Logo
Magazyn

Uważam, że nie można dzisiaj wieszczyć bez ryzyka cringe’u

25.05.2026, 14:06 Wersja do druku

Rozmowa Patrycji Babickiej z Maciejem Tomaszewskim.

fot. Channel Nel Gwiazdowska

Patrycja Babicka: Jesteś reżyserem spektaklu CRINGE.Show - nowej produkcji Sztuki Nowej, realizowanej w ramach programu Debiuty SN. Punktem wyjścia do Twojej koncepcji była figura romantycznego wieszcza. W tradycyjnym ujęciu wieszcz to ktoś, kto miał prowadzić naród, tłumaczyć historię i nadawać sens doświadczeniu wspólnoty. Co Ciebie jako współczesnego twórcę zainteresowało w figurze romantycznego wieszcza i jak to się stało, że wybrałeś taki temat?

Maciej Tomaszewski: Wszystko zaczęło się od przypadku, od małej iskry. Michał Grzesiak, z którym razem pracowaliśmy przy poprzednim spektaklu Sztuki Nowej “O przyszłość proszę nas nie pytać”, przyszedł do mnie i powiedział, że chciałby razem podziałać. Nie wie co, nie wie jak, ale ma czas i tak się złożyło, że akurat mieliśmy salę. W SN zawsze mierzymy się z naszym “rodowodem”, czyli tradycją Grotowskiego. Można się od tego odcinać, można to ignorować, ale fakt jest taki, że nasze metody są z nim związane. Wzięliśmy więc z Michałem na warsztat teksty, które Grotowski robił w Opolu. Zaczęliśmy od “Kaina” Byrona, były fragmenty “Orfeusza” Cocteau i “Misterium-Buffo” Majakowskiego. Ale nic nas nie porwało. Przeskoczyliśmy do “Kordiana” Słowackiego i tu coś zaczęło rezonować. W tym czasie dołączył do nas Kacper Siemaszko, który również chciał coś zrobić. W ten sposób dotarliśmy do trzech wieszczów (na wczesnym etapie procesu ja również brałem udział w próbach od strony performerskiej), każdy mówił inny kluczowy tekst romantyczny - była wielka improwizacja, monolog na Mont-Blanc i wiersz “Widzenie” Mickiewicza. Tak pojawił się wątek romantyczny, ale wieszczarstwo interesowało mnie już od jakiegoś czasu.

PB: Dlaczego romantyczni wieszczowie mają nas interesować dziś?

MT: Od dłuższego czasu świat zalewa fala konfliktów, kryzysów i szalonych pisków systemu gospodarczo-politycznego, który zaczyna zjadać swój ogon. Po prostu przestaje działać. Na czele tej agonii stoi kilka wyrazistych twarzy - tak się składa, że głównie męskich, które sygnują różne świństwa swoimi nazwiskami.

PB: Kogo masz na myśli?

MT: Mamy tu z jednej strony polityków, którzy całkowicie odkleili się od od rzeczywistości i złamali kontrakt społeczny, zakładający, że jeśli chodzę do pracy, płacę podatki, to powinienem móc godnie żyć. Część z nich w tym wszystkim posuwa się do wojen, ludobójstw i autorytaryzmu. Reprezentanci to oczywiście wielka trójca - Trump, Putin, Netanyahu. Ale jest ich więcej. A z drugiej strony naszych bezpośrednich władców - oligarchów, technofeudalistów, transhumanistów, na czele z prezesami wielkich korporacji Bezosen, Muskiem czy Zuckerbergiem. To nazwiska zagraniczne, ale w Polsce wygląda to tak samo. Mamy Konfederację, która chce zaorać wszystko, co publiczne. Mamy listę 100 najbogatszych Polaków, gdzie są sami miliarderzy. Nie da się być etycznym miliardem. To wszystko to dla mnie nasi współcześni carowie. Do tej pory, szczególnie w świecie kultury, odpowiedzią na ich działania wydawał się pomysł odbudowy wspólnoty. A konkretnie oddolne, pokojowe działania, codzienne decyzje, mikro-wspólnoty zebrane wokół jakiegoś celu. My w ramach swojej pracy artystycznej również uważaliśmy te odpowiedzi za słuszne, czego wyrazem były choćby działania realizowane wokół projektu PODAJ DALEJ. Mówiliśmy “znajdźmy tu i teraz, bądźmy empatyczni, szukajmy porozumienia, to będzie procentować”. Niestety tempo, w jakim świat się rozpada, przewyższa tempo, w jakim jesteśmy w stanie go odbudowywać. Pojawiła się we mnie potrzeba poszukania radykalniejszej odpowiedzi. I tutaj z pomocą przychodzi wieszczenie. Wieszcz proponuje radykalne, często pozornie nierealne rozwiązania. I jest silną figurą, która może skupiać wokół siebie ludzi i wytwarzać momenty potrzebne do zmiany.

PB: W jaki sposób przenosiliście te myśli na scenę?

MT: Nie był to łatwy proces. Mieliśmy męską tradycję, którą najpierw przepracowaliśmy w męskim gronie. Mówiliśmy teksty giganty - i nie chodzi mi o ich długość, tylko o znaczenie dla polskiej kultury. Wszystko to dodatkowo oparliśmy o tradycję Grotowskiego. Ponadto, nasz główny przekaz zaczynał się kształtować w ten sposób: potrzebujemy lidera, który poprowadzi ludzi do skutecznej akcji sprzeciwu.

PB: Zapachniało spotkaniem w męskiej szatni.

MT: Tak. Zrobiło się gęsto. Cały czas rozrywała nas wątpliwość - czuliśmy, że temat jest ważny, ale jednocześnie że bardzo łatwo rozbić się o banał. Kusiło nas, by schować się za maską cynizmu, bo to wygodna postawa obronna przed naiwnością. Więc uznaliśmy, że nie tędy droga. I wtedy do zespołu dołączyły Agata Curyło i Zuzanna Florczyk. W Sztuce Nowej pracujemy w taki sposób, że staramy się cały czas otwierać proces na innych.

PB: Co to znaczy?

MT: Zapraszamy osoby na próby otwarte, pokazujemy fragmenty pracy. Nawet kiedyś, podczas spotkań dramaturgicznych w kawiarni Paragraf, podeszły do nas zupełnie obce osoby, które przysłuchiwały się naszej dyskusji o spektaklu, i spędziliśmy parędziesiąt minut, rozmawiając o kwestiach wieszczarstwa. Przewinęło się przez ten projekt już tyle oczu, że ciężko wymienić wszystkie. To otwarcie na zmiany pozwala ewoluować procesowi. Agata i Zuzanna wniosły dużo kontekstów współczesnych, ale również silną potrzebę klarownej dramaturgii. Do tej pory z chłopakami pracowaliśmy mocno w duchu postdramatycznym - ruch był trampoliną dla tekstu. Wątki się przenikały, urywały, nie mieliśmy postaci, ani fabuły. Kreowaliśmy impresje. Dziewczyny zobaczyły nasz materiał, powiedziały, że chcą dołączyć do projektu, ale zaczęły też zadawać pytania. Takie pytania z kategorii oczywistych, ale kiedy padają, to nagle nie ma się na nie odpowiedzi. Było dla nas jasne, że znalezienie ich, wymaga stworzenia scenariusza.

PB: Jakie były jego główne założenia?

MT: Na tym etapie wiedzieliśmy, że to, co chcemy zrobić na scenie, ma być próbą zmierzenia się z romantyczną tradycją we współczesnym kontekście. Że chcemy podjąć temat przywództwa i gotowości do oporu, a nawet rewolucji. Że chcemy balansować na krawędzi naiwności, ale nie chować się za cynizmem. I że potrzebujemy tekstu dramatycznego, od którego się odbijemy. Przyszły wakacje i zrobiliśmy przerwę od prób, a ja zamknąłem się na wsi na 3 tygodnie i pisałem scenariusz. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że brakowało nam jeszcze jednego składnika.

PB: Czyli?

MT: Tytułowego Cringu. W pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać, czemu tak nam zgrzyta w zębach. kiedy któreś z nas z natchnieniem wykrzykuje “Mogę - więc pójdę! ludy zawołam! obudzę!”. Któregoś dnia rozmawiałem z moim przyjaciele Piotrem Piotrowiczem, który pracuje w TR i ma niebywale bystre oko do różnych dramaturgicznych niuansów i on mi zwrócił uwagę, że dzisiejszy teatr rzadko kiedy wchodzi w emocjonalność tekstów romantycznych. Że raczej gryzie się w je sposób analityczny, bawi się formą. Pomyślałem sobie, że emocjonalność w ogóle stała się problematyczna w naszej kulturze. Często słyszę, szczególnie od młodszych znajomych, że boją się bycia “too much” albo “zbyt intensywnymi”. To mi wyglądało na mechanizm autocenzury. Boimy się nie tyle cudzych emocji, co tego że ktoś wyśmieje naszą emocjonalność. A potem zobaczyłem spektakl “Trzask prask” w reżyserii Krzysztofa Zyguckiego i pomyślałem, że zaczyna się - być może - jakaś zmiana. Coś, co wtedy w głowie nazwałem sobie estetyka Cringe Core, nawiązując do wszystkich -core'ów, które w SN badaliśmy choćby przy okazji spektaklu “Jesteśmy wspaniali” w reżyserii Dawida Żakowskiego. Cringe Core działa na przekór cynizmowi. To strategia, w której świadomie wchodzimy w różne stany emocjonalne, wliczając ryzyko odsłonięcia się. To również strategia nie-postdramatyczna (albo post-postdrmatyczna ;) ), bo zakłada ona powrót historii w teatrze. Mając jednak w pamięci, że teatr nie wygra nigdy z kinem na tym polu, więc, przynajmniej w teatrze poszukującym, nie bardzo wyobrażam sobie powrót do dramatyzmu sprzed ery kina. Trzeba więc odzyskać opowiadanie historii, ale na nowych zasadach. Co nam wtedy zostaje? Narracja prowadzona cienką nitką, ale możliwa do odczytania i człowiek z całą swoją emocjonalnością balansujący na krawędzi cringe'u, a może wręcz świadomie go wywołujący.

PB: W jaki sposób odbiorca ma rozumieć ten cringe czy też go doświadczać?

MT: Używam angielskiego “cringe”, bo po polsku dosłownie znaczy to “wzdrygać się”. Najbliższe byłoby słowo “obciach”, chociaż ja wolę tłumaczyć to jako mieszanka wstydu i żenady. Cringe to nie tylko emocja, jaką możemy wywołać u odbiorców, ale również fizyczna reakcja ciała, jaką odczuwamy, gdy na naszych oczach performans przestaje działać. Pierwszy raz zaczęło mnie to fascynować, gdy na jednym z protestów pro-palestyńskich byłem świadkiem pewnego dziwnego zjawiska. Struktura tych protestów wygląda tak, że jest przemowa, która kończy się skandowaniem. Te przemowy w dodatku często są w trybie “open-mic” i każdy może znaleźć moment, by coś powiedzieć. Ludzie nie są naturalnymi mówcami. Zauważyłem, że mimo, że często zgadzałem się w 100% z wypowiedziami osób, które miały mikrofon, to ich nie do końca dopracowany charakter performatywny często wywoływał we mnie mimowolnie poczucie cringe’u. Najgorzej jednak było podczas skandowania. Te momenty kiedy np. większość osób już skończyła krzyczeć, a ktoś nie wyczuł momentu i jeszcze krzyczał sam, albo gdy ludzie krzyczeli inne hasła lub mylili się w takcie. To wszystko oczywiście w chwili zbiorowego uniesienia nie ma znaczenia. Sprawa, dla której tam się zebraliśmy, jest ważniejsza. Ale cringe jest mimowolny. I pojawia się niezależnie od tego, czy chcemy, czy nie. Pomyślałem wtedy o roli kogoś, kto profesjonalnie zajmowałby się dopracowywaniem performatyki protestów. W taki sposób, że ludzie zawsze wiedzą, co mają krzyczeć i kiedy. Czy to by pozwoliło wydobyć jeszcze większą siłę wspólnotową? Kim byłaby taka osoba? Wieszcz-performer? Wieszczka-performerka?

PB: Nie boisz się zarzutów o brukanie romantycznych świętości?

MT: Uważam, że nie można dzisiaj wieszczyć bez ryzyka cringu. Podobnie teatr i każdy występ na żywo, nieodwracalnie ociera się o to zagadnienie. Gdy prowadzi się warsztaty teatralne dla młodzieży w szkołach, ich główną obawą, która ich straszliwie blokuje jest wstyd, że teatr to obciach. A więc poczucie wstydu stało się systemowym narzędziem autocenzury. Powstrzymywania ludzi przed mówieniem pewnych rzeczy. Jednocześnie gdy spojrzymy na naszych “carów” i na to, co wrzucają na media społecznościowe, widzimy że ci ludzie nie mają żadnych hamulców. Brak wstydu, brak strachu przed cringem staje się przywilejem.

PB: I tutaj postawmy kropkę. Dziękuję za rozmowę.

***

Maciej Tomaszewski

Performer, edukator, producent i projektant wydarzeń interaktywnych. Absolwent kierunku Wiedza o Teatrze na Akademii Teatralnej w Warszawie. Od ponad 15 lat działa w obszarze teatru fizycznego, tańca współczesnego i performansu, a także projektów łączących sztukę z technologią. Ma na koncie ponad 160 pokazów dziewięciu różnych produkcji teatralnych (jako performer i tancerz), dwanaście projektów warsztatowych (jako lider i prowadzący), sześć międzynarodowych wymian teatralnych (m.in. Gruzja - 2013, Francja - 2015 i 2024, Portugalia - 2015, jako prowadzący i organizator) i ponad 45 działań interaktywnych (jako organizator). Był inicjatorem i współproducentem projektu badawczego „Na minutę przed. 3 proste ostrzeżenia” (2019), eksplorującego trzy główne zagrożenia cywilizacyjne – ekologiczne, technologiczne i społeczne – prezentowanego m.in. w Komunie Warszawa. Od 2012 roku, najpierw jako uczestnik, następnie jako lider, wreszcie jako producent i koordynator rozwija projekt edukacyjny PODAJ DALEJ. W 2023 roku, z projektu wyłoniła się grupa teatralna „RAVE!Ach”, z którą wyreżyserował spektakl "O przyszłość proszę nas nie pytać". W 2024 roku zaprezentował autorski solo-performans „Akademia Sztuki Zniszczenia”, którego koncepcja została wybrana i zaprezentowana przez Fundację Sztuki Polskiej ING w ramach Warsaw Gallery Weekend. Od 2025 pracuje nad projektem dotyczącym współczesnego wieszczarstwa "CRINGE.Show".

Spektakl Cringe.Show jest współfinansowany ze środków m.st. Warszawy w ramach projektu Repertuar Sztuki Nowej 2026-2028 (program – Debiuty SN). Debiuty SN to program Sztuki Nowej wspierający młodych twórców i twórczynie teatru w realizacji autorskich projektów scenicznych, rozwijających nowe języki teatralne i współczesne formy performatywne.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także