EN
12.01.2022, 12:17 Wersja do druku

Lecę ku szczęściu, nikt mnie nie wyprzedzi!

Taki właśnie tytuł nadał Sławomir Gowin relacji z premiery „Romea i Julii” w Teatrze Lubuskim w Zielonej Górze, która miała miejsce 8 marca 1992 roku. To był cytat, kwestia tytułowej bohaterki, którą grała Ewa Sikora – aktorka lalkarka, mająca ogromną tremę (jak się później okazało – zupełnie niepotrzebnie) przed podjęciem tak ogromnego zadania „w dramacie”. Dla reżysera zaś ten spektakl był istnym wybuchem entuzjazmu i miłości dla zielonogórskiego przybytku Melpomeny. Pisze Waldemar Matuszewski.

fot. archiwum Lubuskiego Teatru

Ta relacja Sławomira Gowina, zamieszczona na łamach „Gazety Nowej” (nr 67, 3-5 kwietnia 1992 r.) wpadła mi w ręce w związku z jubileuszowym remanentem moich zasobów archiwalnych – wszak mój pierwszy w życiu teatr obchodzi właśnie 70. urodziny. W 1992 mijał rok od objęcia dyrekcji w Lubuskim i już wtedy można było zorientować się, że ten okres dla Teatru Lubuskiego to „szczęsny czas”. Czy mogło być inaczej? Wojewodą, któremu Teatr podlegał był dr Jarosław Barańczak – o ścisłym wykształceniu, ale w duszy – poeta, kuzyn innego poety - Stanisława Barańczaka, tłumacza „Romea i Juli”… 

Wszystko w Zielonej Górze układało się tak pięknie, jak tylko artysta może sobie wymarzyć. Wielkim moim dyrekcyjnym wsparciem był aktor Jan Tomaszewicz (obsadzony w roli dyrektora-menadżera), byliśmy szczęśliwym duetem dyrektorskim. Wszystko nam sprzyjało, niosła nas miłość do Teatru i do pracy w Monte Verde. Pierwszy raz reżyserowałem Szekspira.

„Spektakl ten poświęcam pamięci Wielkiego Aktora, mojego Mistrza i Nauczyciela – profesora Tadeusza Łomnickiego. Reżyser” – widniało w programie. Premiera miała miejsce w dwa tygodnie po śmierci Mistrza na scenie poznańskiego Teatru Nowego…

Scalone w obsadzie „Romea i Julii” zespoły obu scen Teatru Lubuskiego – lalkowej i dramatycznej – stworzyły nowy potencjał aktorski. „Cud, traf, prawo, sen, smak rządzą spektaklem Waldemara Matuszewskiego” – pisze Sławomir Gowin, wówczas dziennikarz „Nowej”, ale i (przede wszystkim) poeta, jak obydwaj wyżej wymienieni Jarosław i Stanisław Barańczakowie. Jakaś dobra energia, nasz entuzjazm rozlały się na scenie i wokół niej, było to dla Teatru „pospolite ruszenie”.

Warto przypomnieć choć kilka nazwisk z zielonogórskiej obsady – posługując się właśnie słowami z premierowej relacji dziennikarza-poety. 

Ewa Sikora – Julia, z Capulettich. W ubóstwie scenografii Dariusza Kunowskiego. W przepychu wydarzeń wpadających z coraz to innej kulisy zdawała się stąpać jak po ostrym dywanie. A jednak właśnie w tym ruchu, w tej Julii podszytej Ofelią, w tej Ofelii uszlachetnionej Julią była jedna „z tych młodych dziewcząt, leżących na wznak, które Mab, królowa wróżek dusi przez sen, zawczasu ucząc je sztuki znoszenia ciężaru, potrzebnej, by stać się kobietą” – jak rzekłby Merkucjo (Ryszard Faron). 

Kiedy Wojtek Czarnota podał Julii dłoń Romea, zanurzył usta we wnętrzu jej dłoni, ujawnił całe piękno grzechu, odkrył tajemnicę ciała cudownie zniewolonego.

Romeo był wtedy tylko „pąkiem od wewnątrz zżartym przez czerwia” aby wreszcie dłonią Julii „rozchylić płatki i czar swój ofiarować słońcu”. Tak narodził się „piękny pozór mężczyzny” – trawestując słowa ojca Laurentego (Zdzisław Grudzień).

Romeo prowadzi Julię - ”po nici babiego lata” – ku tajemnicy. „Ku czemuś co pozwala nam żyć, a nie tylko rozumieć Życie”. Tajemnicę zna pani Capuletti, wodząca spojrzeniem Elżbieta Donimirska ponad życiem Werony. Wpatrzona to w swoją wydrążoną nudą kobiecość, to znów w swoja ludzkość, wypełnioną pragnieniem namiętności.

fot. archiwum Lubuskiego Teatru

Zna te tajemnicę i rubaszna Marta, uradowana biustem Iwony Kotzur. Wypełniona po brzegi urokiem ludzkiego ciała jest jak kamień, który nie oddał się nigdy dłoni artysty większego niż żądza.

Tajemnica grzechocze we łbie sługi Piotra. Krokiem Wojciecha Deneki, hipercielesny zatacza wraz z innymi mieszkańcami Werony jeszcze jeden krąg piekła zwyrodniałej namiętności. Werona wytycza granice miłości.

Granice „wygranej w tej grze”. Uczy „jak przegrać grę”. I Parys, spleciony z dumy i pożądania przez Janusza Młyńskiego mówiąc „te oczy i ta twarz należą do mnie” wygłasza sentencję wyroku.

Tyle z relacji poety Gowina. Lista obsadowa jest bardzo długa – i nazwisk wartych pamięci jest znacznie więcej: Tatiana Kołodziejska – pani Montecchi, Sławomir Krzywiźniak – zadziorny Tybalt, gościnnie Grzegorz Pawłowski – jako Benvolio, przyjaciel Romea, Jan Wysocki – Capuletti, aktor lalkarz, wspaniałe odkrycie dla sceny dramatycznej (słyszę go wciąż jak mówi do płaczącej Julii, ukochanej jedynaczki: „Córko, czy ty rynną jesteś?!..”), Piotr Borowiec – Escalus, książę Werony, debiutujący Jakub Gwit – Baltazar, sługa Romea. Osobne wspomnienie należy się rezydentowi Teatru Lubuskiego w roli Aptekarza (dysponującego tak ważną dla przebiegu zdarzeń trucizną).

Dodatkowego, niezwykłego wymiaru spektaklowi nadawał śpiew zielonogórskiego sopranu – Jolanty Sipowicz w ariach z opery Vincenzo Belliniego „Montecchi i Capuletti”.

W tym spektaklu buzowało od „młodocianych” emocji, a kiedy na porannych przedstawieniach z początkiem spektaklu gasło światło na widowni, rozwrzeszczana młodzież najpierw stopniowo cichła a potem przez 3 godziny siedziała jak zaczarowana – bo to było o ich miłości…

Źródło:

Materiał nadesłany