„WoW - Word on WireCard” Anki Herbut i Łukasza Twarkowskiego w reż. Łukasza Twarkowskiego w Münchner Kammerspiele w Monachium. Pisze Kamila Zębik.
Twarkowski to od kilku lat najgorętsze polskie nazwisko teatralne. Za chwilę miną cztery lata od premiery „Rohtko”, spektaklu, który rozpoczął triumfalny pochód reżysera przez sceny Europy. Widza, zwłaszcza obcującego z teatrem Twarkowskiego po raz pierwszy, oczarowuje i oszałamia zdający się nie mieć granic inscenizacyjny rozmach. Zachwycają wieloplany, hipnotyzująca precyzja scenicznego ruchu, balet operatorów kamer i wszystkie wizualno-audialne efekty specjalne, to son et lumière XXI wieku z pytaniami o otaczającą nas rzeczywistość w tle. Z każdym kolejnym spektaklem coraz bardziej w tle, bo o ile w „Rohtko” techniczna maestria przedstawienia i jego wymiar intelektualny wydawały się nawzajem równoważyć, o tyle nie mogę pozbyć się wrażenia, że w „Quancie” i „Oracle”, dwóch ostatnich spektaklach Twarkowskiego, treść i słowo zostały potraktowane bardziej pretekstowo, jak operowe libretto, które jest raczej okazją dla koloraturowego popisu śpiewaczki niż celem samym w sobie. No chyba że przytłoczenie, ogłuszenie i oślepienie widza miało być świadomym teatralnym zabiegiem, lustrem uzmysławiającym mu przebodźcowanie (?), zabodźcowanie aż do utraty świadomości (?) w realnym świecie…
Gdzieś pomiędzy sukcesem „Rohtko” a premierą „Quanty” we wrześniu 2024 Twarkowski wyreżyserował w Monachium, w Munchner Kammerspiele „WoW - Word on WireCard”. O ile, wedle słów samego reżysera, „Quanta” i „Oracle” to pierwsza i druga część zamierzonej trylogii, o tyle „WoW” wydaje się jej nienazwanym prequelem. Mierzy się z tematami rozwijanymi w kolejnych produkcjach, i - chociaż spektakl otrzymał Fausta, niemiecką nagrodę teatralną w kategorii „dźwięk i media” - w porównaniu z późniejszą twórczością Twarkowskiego, z perspektywy dwóch lat od premiery w listopadzie 2023 roku (a ja widziałam ten spektakl wiosną 2024), zdaje się przedstawieniem mniej rozbuchanym, niemal „analogowym”. Może dobrze, bo pomimo ciągle widowiskowej formy, wyraźniej wybrzmiewają w nim niepokoje i zagrożenia, a spójność i przejrzystość treści nie walczą o życie z techniczną wirtuozerią i wizualną atrakcyjnością dzieła.
U początków jest dystopia „Welt am Draht” („World on wire”), telewizyjna adaptacja powieści „Simulacron - 3" Daniela Galouye w reżyserii Rainera Wernera Fassbindera z 1973 roku. Profesor Vollmer, dyrektor niemieckiego Instytutu Cybernetyki i Badania Przyszłości tworzy komputerową symulację realnego świata z 10 tysiącami rekordów/jednostek - indywidualnych „żyć”, nie mających pojęcia o swoim realnym nie-istnieniu. Symulowany świat ma umożliwiać analizę i kontrolę przyszłych procesów społecznych i ekonomicznych, a także zapobiegać ich negatywnym skutkom ubocznym i eliminować niechcianych reakcji. Vollmer jest naukowcem, zdecydowanie bardziej idealistą niż pragmatykiem, zaniepokojonym możliwymi konsekwencjami budzącej się świadomości jego „dzieci” - zaprogramowanych komputerowych rekordów. Jest też w ideowym sporze z szefem Instytutu, dr Siskinsem, który nie wyklucza komercyjnej współpracy nowatorskiego systemu komputerowego ze światem biznesu i finansów poza oficjalnymi kanałami państwowymi (o uroczej nazwie Komitet Perspektywa 2000). Po nagłej i niewyjaśnionej śmierci dr Vollmera, jego następcą zostaje najbliższy współpracownik, Fred Stiller (skrzyżowanie Filipa Marlowe’a z Jamesem Bondem - wersja RFN AD 1973), obsesyjnie poszukujący odpowiedzi na pytanie o przyczynę śmierci szefa, i - równie jak Vollmer - niechętny wykorzystywaniu genialnego oprogramowania poza systemem stricte państwowym. W swoich poszukiwaniach Stiller przekracza granicę świata realnego i komputerowej projekcji (technicznie w sposób powtórzony 26 lat później w „Matriksie”), ale powoli orientuje się, że również jego rzeczywisty świat jest komputerową symulacją. Końcowa część filmu to walka o wydostanie się z matriksa (spoiler: uwieńczona sukcesem) i przejście „o poziom wyżej” do prawdziwie realnego świata. Happy end.
Równoległą inspiracją jest nieodległa w czasie (2020 rok) afera finansowa związana z niemieckim koncernem w dziedzinie fintech - globalną korporacją Wirecard. Notowana na niemieckiej giełdzie firma software’owa, z bankiem jako firmą córką, „zbyt duża, aby upaść,” działała w Europie, Stanach a zwłaszcza w Azji w dziedzinie kart płatniczych, przetwarzania płatności online i zarządzania ryzykiem, a jej wartość rynkowa wzrastała lawinowo z miesiąca na miesiąc. Po długotrwałym śledztwie dziennikarskim „Financial Times” okazało się, że z firmy nagle wyparowało (a raczej nigdy nie istniało) 2 mld EUR, a sama Wirecard została zmuszona w 2020 roku do zgłoszenia wniosku o upadłość. Domniemany cud finansowy wspierany aktywnie na światowych rynkach przez niemieckie państwo przestał istnieć, 5800 pracowników zostało na lodzie, dyrektor finansowy trafił za kratki, a najprawdopodobniejszy mózg operacji, dyrektor operacyjny Jan Marsalek, ścigany listem Interpolu, rozpłynął się we mgle (a potem odnalazł na Białorusi i w Moskwie). Cyfrowy gigant okazał się wydmuszką, bytem wirtualnym, a w zderzeniu z ziemią okazał się pustką, atrapą pozbawioną kontentu. Dane i fakty okazały się być zbiorami rozłącznymi. No happy end….
W spektaklu Łukasza Twarkowskiego i Anki Herbut, jego stałej dramaturżki, te plany/inspiracje brawurowo i, co istotniejsze, logicznie i konsekwentnie się przeplatają. Jesteśmy w 1973 roku na planie produkcji Fassbindera, przechodzimy wraz ze Stillerem na „poziom” fabuły filmu, a potem dalej w przyszłość, do roku 2020, do świata na kilka godzin przed ogłoszeniem upadłości Wirecard. Znad sceny, z wielkiego ekranu przemawia do nas Deepfake Marsalek oddający w wątpliwość realność zdarzeń, głoszący, że wszystko jest fikcją i komputerową symulacją. Na scenie przeżywający lęki związane z utratą zatrudnienia pracownicy Wirecard obserwowani są przez przepływającego przez wykreowane rzeczywistości Stillera. Znak czasów: ten nowy Stiller utracił swoje bondowskie korzenie i zdaje się być bezradny, przerażony niemożnością odróżnienia prawdy od fikcji…
Fenomenalne przenikają się w spektaklu pytania frapujące twórców, od Lewisa Carrolla („Alicja w Krainie Czarów”) i Franka Bauma („Czarnoksiężnik z Krainy Oz”) po rodzeństwo Wachowskich („Matrix”), o to, czym i kiedy jest rzeczywistość, czy możliwe jest przemieszczanie się pomiędzy światami, jaka jest świadomość sztucznej inteligencji oraz wirtualnych bytów wyrywających się spod ludzkiej kontroli i jak wirtualny świat może zniszczyć wielkie połacie świata realnego - to ostatnie pytanie łączy się tu z krytyką późnego kapitalizmu, a nad spektaklem unoszą się duchy filmowych analiz kryzysu 2008: „Margin call” Chandora i „Big short” McKaya.
Pytania, które stawiali w 2023 roku Łukasz Twarkowski i Anka Herbut są teraz kwestiami podstawowymi, podminowującymi naszą błyskawicznie malejącą pewność świata. Są rzeczywistością, z którą musimy się borykać codziennie. Coś, co u Fassbindera było fantastycznie wykoncypowaną, niepokojącą fantazją nt. przyszłości, dzieje się na naszych oczach.