01.02.2021, 08:26 Wersja do druku

Łódzka soczewka

Skoro pytasz, Droga Madeleine, o życie teatralne w Łodzi, to spieszę Ci przekazać, że poprzedni rok minął nam pod znakiem rozmaitych konkursów w teatrach dramatycznych. Pisowski Zarząd Urzędu Marszałkowskiego zdecydował się na odwołanie dyrektora Teatru im. Stefana Jaracza, czyli Waldemara Zawodzińskiego i wbrew protestom środowiska to także uczynił. Nowego dyrektora postanowiono wyłonić w drodze konkursu, do którego stanęło sześciu kandydatów. Najpoważniejszym z nich był bez wątpienia profesor Mariusz Grzegorzek, reżyser od lat związany z tą sceną, który właśnie jako rektor zakończył drugą kadencję urzędowania w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi (obecnie godność tę sprawuje pani profesor Milenia Fiedler). W szranki z byłym rektorem stanęli – wymienię ich w porządku alfabetycznym: aktor Michał Chorosiński, trzej reżyserzy z dyrektorskim doświadczeniem, czyli Gabriel Gietzky, Jerzy Lach i Adam Sroka, oraz teatrolog Konrad Szczebiot. Konkurs zakończył się fiaskiem, jako że żaden z kandydatów nie otrzymał bezwzględnej większości głosów. Pan Chorosiński uzbierał ich cztery, a profesor Grzegorzek – trzy, co muszę przyznać było wynikiem nader zaskakującym. W patowej sytuacji odpowiedzialność za nominację nowego dyrektora postanowił wziąć marszałek województwa łódzkiego Grzegorz Schreiber, który objęcie teatru zaproponował Marcinowi Hycnarowi. Pomysł ten wydaje mi się niezwykle trafny, jako że w ten sposób łódzki teatr pozyskał na kierownicze stanowisko wyjątkowo uzdolnionego aktora i reżysera, który zresztą jako dyrektor artystyczny Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie zdołał pokazać, jak interesującą scenę potrafi prowadzić.

Dwa konkursy odbyły się z kolei w znajdującym się pod opieką miasta (a więc w domenie wpływów Platformy Obywatelskiej) Teatrze Nowym im. Kazimierza Dejmka. Do pierwszego z nich stanęli jedynie dotychczasowy dyrektor naczelny Krzysztof Dudek oraz reżyser Remigiusz Caban, który jakieś trzydzieści lat temu kierował Działem Literackim tego teatru. Powołana do wyłonienia nowego dyrektora komisja nie wskazała wówczas zwycięzcy, toteż konkurs powtórzono. Na stronie Urzędu Miasta Łodzi nie znalazłem komunikatu o decyzji tej drugiej komisji, toteż muszę się wspierać informacjami wyczytanymi w „Gazecie Wyborczej”, według której wymagane do zwycięstwa pięć głosów otrzymała pani Dorota Ignatjew, poprzednio dyrektorka Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, jednego zaś głosu zabrakło do zwycięstwa profesorowi Mariuszowi Grzegorzkowi (oprócz tej dwójki kandydowali jeszcze: dyrektor Dudek i reżyser Ryszard Adamski).

Z tego co pamiętam, w zeszłym roku zakończyła się również kadencja pani dyrektor Ewy Pilawskiej kierującej Teatrem Powszechnym, który podlega łódzkiemu ratuszowi. Pani prezydent postanowiła jednak zrezygnować z formuły konkursowej i samowładnie przedłużyć okres urzędowania dotychczasowej dyrektorki.

Tyle suche fakty, a teraz, Droga Madeleine, chyba pora na jakiś komentarz. Przede wszystkim we wszystkich trzech opisanych przypadkach trudno ukryć, że finał jest nader zaskakujący. Kiedy redaktor Łukasz Drewniak w opublikowanym na łamach „Teatralnego.pl” felietonie Wyjątkowo krótki kołonotatnik… postanowił zabawić się czy to we wróżbitę, czy może raczej w personalnego, podzielił się z czytelnikami przekonaniem, że „dyrektorem Jaracza zostanie były rektor filmówki Mariusz Grzegorzek, a zwolniony z Jaracza Waldemar Zawodziński weźmie dyrekcję Teatru Nowego”. Nietrafione proroctwa „wróżbity Łukasza” można by skomentować w formie żartobliwej, gdyby nie fakt, że odrzucenie kandydatury profesora Grzegorzka było wydarzeniem naprawdę zdumiewającym, na co komentatorzy życia teatralnego słusznie zresztą zwrócili uwagę. Może tylko szkoda, że zabrakło im odwagi, aby zmierzyć się z pytaniem, dlaczego w konkursie odrzucono również drugiego z prowadzących kandydatów, czyli pana Chorosińskiego, tudzież czemu nie został on nominowany przez pisowskiego marszałka? Pytaniem dość frapującym, skoro wiadomo , iż żona przywołanego kandydata jest nie tylko aktorką, ale i posłanką Prawa i Sprawiedliwości. Odpowiedź zapewne nie jest przesadnie skomplikowana. W nierozstrzygniętym konkursie zwyciężyły po prostu demokratyczne procedury, a przy obsadzaniu dyrektorskiego stanowiska marszałek Schreiber słusznie postanowił pokierować się nie politycznymi sympatiami, ale względami ściśle merytorycznymi.

Tak jak nie zaskoczyło mnie oburzenie środowiska w związku z odrzuceniem kandydatury profesora Grzegorzka w konkursie na dyrekcję Teatru Jaracza, tak zaskoczyło mnie środowiskowe milczenie przy odrzuceniu tej samej kandydatury w konkursie na dyrekcję Teatru Nowego. Z całym szacunkiem do pani Ignatjew, pozostaję przy przekonaniu, że w obydwu konkursach, to właśnie Mariusz Grzegorzek był najlepszym z kandydatów. Jak się stało, że komisja wybrała eks-dyrektorkę lubelskiego teatru zamiast łódzkiego reżysera mającego doświadczenie w kierowaniu słynną Szkołą Filmową nie wiem, ale mam poważne obawy, że tym razem na wyniku konkursu zaciążyła polityka. Pamiętam bowiem, jak wielkie było rozgoryczenie najgłośniejszych przedstawicieli naszego środowiska, gdy komisja konkursowa mająca za zadanie wyłonić dyrektora Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie nie udzieliła rekomendacji kierującej wówczas tym teatrem pani Ignatjew. A że lubelski teatr podlega pisowskiemu urzędowi marszałkowskiemu, nietrudno było z eks-dyrektorki zrobić świętą męczennicę…

Na pytanie, jak odnoszę się do nominacji pani Ignatjew na dyrektorkę Teatru Nowego w Łodzi, wypada mi, Droga Madeleine, odpowiedzieć, że z nadzieją, iż dobrze będzie kierowała tą sceną, która w przeszłości miała niejedną wspaniałą kartę. O lubelskich rządach nowej pani dyrektor słyszałem i bardzo dobre, i bardzo złe opinie, a zrealizowane za jej dyrekcji spektakle oceniam bardzo różnie. Goszcząc w Lublinie, miałem bowiem okazję obejrzeć i tak przeciętne realizacje, jak Świętoszek w reżyserii Remigiusza Brzyka, i tak wybitne, jak Nad Niemnem w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego. W sprawie łódzkiej dyrekcji pani Ignatjew nie jestem więc, ani entuzjastą, ani sceptykiem. Po prostu jako widz tego teatru, od którego piechotą dzieli mnie zaledwie dziesięć minut, daję nowej pryncypałce kredyt zaufania.

To, co natomiast chciałem skomentować, to podwójne standardy moralne niektórych moich kolegów, którzy potrafią głośno krzyczeć tylko wtedy, gdy wybitny twórca zostaje utrącony w konkursie zorganizowanym przez władze pisowskie, a potulnie milczą, gdy jego ewidentnie lepsza kandydatura przegrywa w konkursie przygotowanym przez władze związane z Platformą Obywatelską. (Przypomnij mi, Droga Madeleine: Wasz rzeczownik l’hypocrisie na polski tłumaczy się jako hipokryzja?)

Aby z kolei skomentować dożywotnią już chyba dyrekcję pani Ewy Pilawskiej w Teatrze Powszechnym w Łodzi, to już niestety nie starcza mi siły. Gdyby kierowana przez nią scena była przynajmniej w jednej czwartej tak dobra, jak prowadzony równie długo przez dyrektora Jacka Głomba legnicki Teatr im. Heleny Modrzejewskiej, to oczywiście codziennie mógłbym składać niebiosom dziękczynienie. Kłopot jednak w tym, że łódzki Powszechny po ćwierćwieczu rządów pani Pilawskiej jest placówką nader słabą. Naprawdę niebudzącym wątpliwości osiągnięciem pani dyrektor jest stworzenie Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych, dzięki któremu możemy w Łodzi oglądać spektakle przywożone z innych ośrodków, z reguły kontrastujące z produkcją Powszechnego. Oczywiście i na scenie zarządzanej przez panią dyrektor zdarzają się cuda, że przywołam tu chociażby Szkołę żon Janusza Wiśniewskiego, czy też Ferragosto Adama Orzechowskiego. Nie zmienia to jednak faktu, że większość tutejszych przedstawień jest aż nazbyt przeciętna… A zasłanianie się popularnym profilem teatru wydaje mi się niepoważne. Jest rzeczą wiadomą, że sceny popularne miewają nieprzeciętne walory artystyczne i może nad tym paradoksem pani Pilawska powinna się nieco zastanowić.

Biorąc pod uwagę to wszystko, trudno będzie odpowiedzieć na pytanie, czemu związana z Platformą pani prezydent Łodzi nie zdecydowała się na przeprowadzenie demokratycznej procedury konkursu i skonfrontowanie dyrektorskich kompetencji pani Pilawskiej z programami, które mogliby zgłosić inni kandydaci. Zależność pomiędzy prezydent Hanną Zdanowską a dyrektor Ewą Pilawską musi pozostać dla zwykłego śmiertelnika wielce tajemnicza i z pewnością nie jestem predestynowany do jej przeniknięcia. W całej sprawie znowuż zaskakuje mnie tylko milczenie przodowników naszego środowiskowego chóru wobec praktyk łódzkiego ratusza. (Przypomnij mi, Droga Madeleine, l’hypocrisie można przetłumaczyć również jako dwulicowość?)

Pora zmierzać do podsumowania tego listu, który stanowi skromną próbę odpowiedzi na Twoje pytanie, co nowego w łódzkich teatrach. Jak widzisz, każda z trzech historii jest na swój sposób pasjonująca, ale każda z nich ma odmienny finał. Historia z łódzkim Teatrem Jaracza zakończyła się w sposób, jak sądzę, szczęśliwy, historia konkursu w Teatrze Nowym ma póki co trudne do ocenienia zakończenie, a opowieść o dyrekcji pani Pilawskiej zdaje się po prostu nie mieć końca.

Tytuł oryginalny

Łódzka soczewka

Źródło:

Teatrologia.pl

Link do źródła

Autor:

Patryk Kencki

Data:

01.02.2021

Wątki tematyczne