„2049: Witaj, Abdo” Mikity Iłińczyka w reż. Piotra Pacześniaka w Teatrze Studio w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Temat polsko-białoruskiej granicy i losu migrantów koczujących, a niekiedy umierających na nadgranicznym pasie poruszał nie tak dawno Michał Zadara w stołecznym Teatrze Powszechnym w dokumentalnym spektaklu „Odpowiedzialność”. Tym razem nawiązał do niego Piotr Pacześniak reżyserując w Teatrze Studio nagrodzony Międzynarodową Nagrodą Dramaturgiczną Aurora 2024 tekst Mikity Iłinczyka „Say Hi to Abdo”. I wsadził kij w mrowisko.
„2049: Witaj, Abdo” nie jest bowiem dokumentem, ale dystopijną czy może utopijną opowieścią mieszająca dość swobodnie współczesne realia wojny hybrydowej z fikcją. Przede wszystkim wrzuca jednak do sosu pełną garść symboli, które celowo mają wywołać poruszenie, trochę ironicznie, trochę prowokacyjnie, pytanie czy na pewno smacznie.
Stały napływ uchodźców do Europy powoduje, że władzę na kontynencie w 2031 roku przejmuje Bractwo Muzułmańskie, które przemienia Unię Europejską w Unię Euro-Islamską. Po kilkunastu latach rządów i zaprowadzeniu szariatu dochodzi do kolejnej rewolucji, tym razem kobiet. Partia Fem-Dżihad powołuje Euro-Islamski Instytut Ludobójstwa, a przed trybunał trafiają osoby odpowiedzialne za śmierć muzułmańskich uchodźców na granicach dawnej Unii. W sprawie irackiego Kurda Abdulrahmana Harema oskarżeni są: białoruska właścicielka biura podróży Natalia, która organizowała transporty uchodźców na granicę, polski strażnik graniczny Tomasz, współodpowiedzialny za masakrę ludności arabskiej podczas próby nielegalnego przekroczenia granicy na Mierzei Wiślanej oraz była aktywistka Anna, która dopuściła się gwałtu na imigrancie w ośrodku tymczasowego pobytu cudzoziemców „Stutthof”.
Umieszczenie ośrodka dla uchodźców w dawnym obozie koncentracyjnym jest kontrowersyjne, ale przecież pomysły takie pojawiały się w przestrzeni internetu. Inna sprawa czy należało je traktować na tyle poważnie, aby wykorzystywać ten chory pomysł w sztuce. Iłinczyk uwypuklając margines daje mu niepotrzebnie drugie życie, a zachowując w polskim przecież emiracie nieistniejącą już od dawna niemiecką nazwę przekracza dla mnie granicę dobrego smaku. Na Sztutowo w tej artystycznej wizji bym jeszcze przystał, Stutthof jest zbędnym zagraniem pod publiczkę. Podobnym zabiegiem autora, choć pominiętym w inscenizacji, jest umieszczenie biura Instytutu Ludobójstwa Narodu Arabskiego w budynku Muzeum Polin, choć akurat ta ironia wydaje mi się całkiem trafna.
Jesteśmy więc świadkami trzech oddzielnych przesłuchań w niemal pustym, zielonym jak na islam przystało, pokoju. Służbistki Fem-Dżihadu odgrywane przez Małgorzatę Korol, Zuzannę Galewicz i Wiktorię Kruszczyńską nie mogą, przynajmniej w teorii, okazywać emocji – są więc przez większość czasu uroczo przymilne, formalne i sztuczne, przypominając trochę funkcjonariuszki z „Seksmisji” Machulskiego. Wyróżniają się za to z pewnością strojem, bo Łukasz Mleczak zaszalał z opalizującą lycrą i muzułmańskimi akcentami, a ja nie mogłem się pozbyć wrażenia inspiracji złotym kostiumem z „Bowie w Warszawie” na tej samej scenie. Niepokój budzą rozkładane przed widownią podczas dochodzenia zapakowane w foliowe torebki przedmioty należące do imigrantów. Na niewielkim ekranie wśród zgiełku zakłóceń wyświetlane będą kolejne obciążające dokumenty, a także relacjonująca dawne wydarzenia „wykreowana przez AI” ofiara (Marcin Pempuś). Wszyscy oskarżeni mają tu swoje racje, które uwiarygodnione grą aktorską wybrzmiewają na scenie całkiem rozsądnie. Wychowana w biedzie i propagandzie Łukaszenki Natalia Haliny Rasiakówny, święcie wierzący w narodową misję obrony chrześcijańskiego przedmurza Tomasz Krzysztofa Strużyckiego oraz zatracona w potrzebie naprawiania świata aktywistka Anna Dominiki Ostałowskiej – wszyscy oni ujawniają nasze lęki i odwzorowują sumienie dzisiejszej Europy.
Iłinczyk, a za nim Pacześniak, wskazują na ułudę przyświecających nam wartości. Stając w obronie praw człowieka wznosimy jednocześnie mury na granicach. Rosnąca ksenofobia wspierana doniesieniami mediów zalewa kontynent zbijając przy okazji polityczny kapitał. Otwarta, walcząca o równość Europa zamyka się we własnym kokonie i zjada swój etyczny ogon. Strach. Przed innością, przed obcą kulturą i religią, przed przestępczością, przed „wielokulturowym piekłem”, przed „Talibanem”. Co gorsza, strach przynajmniej częściowo uzasadniony. Twórcy nie oszczędzają jednak nikogo. Kpią z aktywistów i wojującego feminizmu realizujących medialne performance, za którymi nie idzie żadna realna pomoc. Drwią z naiwnego i infantylnego pojmowania sprawiedliwości, wedle którego po wojnie da się rozliczyć uczciwie wszystkie krzywdy. Szydzą z przymykającej oko i zbiurokratyzowanej Brukseli. Odsłaniają mechanizmy wyparcia i odrzucenia odpowiedzialności – przecież „ja nikogo nie zabiłam”, „celowałem w nogi”. To obraz współczesnych Europejczyków z ich strachami i fobiami postawionych przed skomplikowanym moralnym dylematem. Testem, którego odzwierciedleniem jest w spektaklu minuta ciszy poświęcona ofiarom push backów na unijnej granicy. Ciągnąca się niemiłosiernie minuta zaglądająca w europejską duszę.
Paradoksalnie „2049: Witaj Abdo” nie opowiada się jednoznacznie po którejś ze stron. Piotr Pacześniak wycinając w dużej mierze trzecią część tekstu Iłinczyka pozostawił wybory etyczne osądowi każdego widza. Ba, przyszło mi się zastanawiać, czy może faktycznie nie jest to głównie opowieść o marzeniach, ciągłym dążeniu do lepszego, bezpiecznego i dostatniego życia. I o ścieżkach, które prowadzą do celu – i tych nielegalnych przez granicę, i tych nie oglądających się na nikogo i na nic, i tych mających jedynie ukoić sumienie, i tych biegnących po trupach. Bo to one ostatecznie podlegać będą ocenie przyszłych pokoleń. Ostatnia, zaczerpnięta z memu z Whiskersem ironiczna scena jest zarazem przerażającym obrazem Europy przyszłości widzianej oczami uchodźcy. Groźnej, uzbrojonej po zęby, zamkniętej kulturowo i zapraszającej słodkimi słowami w swe matczyne ramiona. Czy pokrywający iluzją dobrostanu różowy pyłek Fem-Dżihadu jest wszystkim co ma do zaoferowania? I czy ta wizja zamkniętej, izolacjonistycznej Europy to naprawdę tylko pieśń przyszłości?