18.06.2020, 17:31 Wersja do druku

Magdalena Tomaszewska: Stanąć na scenie i zagrać

Jak pani zareagowała na ogłoszenie stanu epidemii?

- Tak jak wszyscy. Strachem, niedowierzaniem. Zaraz też przyszła determinacja, aby wszystko zrobić, aby się nie poddać walkowerem. Wiadomości z mediów były niepokojące. Pewnie każdy miał moment, gdy zaczął obserwować swoje ciało i zastanawiać się, czy przypadkiem nie jest chory. Jako fanka horrorów nie mogłam uwierzyć, że temat epidemii, który już dawno przewijał się w filmach, teraz stał się realnym niebezpieczeństwem.

Zapewne wiele osób zna "Jestem legendą", "Resident Evil" czy klasyk "Epidemia". Bohaterowie tych filmów pomagali sobie wzajemnie i walczyli do końca, żeby znaleźć szczepionkę.

- Wystarczy przypomnieć sceny z filmu "Jestem legendą". Tam po opustoszałym Nowym Jorku przechadza się Will Smith. My też widzieliśmy takie obrazy w Płocku, gdy na ulicach nie było nikogo. Sama zastanawiałam się, jaka rola przypadnie mi w tym "wyjątkowym filmie": spakuję moją córkę Marię, uratuję po drodze rodziców i umieszczę ich w miejscu, gdzie jest bezpiecznie. Potem wyruszę odnaleźć Artura (męża), który czeka na moją pomoc w kraju, gdzie szaleje pandemia jeszcze gorsza niż u nas. Na szczęście życie napisało inny scenariusz, z happy endem.

Przymusowy i długi urlop od teatru wielu aktorom zmienił rozkład dnia. Nie było prób, spektakli, zabrakło nowych ról.

- Największym żalem i brakiem było to, że nie mogę stanąć na scenie i zagrać. Teatr bez aktorów i widzów nie jest teatrem. To tylko nazwa i miejsce. Mimo izolacji, nie ma dnia, abym choć na chwilę nie weszła do środka (oczywiście zachowując niezbędne zalecenia). Taka już jestem. Tęsknię za ludźmi, rozmowami, nawet ploteczkami. Pandemia zupełnie zmieniła moje życie zawodowe. Ono zwolniło, a to prywatne toczy się szybciej, leci do przodu. Ja to nazywam równowagą. Ten czas trzeba wykorzystać, odetchnąć, naładować akumulatory, uświadomić sobie, że jeszcze tyle jest do zrobienia. Najważniejsze, żeby myśleć pozytywnie. Ja tak robię.

Mimo wszystko mój dzień jest ciekawy i pracowity. Czasem coś dzieje się spontanicznie, czasem według schematu. To lubię. Rano kawa, ogarnięcie się i w drogę. Po teatrze - kolejna cudowna chwila - jadę na działkę i patrzę, jak rośnie moje marzenie - nasz dom. W dobie smutku mam powody do radości. Myślę, jak zaprojektuję wnętrza, jakie będą kolejne etapy prac.

Zdecydowanie mniej piekę. Ale jeżeli już coś mi się zdarzy zrobić, to sama nie jem. Rozdaję najbliższym sąsiadom np. dyrektorowi Markowi Mokrowieckiemu.

Czas izolacji wymógł poszukiwanie nowych bezpiecznych przestrzeni spotkania aktora z widzem. W tej sytuacji Teatr im. Jerzego Szaniawskiego przeniósł się do internetu, przede wszystkim do mediów społecznościowych. Czy teatr wirtualny może zastąpić prawdziwą scenę?

- Teatr w mediach społecznościowych nie jest moim ideałem. Nie przepadam za tym, że mam tylko "szklane oko". Potrzebuję partnera, emocji, bicia serca. Nasz teatr zawsze obijał się o internet, ale nie był tam tak częstym gościem. Czas izolacji to zmienił. Powstały różne ciekawe inicjatywy. Harcmistrz Cezary Supeł zaproponował nam czytanie wierszy Władysława Broniewskiego, który jest patronem Chorągwi Mazowieckiej ZHP. Przyjęliśmy to z radością. Każdego roku w grudniu jesteśmy pod pomnikiem Broniewskiego, czytamy i mówimy wiersze, palimy znicze i wznosimy symboliczny toast. Wirtualny powrót do Broniewskiego był dużą przyjemnością.

Później interpretowaliśmy bajki - piękne, stare, znane, ale w nowej adaptacji i tłumaczeniu Weroniki Jóźwiak. Miałam przyjemność przeczytać "Pięknego i bestię". Pracownia fryzjerska zamknięta, w mieście też nikt cię nie uczesze, więc pozwoliłam sobie wystąpić we fioletowej peruce. Młodym widzom się podobało.

Zanim teatry przyjmą publiczność, pracujemy nad kolejnym projektem online. To będzie "Szaniawski, dramaturg nieznany". Cztery odcinki po 30 min. Zapowiada się kolejne interesujące wyzwanie dla mnie i kolegów. Jeszcze trochę musimy poczekać. Jestem cierpliwa. Wierzę, że wszystko będzie dobrze. Zamiast sprzedanych biletów, od dwóch miesięcy liczymy ilość odsłon i komentarze online.


Sądząc po ich ilości, widzowie z przyjemnością ponownie obejrzeli panią w roli Miry Zimińskiej. Z okazji Nocy Muzeów, na FB Muzeum Mazowieckiego odbył się minirecital piosenek Miry.

- To kolejna przygoda rekompensująca nieobecność na scenie, gdy wszystko jest zamknięte, nie można chodzić do pracy, grać, tworzyć. Spektakl "M. Zimińska" w reżyserii Karola Suszki, który widzowie oglądali na Scenie Kameralnej odpoczywa i czeka. Jest w tym wszystkim coś magicznego. Nie wiem sama czy to za sprawą Miry z nieba, to przedsięwzięcie nie daje o sobie zapomnieć. Takie inicjatywy jak ta z Muzeum to miód na moje serce. 16 maja znowu zaśpiewałam piosenki Miry. Wszyscy muzealnicy mnie dopingowali i pomagali w nagraniu. Edwarda Bogdana zastąpił przy pianinie Tomasz Sarniak, muzyk ze znakomitego duetu Paweł Wójcik&Tomasz Sarniak. Nowy akompaniator. który teraz pewnie jest już świeżo upieczonym tatusiem, był znakomicie przygotowany. Ale nie byłabym sobą, gdybym trochę nie namieszała. Zaproponowałam, żebyśmy poszli do secesyjnych wnętrz i tam zrobili jeszcze dokrętki z przechadzającą się Mirą. Pomysł się podobał. Wyszło lekko i sympatycznie. Bardzo się cieszę, że widzowie w tak dużej liczbie byli z nami. To dopiero Noc Muzeów, najlepsza w Polsce! Marzę, że jak to wszystko się skończy, będziemy grać naszą "Mirę" jeszcze długo. Nie muszę marzyć, ja wiem (śmiech).

Przed lockdownem pracowaliście nad "Widokiem z Mostu" Artura Millera w reżyserii Janusza Kijowskiego. Data premiery na razie nie została ustalona, aczkolwiek można już otwierać teatry.

- Praca nad tym dramatem wymagała od nas wiele wysiłku i przełamania dotychczasowego wizerunku. Byliśmy przed próbami generalnymi. Dla mnie to nowa teatralna przygoda, bo widzowie znają mnie z różnych gatunków: od komedii poczynając. A to zupełnie coś innego, minimalistycznego. Gram w tej sztuce żonę głównego bohatera - Eddiego. Ona nie potrafi się odnaleźć w relacjach mąż-żona. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie dorastająca siostrzenica, której młodzieńczość i świeżość emanują w całym domu. Jest w mojej postaci wiele pytań i niepewności. Trudność polega na tym, by nie zagrać jednym środkiem wyrazu. Trzeba pokazać proces przemiany, który przechodzi każda kobieta. Zapraszam jak najszybciej do teatru.

Komedia, farsa, dramat. Raz "leci" na panią ściana w "Hotelu Westminster", innym razem milczy pani w "Tajemniczym ogrodzie". A w "Dwóch teatrach" trzeba było zagrać serio. Czy trudno jest tak zmieniać gatunki?

- Jest we mnie robot, który przestawia wajchę. Wiele zależy od reżyserów, z którymi pracuję. Niektórzy znając moje możliwości w komedii, świadomie proponują, żebym sprawdziła się w dramacie albo psychodelu. Mam nadzieję, że pojawi się u Szaniawskiego więcej takich realizatorów, którzy dostrzegą we mnie coś, o czym sama nie mam pojęcia. Ciągłe zmiany rozwijają aktora. To bardzo ciekawy sprawdzian. Ja to bardzo lubię.

Prowadzi pani zajęcia aktorskie z młodzieżą i studentami UTW. To kolejny projekt uszczuplający wolny czas, ale bardzo inspirujący.

- Jeszcze w Gdyni, w moim Teatrze Minerwa, prowadziłam warsztaty dla dorosłych i dzieci. To była niezła szkoła życia. Tu w Płocku zrobiłam ze studentami Uniwersytetu Trzeciego Wieku przy Politechnice bardzo współczesną namiastkę "Hamleta". Moi "aktorzy" przednio się bawili, wymyślali stroje i charaktery postaci. Przygotowaliśmy też kompilację bajek. Była Baba Jaga, Jaś i Małgosia, Szewczyk Dratewka. Jesienią chcielibyśmy zająć się twórczością Faustyna Piaska, który był nie tylko kompozytorem, także autorem sztuk. Z młodzieżą w Jagiellonce zaczęłam pracę nad "Alicją w krainie czarów". Mam nadzieję, że od września będziemy kontynuować. Nie mam tyle czasu na odpoczynek, ile bym chciała. Jestem w ciągłym ruchu. Jak nie dom, budowa, słońce na działce, to czerwcowe egzaminy na uczelni. Studiuję pedagogikę i w każdej wolnej chwili muszę czytać, analizować, pisać mądre prace na temat kontaktów interpersonalnych, patologii społecznych czy z metodologii opiekuńczo-wychowawczej. To też jest jakiś procent tego, co mnie interesuje i pochłania. Może w przyszłości będę uczyła aktorstwa? Kto to wie. Obiecałam sobie, że jak tylko zdam egzaminy, to zrobię przerwę. Kupię leżaczek, poczytam książkę i się zrelaksuję. Dom już pewnie będzie stał. A może z Marysią pojedziemy na wakacje do Artura do Niemiec? Zobaczymy czy zamknięte granice pozwolą na dalsze podróże. Zawsze będzie coś do robienia, doświadczenia, przeżycia. Teraz najważniejsze, żebyśmy byli zdrowi i wrócili do teatru

Tytuł oryginalny

Stanąć na scenie i zagrać

Źródło:

Tygodnik Płocki nr 55