich połączyć w większą całość. Innym razem pojedynczy gest albo krótkie spotkanie dwóch ciał nagle przykuwały uwagę bardziej niż rozbudowana sekwencja choreograficzna. Być może właśnie ten brak łatwego dostępu jest istotną częścią Rooms by the sea. Spektakl nie próbuje za wszelką cenę przekonać widza do własnego świata. Raczej pozostawia go wobec świata, który trzeba sobie dopiero zbudować z fragmentów. Jednemu widzowi mogą wystarczyć dźwięki, innemu relacje między wykonawcami, jeszcze innemu światło, rytm albo pojedynczy obraz.

Nie jestem pewien, czy podczas tego przedstawienia rzeczywiście udało mi się „słuchać” w sposób, do którego zachęca jego tytuł. Wiem natomiast, że spektakl skłonił mnie do zmiany własnego sposobu odbioru. Musiałem zaakceptować, że nie wszystko zostanie nazwane, wyjaśnione czy połączone. I choć trudno było mi wejść w ten spektakl, właśnie to poczucie niedomknięcia pozostało ze mną najdłużej.

Rooms by the sea. Ćwiczenia w słuchaniu nie opowiadają mi więc historii, którą mógłbym streścić. Pozostaje raczej ciąg sytuacji, w których pięć ciał próbuje znaleźć sposób funkcjonowania wobec przestrzeni, dźwięku i przede wszystkim wobec innych ciał. A widz znajduje się po drugiej stronie tego doświadczenia: również musi zdecydować, jak patrzeć, czego słuchać i jak długo pozostać przy obrazie, którego znaczenie nie chce się od razu odsłonić. 

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także