EN
11.01.2022, 09:34 Wersja do druku

Recepta

Na Nowy Rok przybywa nie tylko dnia na barani skok, ale także rok wieku własnego. Tempus fugitbez pytania nas o zdanie. Kiedy tuż przed maturą w siódmym Gallux Show Olgi Lipińskiej zobaczyłem po raz pierwszy menuetowy klejnocik, wyśpiewany przez uperukowionego Bogdana Łazukę, śmiałem się szczerze i radośnie. Dziś bawi mnie on z pewnością nie mniej, ale jakoś inaczej… Znakomity „numer”, napisany przez Andrzeja Jareckiego (z muzyką Romana Czubatego) bez trudu można odnaleźć w sieci, zacytuję więc tylko jedną zwrotkę, oczywiście z refrenem:

Czas szybko mija i niestety z wiekiem

Wciąż coraz starszym stajesz się człowiekiem,

Nie masz ratunku przed tym strasznym wrogiem,

Co na cię czeka przed młodości progiem.

Za kilka lat i ty poznasz sklerozę,

C’est la vie, tak bywa, c’est la vie,

Ona cię znajdzie czy na wozie, czy pod wozem,

Prześnione sny, daremne łzy, choć budzą grozę.

Za kilka lat i ty poznasz sklerozę.

Urządziwszy sobie w deszczowy dzień minionego lata intensywny przegląd kolejnego cyklu programów Lipińskiej – Właśnie leci kabarecik – usłyszałem nagle w jednej z ulubionych piosenek (do tekstu Gałczyńskiego) niedostrzeżoną wcześniej idealną receptę na „okruchowy” felieton:

Stajnia wytwarza konie,

Spółdzielnia „Ufność” cykorię,

Muzyk pisze symfonię,

Historyk pisze historię:

Tu liścik, tam dokumencik,

Anegdota z Herodota,

A świat się w kółko kręci,

Jak gdyby, gdyby, gdyby, gdyby, gdyby, gdyby nigdy nic!

Liścik, dokumencik, anegdota – tak powiada mistrz Konstanty Ildefons, tak też zróbmy na dobry początek Dwa Tysiące Dwudziestego Drugiego. Oto w styczniu 1840 r. Seweryn Malinowski, znakomity aktor i dyrektor teatru w Żytomierzu, wybrał się z zespołem do Dubna na tłumny jarmark Trzejkrólewiecki (zaczynał się 6 stycznia), by podreperować pustą zwykle kasę. Realia i okoliczności, z jakimi przyszło mu się zmagać, obszernie opisał w liście do przyjaciela, rejenta Ignacego Sadowskiego z Kamieńca Podolskiego – wybierzemy zatem jedynie fragment relacji. Wśród kilkunastu pokazanych sztuk była drama Friedricha Wilhelma Zieglera Matylda z Gisbach, której przedstawienie rozpoczęło się nieoczekiwanie ogniście. Grający jedną z głównych ról Malinowski pisał:

„zaczynam scenę energiczną kwestią, a mówiąc o wschodzącym słońcu obracam wzrok za kulisy, lecz zamiast słońca postrzegam świeczkę łojową, od której już słup tleć zaczyna; rzucam na obecnych za kulisami groźne spojrzenia, nikt ani gromów z mych oczu wypadających nie widzi, ani świeczki, ani tlącego słupa; niewiele myśląc idę, gaszę świecę w oczach publiczności dmuchnięciem, a tlejący słup garścią, wracam na scenę z rękawem zasmolonym i zaczynam da capo. Piękny wstęp i przygotowanie dla całej gry… nieprawdaż?”.

Przytomność umysłu mogła ocalić przed tragicznym w skutkach pożarem – przed długami już nie. 24 maja 1860 r. naczelnik powiatu gostyńskiego skierował pod adresem burmistrza miasta Kutna pismo, jako oficjalny dokument wydrukowane i rozesłane do podległych urzędów (druczek zachował się w zbiorach warszawskiego Muzeum Teatralnego):

„Chełchowski dyrektor teatrów prowincjonalnych dłużny jest kasie miasta Kalisza r[ubli] s[rebrnych] 30 z dzierżawy teatru za rok 1858. Wskutek przeto reskryptu Rządu Gubernialnego Warszawskiego z dnia 8/20 kwietnia r[oku] b[ieżącego] nr 104614/24929, zalecam burmistrzowi, aby za przybyciem trupy pomienionego Chełchowskiego celem przedstawienia reprezentacyj, wyegzekwował od niego rzeczoną należność i takową franco kasie miasta Kalisza odesłał, przy złożeniu mi o tym raportu.

Przy czym uprzedzam burmistrza, że w razie utajenia pobytu Chełchowskiego, zaregulowaną będzie do burmistrza odpowiedzialność.

Radca kolegialny ADAMSKI”.

Dokument ten jest dowodem wyjątkowej zaiste skrupulatności władz, bo zaległa kwota była niewielka – jednego rubla kosztować mogło miejsce siedzące (krzesło) w teatrze. A całe postępowanie i tak trafiło w próżnię, gdyż Tomasz Andrzej Chełchowski opuścił Królestwo Polskie i od połowy 1859 r. był dyrektorem teatru w Kownie, skąd jeździł tylko do Suwałk. Wątpliwe, by magistrat Kalisza zdołał go tam doścignąć, zwłaszcza że na początku 1861 r. sześćdziesięcioletni aktor zmarł.

Anegdota nie będzie z Herodota, ale z nie mniej zasłużonego Jana Nepomucena Kamińskiego, który sceniczne ostrogi zdobywał pod okiem Wojciecha Bogusławskiego we Lwowie, a w roku 1803 r. objął na trzy lata dyrekcję teatru w Kamieńcu Podolskim. I jak się łatwo domyślić, zmuszony był szukać dodatkowego dochodu w objazdach po podolskiej prowincji. Oto jeden z barwniejszych epizodów tej teatralnej epopei, utrwalony po wielu latach przez lwowskiego suflera Grzegorza Rozumiłowskiego:

„spakowałem na wóz kortynę [!] i kilka dekoracyj, i z tym puściłem się w świat. Jeżeli gdzie był jarmarek albo zjazd jaki, tośmy grali przy odgłosie bębnów i trąb i zarobiło się, ale co się zebrało, to się i przejadło. W lecie było nam dobrze, ale w zimie to już najczęściej była bieda. […]

Przyjeżdżam, mróz, zima, ale nic nie pomoże, trzeba grać. Była tam sala, porobiłem w niej z desek na dole loże, wydaję afisze i czekam, co to będzie? Wieczór, mróz siarczysty, siódma godzina, nie ma nikogo – bądź zdrów, panie Kamiński – czekam, aktorowie poubierani, nareszcie koło 8 godziny zajeżdża jakiś potężny szlachcic sam jeden, płaci za lożę trzy dukaty i opakowany w delię z wilczurów zasiada w loży. Czekam dalej, ba, nie ma nikogo, tylko ten jeden szlachcic. Pasja mnie porwała, każę grać, ale że na sali zimno było i wiatr dokoła świstał, więc moi ludzie na wskroś przemarzli. Co który z nich deklamować zacznie, to dyr, dyr, dyr zębami, aż mi się serce krajało, ale graj. Ledwieśmy jeden akt zepchali, co dalej ani rusz, bo mróz coraz większy ciśnie. Kazałem podnieść kortynę, stajemy wszyscy naprzeciw owego szlachcica, gadamy i gadamy, szlachcic się śmieje, aż się za boki bierze, nareszcie wyłazi w wilczurach z swej loży i mówi: Cieszy mię to, żeście mnie samego za całe publikum estymowali, proszę, tu macie, zagrzejcie się – i dał nam 20 dukatów w złocie. – Dopiero odżyłem, odprowadziliśmy go wszyscy aż ku drzwiom, a w życiu nigdym się tyle nie kłaniał, co wówczas”.

Jeśli czegoś Państwu noworocznie życzę ponad zwyczajowy standard, to właśnie tego, żeby Was w teatrze „za całe publikum estymowano”, czyli każdego z osobna szanowano jak całą publiczność. Oczywiście przy pełnej widowni, bo teatrom też dobrze życzę.

Bądźcie Państwo szczęśliwymi oraz błogosławionymi na ten Nowy Rok!

Tytuł oryginalny

Recepta

Źródło:

www.teatrologia.pl

Link do źródła

Autor:

Jarosław Komorowski

Data:

06.01.2022