„Udręka życia” Hanocha Levina w reż. Michała Piotrowskiego w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Pisze Wojciech Lipowski w magazynie „Śląsk”.
29 maja 2026 w Teatrze Śląskim w Katowicach miała miejsce premiera spektaklu „Udręka życia” – dramatu Hanocha Levina w reżyserii Michała Piotrowskiego. Na scenie wystąpili mistrzowie katowickiej sceny – Bogumiła Murzyńska, Jerzy Głybin i Andrzej Warcaba. Publika mogła obejrzeć kameralny egzystencjalny dramat z wyrazistymi portretami psychologicznymi postaci w konwencji realistycznej, okraszonej sporą dawką humoru.
Warta przypomnienia jest postać autora dramatu. Hanoch Levin (1943 – 1999), uznawany za jednego z najwybitniejszych twórców izraelskich, jest wystawiany w polskich teatrach od lat. Ma spory i doceniany dorobek dramaturgiczny. Pozostawił po sobie 56 dramatów, dwa tomy prozy, utwory satyryczne i poezje. Zadebiutował jako reżyser w 1972 roku, w mieszczącym się w Tel Awiwie Teatrze Cameri, najważniejszej ze scen Izraela, znaną sztuką Jakobi i Leidental. Niewiele mówił o sobie, rzadko udzielał wywiadów, wiemy o nim tyle, ile wypowiedział w swojej twórczości. Wychowywał się w żydowskiej rodzinie ortodoksyjnej, mieszkając w biednej dzielnicy Tel Awiwu, ale szybko porzucił ortodoksyjny tryb życia. Studiował filozofię i literaturę hebrajską. Co znamienne, czasem bohaterom nadawał imiona w języku jidysz, które miały swoje znaczenie i charakteryzowały daną postać. Większość jego dramatów została zrealizowana na scenach w Izraelu i poza nim, otrzymując wiele ważnych nagród. Wśród sztuk Levina znajdziemy teksty polityczne, biblijne, komedie, dramaty rodzinne. Najbardziej znane to Krum (1975), Męki Hioba (1981), Trud życia (1989), Dziwka z Ohio (1997) czy Morderstwo (1997). Levin uważany był za teatralnego buntownika, eksperymentatora, który żongluje stylami i konwencjami teatralnymi, wielokrotnie jego teksty wywoływały sprzeciw odbiorców ze względu na ekscentryczne czy obrazoburcze treści. Dzisiaj jego sztuki obecne są w teatrach na całym świecie. Jedną z popularniejszych w naszym kraju jest właśnie „Udręka życia”.
Światło w pokoju paliło się całą noc. Uchylone okno, przez które wpadał delikatny powiew wiatru, widoczne było z daleka, wabiło spóźnionych przechodniów, jeśli przechodzili nocną porą pod domem Jona i Lewiwy Popochów. Wewnątrz gęstniało od żalu i rozpaczy, jak to bywa, gdy chce się wyrzucić z siebie pretensje, poskarżyć kolejnej pustej nocy na zmarnowane życie, niespełnienia, troski, obojętny, upływający czas, przesypujące się przez palce dni niby ze sobą, ale właściwie obok siebie. Gdzie podziały się tamte dobre lata, dlaczego minęły bezpowrotnie, pozostawiając dojmujące trwanie? Pytania są zbędne; zostały dawno postawione, udzielono już na nie wyczerpujących odpowiedzi. Teraz wielki chłód ogarnął wszystko, dogasł żar. Gdzieś tam jedno z Popochów wyzna bez ogródek: „wybraliśmy jedno drugiego, bo byliśmy zmuszeni” i dalej „nie ma tu żadnej miłości, to tylko strach przed byciem samym w nocy” I zjawiliśmy się pośród tej egzystencjalnej nędzy usadowionej między wygniecionym łóżkiem, co przypomina katafalk, a starą lodówką i nędzną kuchnią, by przeczytać na nowo „Udrękę życia” Hanocha Levina, wyreżyserowaną starannie w Teatrze Śląskim przez Michała Piotrowskiego (tłumaczenie Agnieszki Olek), zamieszać w tyglu spraw tam zmieszczonych, raz jeszcze podążyć za historią małżeństwa, które nie śpi nocą bojąc się, że śmierć zapuka do drzwi zabierając miłosne zawody, strach i samotność.
Człowieczy los wobec upływu czasu, przemijania, to główna oś kompozycji tekstu Levina. Michał Piotrowski podążył, jak się zdaje, drogą pytań o sens życia coraz bardziej wypalonego, jałowego, zmiętego przez codzienność, w którym jednak tli się jeszcze nadzieja, aczkolwiek coraz mniej widoczna dla bohaterów. Posklejał z fragmentów ludzkich doświadczeń codzienność, co nie chce już wyzwolić się z przeszłości, choć ta przemknęła w przypadku małżeństwa Popochów bezpowrotnie. Czytamy tu dramat Levina blisko spraw pospolitych i zwykłych. Stajemy zdumieni, patrząc na nocne, czasem zabawne, potyczki Lewiwy i Jona, bo pokazali nam swoje „bydlęce życie” w całej krasie, wyjęczeli skargę o smutnej, samotnej egzystencji, ale jedynej, jaką mają. Później pojawi się jej figura w postaci równie pogubionego Gunkela, który zapuka w środku nocy do drzwi ich mieszkania. Do tego jeszcze wrócimy.
W tych przejmujących fragmentach „Udręki życia”, gdy sięgamy już dna bytu, odkrywamy nagle, co jest częstym zabiegiem tego autora, pokłady humoru. Może ten chwyt trzyma na uwięzi rozedrgane emocje i nie pozwala, aby zerwały cumy, dzięki którym możliwa staje się świadoma własnych ograniczeń teraźniejszość. Wydaje się, że problem Popochów polega na tym, że bagaż, który niosą przez życie, jest coraz cięższy, bowiem przeoczyli, że pamięć to sprawne narzędzie tylko wtedy, gdy wyrzuci się z niej większość tego, co już się wydarzyło. Poza tym wszelkie pretensje do świata biorą się u nich z przekonania o bezcelowości egzystencji, która została rozpięta w dramacie między ciągłą mistyfikacją a dojmującym bytowaniem, bezwzględną fizjologią a ludzkim lękiem przed śmiercią. Obaj wiedzą, że innego życia już nie będzie, a świat i prawdziwe życie są gdzie indziej. W związku z tym potrzebni są już tylko sobie, by zaświadczać o własnych porażkach i rozpaczy. Smutny jest świat postaci z tej oraz innych sztuk Hanocha Levina. Popochowie uzupełniają tutaj potężny korowód „duchowych karłów” i „kurdupli dusz”, jaki zaludnia świat jego dzieł, ale przecież nie oznacza to, że nie ma stamtąd ucieczki.
Nietrudno zauważyć, że interpretowany tutaj związek dwojga ludzi, zmierza do niemożliwego powtórzenia, co otwiera pole późniejszych konstatacji dotyczących płynącego szybko strumienia minionej rzeczywistości. Lewiwa i Jona, opowiadając własną historię, oprowadzają widzów po obrazach ułomnej pamięci zdeformowanych przez wyobraźnię. Jednak na plan pierwszy wysuwa się bezlitosna fizjologia. Żonę Jona kaleczą i ranią, podobnie jak nas wszystkich, co rusz wypowiadane z pogardliwym uśmiechem inwektywy w rodzaju „przyglądam się tobie i chce mi się rzygać” w innym miejscu „jak śmierdząca zepsuta ryba rozłożyłaś mi się w brzuchu” i nie chodzi o to, że ironiczne określenie wspomnianego Gunkla „szczęśliwa para” wybrzmię-wa w końcu pośród nocnej ciszy, ale, że już tylko w ten sposób mogą oni wyrazić swój sprzeciw, reakcję na wiat pozbawioną skrupułów i konwenansów. Można zapytać, po co te strzały z ostrej amunicji? Po co skatologiczna, błazeńska dosadność? Może wywołuje ją potrzeba autorefleksji? Jona po prostu czuje, że jego dyspozycje umysłowe oraz fizyczne są na wyczerpaniu, stąd bunt i agresja wobec żony maskują poczucie niespełnienia, dopadła go starość. Szczerość u Levina wymaga dosadności, bo wtedy działa i trafia do odbiorcy. Inaczej, prawda o człowieku możliwa jest tutaj, co niektórych przyprawi o ból głowy, w sytuacji do bólu mocnej reakcji na otaczający świat, a ta nie może się obyć bez odważnej, celnej ironii, chroniącej przed absurdem bytowania na krawędzi przepaści. Hanoch Levin jest wszak ironistą, genialnym, nieposłusznym, prawdziwym.
W „Udręce życia” Michała Piotrowskiego wystąpili mistrzowie katowickiej sceny: Bogumiła Murzyńska, Jerzy Głybin i Andrzej Warcaba. Jonę i Lewiwę zagrali aktorzy, którzy prywatnie są małżeństwem z pięćdziesięcioletnim stażem. Ale przestrzegamy, by dramat rodzinny Levina interpretować w tym ujęciu. Nikt tu nie gra życia, choć nikt też nie uwierzy, że osobiste emocje i doświadczenia nie płyną cicho podziemnymi arteriami tego spektaklu, bo chyba inaczej być nie może. Jakie role, interpretacje postaci zaprezentowali nam aktorzy o tak ogromnym doświadczeniu scenicznym?
Bogumiła Murzyńska pokazała potężną siłę kobiecości, która niemal w każdym momencie łagodzi przeciwności, obniża temperaturę emocji nocnych rozmów z mężem, wciąż wierzy w miłość. Podziwiam mistrzowską grę emocjami, stopniowanie napięcia, wielki spokój, który na moment zatrzymuje wrzenie świata. Wie, że czas ją pokonał i ograniczył możliwości, że ugrzęzła w marazmie, ale z dumą i godnością przyjmuje ciosy ze strony losu. Pomimo tego, że wydaje się uległa mężowi i znosi obelgi, czeka na swój moment, gdy dokona w jego obecności bolesnej rekapitulacji życia, dochodząc do wniosku, że nie zdarzyło się w nim nic wzniosłego, ale nie oznacza to, że było pozbawione wartości. Jerzy Głybin poprowadził swojego Jonę skrajem przepaści. Aż dziwne, że w rozedrganych tyradach nie potknął się i nie runął za swym bohaterem w otchłań. To rola opracowana w najdrobniejszych szczegółach. Szarpanina i pozorny chaos, kontrolowane w stu procentach, gdy za plecami wyrzut sumienia, „kobieta zawieszona nad głową” i niespełnione życie. Głybin porządnie wygrał potrzebne tony w koncercie pychy, ironii, bezwzględności, ale też dziwnej kruchości, strachu, gdy wykrzykuje w stronę uchylonego okna skargi do świata. Obie role zostaną zapamiętane, bo rzadko już doświadcza się podobnej szczerości w nazywaniu uczuć, budowaniu międzyludzkich relacji, opisywaniu nieziszczalnej idei ludzkiej spełnionej egzystencji.
Andrzej Warcaba jako Gunkiel pięknie stworzył figurę smutku, personifikację ludzkiej udręki i porażającej samotności. Zapukał do drzwi i, gdy wszedł, od razu opisał cały zapyziały świat Popochów. Warcaba zagrał przejmująco poniżenie, jakieś żałosne umizgi do dwojga starych ludzi, a w rzeczywistości żebraninę o ludzką uwagę, ciepło. Nie można zapomnieć tej postaci, która miota się bezładnie po małżeńskim łożu, wnosząc też sporo humoru swoim zachowaniem, ale jednak pozostawiając poczucie, że ten pożałowania godny klaun pojawił się nagle pośród nocy tylko po to, by z hukiem wrócić do swojej pustki istnienia. Pomógł jednak małżonkom zachować równowagę, wzmocnić się i przejrzeć w cudzym nieszczęściu.
Obejrzeliśmy kameralny egzystencjalny dramat z wyrazistymi portretami psychologicznymi postaci, w konwencji realistycznej, okraszonej sporą dawką humoru, czyli wszystko w duchu Levinowskim. I choć nic w tamtym świecie już nie wróci do stanu wcześniejszej harmonii, to przecież dotknęliśmy jakiejś ważnej części ludzkiego losu, sensu życia, smutku przemijania. Nocny wiatr, który łagodnie poruszał firanki w uchylonym oknie Popochów, może obudził w niektórych jakieś obumarłe dawno doświadczenia i przypadkiem przywrócił wiarę w uzdrawiającą moc miłości.