Logo
Magazyn

Ludzie kultury wspominają Jana Frycza

17.08.2026, 17:38 Wersja do druku

Jan Englert o Janie Fryczu: wydawał się być nieśmiertelny

Wydawał się być nieśmiertelny. A jeżeli ma być nieśmiertelny, to zależy tylko od naszej pamięci. Ten zawód żyje, zostaje w pamięci kolegów i przede wszystkim widzów – powiedział PAP aktor, reżyser, były dyrektor Teatru Narodowego Jan Englert o Janie Fryczu.

fot. PAP/ Jerzy Uklejewski

W wieku 72 lat zmarł Jan Frycz, wybitny aktor filmowy i teatralny. Informację o śmierci artysty opublikowano na profilu Teatru Narodowego na platformie Facebook.

– Jan Frycz wymyka się wszystkim stereotypom, nawet we wspomnieniu o nim. Był osobowością niezwykłą. Pracowaliśmy razem w różnych formach i układach 46 lat. Debiutował w Teatrze Telewizji w mojej reżyserii w roli Irydiona, od tamtej pory w układzie reżyser-aktor spotykaliśmy się wiele razy, chyba nawet częściej niż jako aktorzy grający w tym samym spektaklu czy filmie. Byłem również jego dyrektorem, a on był moim asystentem w szkole – powiedział PAP Jan Englert, wieloletni szef warszawskiej narodowej sceny.

– Mówię o tym, by uzmysłowić, jak ważną rolę nie tylko w moim życiu, ale w życiu całego naszego środowiska odegrał ten nietuzinkowy, prawdziwy, nieudawany artysta. Ktoś, kto artystą jest w rzeczywistości, a nie tylko ma wizytówkę z napisem „artysta”. Uczestniczył w kilku zmianach konwencji teatralnej, współtworzył te zmiany. Był aktorem Krystiana Lupy, Jana Klaty, Mikołaja Grabowskiego, ale także Dejmka, Englerta i innych, uważanych za akademików. Potrafił zagrać w różnych formach, różnych stylach. Nie zawsze była to łatwa współpraca. Był indywidualnością, ale indywidualnością twórczą. Zawsze czekałem na Frycza, czy jako widz, czy jako kolega, czy ten, który próbuje go reżyserować. Uważnie słuchałem jego instynktu. Miał niezwykły instynkt aktorski, który pozwalał mu widzieć rzeczy z perspektywy, na którą sami byśmy nie wpadli. Był kimś, kto w anegdocie teatralnej nie będzie może pośród tych najefektowniejszych, najzabawniejszych, ale w anegdocie dotyczącej sposobu pracy już teraz funkcjonuje jako legenda – podkreślił.

Choć zmagał się z ciężką chorobą, aktor pozostawał aktywny zawodowo. – Przyglądałem się jego walce z niszczącą go, dręczącą chorobą. Ciężko chorując, zbudował kilka wspaniałych ról. Pracował cały czas, jeszcze w maju tego roku dostał nagrodę aktorską za rolę w „Termopilach polskich” Jana Klaty, a był już przecież bardzo ciężko chory. Ale ani przez chwilę nikomu nie dał poznać tego, że możliwe jest jego odejście. Mimo że byliśmy na to przygotowani, myślę, że wszyscy dzisiaj są w szoku – powiedział Englert.

– Wydawał się być nieśmiertelny. A jeżeli ma być nieśmiertelny, to zależy tylko od naszej pamięci. Ten zawód żyje, zostaje tylko w pamięci kolegów i przede wszystkim widzów. Jak długo widzowie będą pamiętali jego role, tak długo będzie żył – dodał. 

Reżyserka Lena Frankiewicz o Janie Fryczu: człowiek od niego po prostu uczył się teatru

Jan Frycz bywał niełatwy w pracy, ale człowiek od niego po prostu uczył się teatru – powiedziała PAP reżyserka teatralna Lena Frankiewicz. Dla mnie spotkanie z nim było jednym z ważniejszych spotkań na mojej zawodowej drodze – dodała.

– Podglądałam go, jeszcze będąc studentką Akademii Teatralnej w Krakowie, niezliczoną ilość razy na scenie kameralnej Teatru Starego. To były sztuki m.in. „Bracia Karamazow” i „Mistrz i Małgorzata” w reżyserii Krystiana Lupy – powiedziała PAP reżyserka teatralna Lena Frankiewicz. – Postać Piłata, którą grał w „Mistrzu i Małgorzacie”, zafascynowała mnie do tego stopnia, że na temat sceny z bólem głowy Piłata napisałam pracę magisterską. Nie marzyłam wtedy, że spotkam się z nim w pracy, a jednak tak się stało. Dla mnie spotkanie z Janem Fryczem było jednym z ważniejszych spotkań na mojej zawodowej drodze – dodała.

– Pamiętam nasze pierwsze spotkanie, to było w wytwórni filmów na ulicy Chełmskiej. Przyszedł tam, bo miał grać ojca Dawida Ogrodnika w realizacji „Dolce Vita”, robionej pod szyldem Teatroteki – powiedziała Frankiewicz. – Przyszedł na to pierwsze spotkanie nieufny, trochę zdystansowany i rzucił, że jak mu się nie będzie podobało, to on właściwie może zrezygnować. Pomyślałam sobie, że jeszcze czego, na pewno nie dopuszczę do tego, żeby zrezygnował – wspominała reżyserka. - Już podczas tej pierwszej próby niesamowicie zapalił się do tej pracy. Bardzo mu się spodobał świat, który zaproponowałam, żebyśmy razem stworzyli – dodała.

Reżyserka podkreśliła, że była to bardzo dobra współpraca, gdzie Frycz razem z Gabrielą Muskałą stworzyli kipiący humorem duet rodziców.

– Jan Frycz bywał niełatwy w pracy, o tym trzeba powiedzieć, ale człowiek od niego po prostu uczył się teatru. Nasze drugie i chyba najważniejsze spotkanie miało miejsce przy spektaklu „Jak być kochaną” w Teatrze Narodowym. Tam, również w duecie z Gabrysią Muskałą, grał postać Wiktora. Pamiętam, że na próbach cały czas kombinował, jak zagrać to po swojemu, a nie tak, jak zrobił to kiedyś Cybulski – podkreśliła reżyserka.

– Gdy na próbach reagowałam entuzjazmem na jego grę, wtedy sprowadzał mnie na ziemię słowami: „tylko bez uniesień”. To jego powiedzenie często do mnie wraca, gdy emocje w pracy biorą górę – powiedziała Frankiewicz.

– W „Jak być kochaną” grał jeszcze niedawno, przed wakacjami. Pamiętam, że zawsze, jak spotykaliśmy się na schodach po spektaklu, mówił, że bardzo lubi grać to przedstawienie i nie sądził, że to tak długo będzie wystawiane. To było z jednej strony szorstkie, a z drugiej bardzo serdeczne, takie połączenie dystansu, a jednocześnie czegoś bardzo czułego – zauważyła reżyserka.

Krystian Lupa o Janie Fryczu: wielkość jego aktorstwa tkwiła w tym, że chodził niestereotypowymi ścieżkami

Wielkość aktorstwa Jana Frycza tkwiła w tym, że chodził niestereotypowymi ścieżkami – powiedział PAP reżyser teatralny Krystian Lupa. Dodał, że w jego intuicji tkwiło coś odkrywczego.

Nie można wyobrazić sobie spektakli Krystiana Lupy „Braci Karamazow” wg Dostojewskiego, „Lunatyków” wg Brocha, „Mistrza i Małgorzaty” wg Bułhakowa, a później „Wycinki” wg Bernharda bez Jana Frycza. Stał się jednym z emblematycznych aktorów reżysera.

Krystian Lupa ocenił, że Jan Frycz nie miał najprostszego i najłatwiejszego życia. – Jako artysta wgryzał się w życie niesłychanie drapieżnie. Zawsze mu o coś chodziło – z jednej strony był spragniony miłości przyjaciół i współpartnerów w pracy, a jednocześnie nie był w żadnym wypadku skłonny do kompromisów – zaznaczył.

Podkreślił, że wielkość aktorstwa Jana Frycza tkwiła w tym, że chodził niestereotypowymi ścieżkami. – Często reagowałem na jego intuicję rodzajem konsternacji na początku, a później okazywało się, że tkwiło w niej coś bardzo niestereotypowego i często odkrywczego. Praca z nim nie była łatwa, ale obaj to akceptowaliśmy. Wiele się rodziło z konfliktów. Kochaliśmy się za te konflikty – dodał.

Według reżysera role Jana Frycza w „Braciach Karamazow” i „Lunatykach” były niepowtarzalne. Jak mówił, praca przy spektaklu „Wycinka” była niezwykle radosna z obu stron. – Bardzo się cieszyliśmy tym, co każdy odkrył ze swojej strony – podkreślił. Jan Frycz grał w spektaklu Aktora Teatru Narodowego. – Umiał tę postać niesłychanie, wspaniałomyślnie, wzruszająco obronić. Miała w sobie zarówno wątek karykaturalny, jak i wzruszającą bezradność i niepokój człowieka, który nie jest do końca pojednany ze swoim życiem, a zwłaszcza z figurą, którą musi społecznie odgrywać – wskazał.

– Nie umiem sobie wyobrazić, że Janka nie będzie w tej dalszej przygodzie i nie umiem sobie wyobrazić kogoś, kto może go zastąpić. Wydaje mi się niezastąpiony – powiedział Krystian Lupa.

Mariusz Treliński: Jan Frycz miał w sobie poczucie nieograniczonej wolności

Jak ocenił w rozmowie z PAP reżyser i scenarzysta Mariusz Treliński, Jan Frycz miał w sobie poczucie nieograniczonej wolności. – W każdej roli szukał przekroczenia, rozbicia reguł i za każdym razem próbował wywrócić wszystko do góry nogami – dodał.

Jak zaznaczył w rozmowie z PAP Mariusz Treliński, Jan Frycz był mu bardzo bliski. – Zrobiliśmy wspólnie trzy filmy fabularne – „Pożegnanie jesieni”, gdzie grał główną rolę, później „Łagodną”, gdzie występował razem z Januszem Gajosem oraz „Egoistów”. Znaliśmy się w różnych momentach – i trudnych, i łatwych. My tak się lubiliśmy, że do siebie wracaliśmy – wspominał.

– Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to taka niepokojąca, krnąbrna osobowość Janka, który był bardzo trudną postacią w pracy. On dociskał, atakował i głośno się irytował. Przez to, że byliśmy naprawdę blisko, jakoś łatwo to przechodziłem. Rozumiałem to jako ewidentny sposób na szukanie jakości. On starał się wyplenić banał, głupotę, rzeczy zbyt łatwe i dokopać się do czegoś głębokiego – ocenił.

– Można tu ironizować i mówić, że tego rodzaju poszukiwanie jest poszukiwaniem czegoś niepotrzebnie trudnego, natomiast u Janka rzeczywiście zawsze chodziło o dokopanie się do sensu i znalezienie czegoś, co wyjdzie z banału – zaznaczył. – On miał w sobie wewnętrzne poczucie nieograniczonej wolności. W każdej roli szukał przekroczenia, szukał rozbicia reguł i za każdym razem próbował wywrócić wszystko do góry nogami – tłumaczył Treliński.

– Stawał na planie, a kiedy widział zagubienie w moich oczach, potrafił mówić: „No co? Jesteś reżyserem, to reżyseruj”. Bywał w danych momentach okrutny, ale też piękny. On mobilizował w sposób niesłychany – wspominał.

Jak ocenił Treliński, właśnie przez takie prowokacje Jan Frycz tworzył tak interesujące role. – Teraz do głowy przychodzą mi takie momenty, jak na przykład w operze „Sinobrody”. Janek grał postać, która mówiła po węgiersku. Walczył i uczył się z panią, która starała się go do tego przygotować. To była osoba starsza i bardzo elegancka. W trakcie nagrywania tej roli w studio Janek, widząc jakiś rodzaj napięcia w tej kobiecie, która go ciągle poprawiała, zaczął się rozbierać, prawie do majtek, i uderzać rękami w ścianę. W ten sposób starał się pobudzić. Takie były jego metody. Dla jednych dzikie, ale jak się go znało, to wiedziało się doskonale, że w tym jest coś pięknego i głębokiego – przyznał.

– Oczywiście, mówię to wszystko dlatego, że był moim bliskim przyjacielem, stąd takie wspomnienie. Najważniejsze jednak, że odszedł jeden z dwóch, obok Janusza Gajosa, największych polskich aktorów – podsumował.

Jerzy Radziwiłowicz o Janie Fryczu: To był wspaniały aktor, jeszcze ze starej gwardii

Odchodzi kolejny z kolegów, jeszcze ze starej gwardii. Znaliśmy się z teatru. Z Jankiem wiążą mi się jak najprzyjemniejsze wspomnienia. To był wspaniały aktor teatralny i filmowy – powiedział PAP aktor Jerzy Radziwiłowicz.

– To jest odejście kogoś, kto był w kręgu moich najbliższych kolegów. Trudno formułować jakieś sądy, pozostaje ogromna dziura – tak o zmarłym aktorze powiedział PAP Jerzy Radziwiłowicz. – Odchodzi kolejny z kolegów, jeszcze ze starej gwardii. Znaliśmy się z teatru. Z Jankiem wiążą mi się jak najprzyjemniejsze wspomnienia. To był wspaniały aktor teatralny i filmowy. Nie mówię o tym wyłącznie z punktu widzenia zawodowego, ale również jako obserwator – podkreślił Radziwiłowicz.

Jan Frycz w ostatnich latach zmagał się z ciężką chorobą, ale pozostawał aktywny zawodowo. – Wiadomość nie jest bardzo zaskakująca, ale jest oczywiście ogromnie przykra. Janek walczył z chorobą, do końca chciał grać, ale już był bardzo kruchy. Widziałem się z nim po raz ostatni przed wakacjami – wspominał Radziwiłowicz.

– Oczywiście muszę wspomnieć jego wspaniały głos, tak często i chętnie wykorzystywany w radiu. Zostaje kolejna wyrwa, pustka wokół nas – powiedział Radziwiłowicz.

Jan Frycz urodził się 15 maja 1954 r. w Krakowie. W 1978 r. został absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. W tym samym roku zadebiutował w „Damach i huzarach” wg Aleksandra Fredry w reż. Mikołaja Grabowskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Przez wiele lat był podporą Starego Teatru w Krakowie, grając m.in. w spektaklach Andrzeja Wajdy, Jerzego Jarockiego oraz Jerzego Grzegorzewskiego.

W ciągu ostatnich 50 lat Jan Frycz wystąpił również w ponad stu filmach i serialach telewizyjnych.

Choć w ostatnich latach zmagał się z ciężką chorobą, pozostawał aktywny zawodowo. W ubiegłym tygodniu rozpoczął próby do „Orestei” w reżyserii Luka Percevala.

Jan Klata o Janie Fryczu: Teatr Narodowy traci jednego ze swoich liderów

Teatr Narodowy traci jednego z liderów i jest to wielki cios. W przygotowaniu była premiera „Orestei” w reżyserii Luka Percevala. Jan Frycz do ostatniej chwili brał udział w próbach – powiedział PAP dyrektor warszawskiej narodowej sceny, reżyser Jan Klata.

Jan Klata nazwał Jana Frycza jednym z największych artystów scen polskich ostatnich dekad. Według niego aktor stawiał sobie niezwykłe wymagania w starciu z wielkimi tekstami i najważniejszymi reżyserami.

– Mogę to powiedzieć, również jako widz spektakli krakowskiego Starego Teatru i jego wcześniejszych dokonań aktorskich w przedstawieniach Krystiana Lupy – jego wielką, fenomenalną rolą był August Esch w „Lunatykach” Brocha – przypomniał Klata. Zaznaczył, że Frycz grał także w spektaklach Jerzego Jarockiego m.in. w „Śnie srebrnym Salomei”, a później stał się jednym z najważniejszych aktorów Teatru Narodowego w Warszawie.

Podkreślił, że Jan Frycz miał również awangardowe oblicze. – Z jednej strony potrafił w sposób mistrzowski operować klasycznym warsztatem, posługując się najtrudniejszym, najbardziej wyrafinowanym słowem, frazą Słowackiego, a z drugiej – wyznaczał nowe ścieżki teatrów, bardzo awangardowych w poczynaniach, w spektaklach według sztuk Bogusława Schaeffera z Mikołajem Grabowskim, Janem Peszkiem i Andrzejem Grabowskim – mówił. – To był aktor, który potrafił absolutnie wszystko – dodał.

– Miałem szczęście pracować z nim przy okazji „Termopil polskich”, gdzie wspaniale zagrał króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Miałem wtedy okazję zobaczyć, jaka to jest magnetyczna osobowość, ale też jak znakomicie działa na zespół, na wszystkich artystów wokół – powiedział szef Narodowego. Zaznaczył, że widział wówczas głód perfekcji scenicznej u aktora, a jednocześnie „wielką pokorę wobec tekstu i zadań aktorskich”.

Jak podkreślił Jan Klata, śmierć Jana Frycza jest niepowetowaną stratą dla Teatru Narodowego. - Teatr Narodowy traci jednego z liderów i jest to wielki cios. W przygotowaniu była premiera „Orestei” w reżyserii Luka Percevala, gdzie Jan Frycz do ostatniej chwili, jeszcze w zeszłym tygodniu, brał udział w próbach – mówił. Dodał, że doszło do przerwania misji wielkiego aktora.

Politycy i ludzie kultury żegnają Jana Frycza: był esencją aktorstwa, Krakowa i życia

Politycy, ludzie kultury i przyjaciele żegnają zmarłego Jana Frycza, aktora filmowego i teatralnego. „Był dla mnie esencją aktorstwa, Krakowa, życia” – napisał Borys Szyc. Ministra kultury Marta Cienkowska oceniła, że artysta „potrafił jednym spojrzeniem, głosem, pauzą nadać postaci życie”.

Jan Frycz zmarł 15 sierpnia w wieku 72 lat. Informację o śmierci artysty opublikowano na profilu narodowej sceny na Facebooku.

Frycza pożegnał w osobistym wpisie na Instagramie Borys Szyc. „Mogę powiedzieć, że po prostu go kochałem. Uwielbiałem na pewno. Nikt mnie tak nie rozśmieszał, nikt tak nie rozkładał roli na części mniejsze i najmniejsze, szukając głębszego sensu we wszystkim. Nikt nie śmiał się tak łobuzersko, ciągle było w nim widać młodego chłopaka… Mam tyle wspólnych wspomnień, szalonych, pięknych, niektórych kompletnie abstrakcyjnych. Jak wtedy, kiedy lataliśmy modelem helikoptera po korytarzach hotelu, stojąc prawie nago w środku nocy i pękając ze śmiechu. Był dla mnie esencją aktorstwa, esencją Krakowa, esencją życia. Zawsze osobny, a pragnący bliskości. Ależ będę tęsknił, Janek” – czytamy.

Wspomnieniem o zmarłym artyście podzielił się również Jakub Żulczyk. Frycz zagrał gangstera Dario w serialu na podstawie powieści pisarza „Ślepnąc od świateł”.

„Panie Janku. To bardzo dziwne, że spotkaliśmy się raptem parę razy. Nie powiedziałem panu w trakcie tych spotkań, ile panu zawdzięczam. Byłem pewien, że spotkamy się jeszcze wielokrotnie. Nigdy nie można być pewnym. Wziął pan sobie postać, którą napisałem, i przekształcił ją, przeformował w coś ponadczasowego. Dziękuję panu. Nie zawiodę. Obiecuję. La luce etterna” – napisał Żulczyk.

Małgorzata Kożuchowska napisała na Instagramie, że „to nieprawda, że nie ma ludzi niezastąpionych!”. „Jana Frycza nie da się zastąpić. Był absolutnie wyjątkowy. Wybitny. Przenikliwie inteligentny, obdarzony wielkim talentem wnikania w dusze swoich bohaterów. Zawsze szukał głębiej, wnikliwiej, zaskakująco celnie. Praca z nim była fascynująca. Inspirował, pobudzał do myślenia, czasem onieśmielał, ale chciało się dotrzymać mu kroku! Marzyłam, żeby spotkać się z nim w pracy. I stało się! Jarocki obsadził nas w »Miłości na Krymie«. Janek grał Zachedryńskiego, ja Tatianę. Uwielbiałam to!” – zaznaczyła Kożuchowska.

Przyznała, że uwielbiała jego poczucie humoru, autoironię, dystans. „To jak opowiadał, jak się śmiał, jak patrzył trochę z ukosa. Ostatni raz spotkaliśmy się przypadkiem pod teatrem i, jak zawsze, nie było to przelotne spotkanie, znowu zatrzymaliśmy się, żeby porozmawiać! Obok Janka nie można było po prostu przejść, trzeba się było/chciało się zatrzymać. Gdybym wiedziała, że był to ostatni raz... Janku, będę za Tobą tęsknić. Już tęsknię” – podkreśliła.

Aktora pożegnał również Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, w którego zespole Frycz grał 17 lat – od 1989 do 2006 r.

„Przez wielu krytyków uważany jest za jednego z najwybitniejszych aktorów swojego pokolenia. Doskonały zarówno w rolach komediowych, jak i dramatycznych, klasycznych, jak i awangardowych” – napisał teatr we wpisie opublikowanym w mediach społecznościowych.

Do najwybitniejszych ról scena zaliczyła m.in. Michała Astrowa w „Wujaszku Wani. Scenach z życia ziemian” A. Czechowa w reż. Rudolfa Zioło (1993) zwróciła uwagę także na podwójną rolę Witkacego i Walpurga w autorskiej inscenizacji Jerzego Jarockiego „Grzebanie” (na podstawie Witkacego) w 1996 r.

„Aktorowi udało się uczynić wielki walor ze swej fizyczności. Zdecydowanie przystojny urodą »amanta«, chłopięco ujmujący – potrafił w zależności od wymogów spektaklu walorami zewnętrznymi uzupełniać bądź kontrapunktować psychologiczny obraz granej postaci, osiągając często – zamierzony – efekt diaboliczny bądź komediowy, jak na przykład w przedstawieniu »Krakowskie kabarety XX wieku«, przygotowanym przez Stanisława Tyma i Krzysztofa Maternę (2003)” – wskazał NST.

Do pożegnań dołączyli również politycy, m.in. ministra kultury i dziedzictwa narodowego Marta Cienkowska. „Zmarł Jan Frycz. I mam dziś poczucie, że razem z nim żegnamy wielu ludzi, których nam stworzył. Daria ze »Ślepnąc od świateł«, Siemiana z »Pornografii«, Andrzeja Winklera z »Pręgów«, Jurka z »Tam i z powrotem«” – napisała na platformie X Cienkowska.

Oceniła, że „tak właśnie poznaje się wielkiego aktora – kiedy jego bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem i zostają z nami na lata”. Podkreśliła, że „Frycz miał ten rzadki dar; potrafił jednym spojrzeniem, głosem, pauzą nadać postaci życie”.

„Dziękuję, panie Janie, za wszystkie spotkania z pana aktorstwem. Za role, których nie da się zapomnieć. Rodzinie, bliskim i całemu środowisku aktorskiemu składam wyrazy głębokiego współczucia” – dodała.

Europoseł KO, były minister kultury Bogdan Zdrojewski, przypomniał, że Frycz „debiutował dokładnie 50 lat temu”. „Aktor reżyserów gigantów Jarockiego, Kutza, Lupy. Jan Frycz niestety nie żyje. Był ważną postacią i Teatru Starego w Krakowie i Narodowego w Warszawie. Fantastyczne rzemiosło. Powaga traktowania zawodu. Odwaga w podejmowaniu ról niezwykle trudnych, wymagających. Znakomity w długich, żmudnych, ambitnych monologach. Bogata filmoteka, role w teatrach, w tym tych rejestrowanych dla TVP. Żal” – podkreślił. 

Źródło:

PAP

Sprawdź także