„Bożyszcze kobiet” Neila Simona w reż. Cezarego Morawskiego w Teatrze Capitol w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena recenzenta/tki: (6/10) – niezły
„Bożyszcze kobiet” to jedna z tych komedii Neila Simona, które – choć napisane z myślą o śmiechu – od dekad funkcjonują w polskim teatrze jako swoisty papierek lakmusowy aktorskiej inteligencji. Tekst sam w sobie jest precyzyjnie skonstruowaną maszyną komediową, ale jego prawdziwa wartość ujawnia się dopiero wtedy, gdy reżyser i aktorzy zdecydują, czy interesuje ich wyłącznie farsa o nieudanym podrywaczu, czy także gorzka opowieść o emocjonalnej pustce i męskiej niedojrzałości.
Premierowa realizacja Teatru Capitol w reż. Cezarego Morawskiego (wcześniej aktor wyreżyserował ten tekst w Teatrze Syrena m.in. z Piotrem Gąsowskim i Hanną Śleszyńską) wpisuje się w tę drugą tradycję — i to właśnie gra aktorska, a nie koncept inscenizacyjny, sprawia, że spektakl się broni.
Dziedzictwo „Kwadratu”: kobiety jako centrum opowieści
Pierwsza warszawska realizacja w Teatrze Kwadrat (1997 rok)) ustawiła bardzo wysoki punkt odniesienia. Spektakl z Edwardem Dziewońskim jako Barneyem był popisem aktorstwa charakterystycznego, ale — co istotne — krytycy już wtedy zauważali, że to kobiety dominują dramaturgicznie.
W ówczesnej obsadzie pojawiły się: Joanna Jędryka jako Ellen — nerwowa, emocjonalnie rozedrgana, krucha, Barbara Rylska jako Jane — postać najbardziej dramatyczna, grana z dyskrecją i wewnętrznym napięciem, Halina Kowalska jako Bobbi — żywiołowa, gadatliwa, komediowo precyzyjna.
Dziewoński, mimo scenicznej charyzmy, grał Barneya bardziej jako antybohatera uwikłanego w kobiece emocje, niż sprawczego uwodziciela. To ważny trop, do którego wraca Capitol.
Teatr Telewizji: psychologizacja i aktorska precyzja
Realizacja Teatru Telewizji z 1995 roku (reż. Edward Dziewoński) przesunęła akcent jeszcze wyraźniej w stronę psychologii postaci. Piotr Fronczewski stworzył Barneya introwertycznego, nieco neurotycznego, momentami wręcz żałosnego — dalekiego od farsowego Casanovy. Partnerowały mu: Krystyna Janda (Helen), prezentująca nerwowość podszytą autoironią, Ewa Gawryluk (Bobbi) — temperament i groteskę, Joanna Żółkowska (Jane) — depresyjność bez taniej egzaltacji. To była wersja najbardziej „poważna” w historii polskich inscenizacji, pokazująca, że Bożyszcze kobiet może funkcjonować niemal jako kameralne studium relacji.
Capitol 2026: powrót do aktora
Nowa realizacja w Teatrze Capitol świadomie nie konkuruje ani z legendą Kwadratu, ani z psychologiczną finezją Teatru Telewizji. Reżyser stawia na czystość sytuacji scenicznych i pozwala aktorom „nieść” tekst.
Premierowy spektakl rzeczywiście broni się aktorstwem — role kobiece są wyraźnie zróżnicowane, prowadzone konsekwentnie i bez ujednolicania charakterów. Helen nie jest wyłącznie obiektem pożądania, Bobbi nie sprowadza się do gadulstwa, a Jane nie jest jedynie figurą depresji. Każda z bohaterek funkcjonuje jako osobny świat emocjonalny, wobec którego Barney musi się nieustannie redefiniować.
Barney w tej odsłonie nie jest ani „bożyszczem”, ani nieudacznikiem — raczej mężczyzną w kryzysie tożsamości, który dopiero poprzez kolejne porażki odkrywa własną śmieszność. To interpretacja bliska Fronczewskiemu, ale pozbawiona telewizyjnej intymności — bardziej sceniczna, bardziej komunikatywna.
Komedia, która się starzeje — i nie starzeje
Porównując wszystkie realizacje, jedno pozostaje niezmienne: Bożyszcze kobiet zawsze było sztuką o kobietach silniejszych emocjonalnie od mężczyzny, nawet jeśli to on znajduje się w centrum fabuły. Zmienia się jedynie proporcja śmiechu i goryczy.
W wersji Capitolu śmiech wciąż dominuje, ale nie przykrywa sensów. To nie jest spektakl rewolucyjny, lecz uczciwy wobec tekstu i tradycji. Nie próbuje na siłę aktualizować Simona, lecz pokazuje, że jego komedia — dobrze zagrana — nadal potrafi mówić o samotności, niespełnieniu i iluzji ucieczki od rutyny.
I być może właśnie dlatego, po tylu dekadach i tylu znakomitych aktorskich wcieleniach — od Jędryki i Rylskiej, przez Jandę i Żółkowską — Bożyszcze kobiet nie znika z repertuarów. W tej lekkiej formie zawiera się bowiem coś, co widz rozpoznaje jako momentami nawet boleśnie własne. W Capitolu ten efekt budują Michał Milowicz, Aneta Zając, Olga Borys i Karolina Piwosz.