„Era Wodnika” Jarosława Murawskiego w reż. Małgorzaty Warsickiej w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Alicja Cembrowska w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena recenzenta/tki: (6/10) – niezły
„Era Wodnika” w Teatrze Dramatycznym to spektakl o zagubieniu jako najpowszechniejszej chorobie zakaźnej na planecie Ziemia. Co ciekawe, do zakażeń dochodzi cyklicznie, a zwiększoną zachorowalność zanotowano na przykład wśród polskich hipisów z PRL-u czy współczesnych konsumentów duchowych szkoleń.
„Którędy z człowieka ulatuje ta energia?” – retorycznie pyta jedna z postaci. Czuję, że ta szczelina staje się kluczem do spektaklu Małgorzaty Warsickiej, bo szybko można zrozumieć, że nie chodzi tu o doskonale skrojoną fabułę czy psychologiczne budowanie postaci, lecz o pochwycenie atmosfery społecznego zaduchu. „Era Wodnika” to żywioł – równie trudno uchwytny jak każdy ruch wolnościowo-buntowniczo-rewolucyjny. Albo jego powidok?
Era Wodnika to astrologiczna koncepcja epoki pokoju, oświecenia i świadomości ekologicznej. Hipisi lat 60. i 70. używali tego określenia symbolicznie jako nazwy utopii, do której dążyli. Astrologowie uznają, że w grudniu 2020 roku weszliśmy w ten etap. Spektakl Warsickiej i dramaturga Jarosława Murawskiego nie jest więc tylko nostalgiczną podróżą w przeszłość, lecz konfrontacją z pytaniem: skoro era pokoju i miłości właśnie nadeszła, to dlaczego świat wciąż jest taki sam? A może nawet bardziej okrutny, krwawy, destrukcyjny?
Chaos spektaklu nie jest przypadkowy – to strategia narracyjna. Kluczem są trans, hipnoza, zaczadzenie kadzidłami i ideami. Scenografia Katarzyny Borkowskiej zanurza przestrzeń w ciepłych tonach lawy; monumentalna rzeźba bogini Kali dominuje w pierwszym akcie, w drugim pojawia się konstrukcja grzybopodobna – duża forma, na której zmieściłoby się kilka osób. Psychodeliczne wizualizacje autorstwa Emiko, abstrakcyjne i transowe, mieszają się z muzyką graną na żywo (Kamil Pater, Jacek Prościński), która jest nie tyle podkładem, ile przewodnikiem dźwiękowym. Światła przechodzą od czerwieni przez pomarańcze do zieleni – sugestywna gra barw buduje aurę rytuału i niesamowitości.
W tej wizualnej ekstrawagancji kryje się spostrzeżenie, że we wszystkich ruchach wolnościowych – zarówno kiedyś, jak i teraz – paradoksalnie ujawnia się większe skupienie na sobie niż na grupie. Egocentryzm? Indywidualizm? Być może, choć nie o ocenę zjawiska tu chodzi, lecz o konsekwencję utraty kontroli. Wojny, kryzysy klimatyczne, polityczne gierki – wiele obszarów świata funkcjonuje poza wpływem zwykłego szaraka. Jedynie na własne ciało i duszę mamy realny wpływ. Polski hipis z PRL-u nie miał prawa zachłysnąć się wolnością i konsumować na potęgę, jednak współcześni wyznawcy warsztatów duchowych i wellnessu robią w gruncie rzeczy to samo, co on – szukają kontroli nad własną aurą, skoro poczucie bezpieczeństwa w wymiarze globalnym im się wymyka.
Po przerwie spektakl staje się bardziej medytacyjny, a jednocześnie bardziej skonkretyzowany. Balansuje między spektakularnością (energetyczne choreografie) a wykładaniem tematów. Bohaterowie mówią o seksualności bez wstydu, o konsumpcjonizmie, o osłabieniu relacji społecznych. „Raz w tygodniu nie myśl o pieniądzach” – apel ze sceny przypomina, że nowym bożkiem stały się gospodarka, biznes i sukces. Pojawia się Gaja – Ziemia w złotym, cekinowym kostiumie (Anna Szymańczyk). To ciekawe zestawienie. Planeta zwykle pokazywana w otoczeniu roślin i żywiołów, tu otulona jest plastikowymi świecidełkami (uosabia nadprodukcję bezsensownych ubrań?). Jest przygaszona, bierna, jakby pogodzona z katastrofą.
„Era Wodnika” nie ma w sobie kontrowersji – i jest to znamienne. Mówimy przecież o grupie społecznej, której dopisywano zachowania antyspołeczne i skandaliczne. Spektakl w Dramatycznym pokazuje ich raczej jako zagubionych dorosłych, którzy wybrali akurat taką strategię przetrwania (bo może do innej nie mieli dostępu?). To wręcz rozczulające. Naiwne frazesy o pokoju, obietnice lepszego świata – wszystko to zawodzi. Zawsze jest jakaś wojna. Symbolem zawiedzionych nadziei jest Lennon i jego „Imagine”. Chociaż… może właśnie dlatego świat jeszcze istnieje, a kolejne pokolenia podejmują próby, bo marzyciele mają odwagę głośno walczyć o prawo do marzycielstwa? Może wcale nie chodzi o realne cele, lecz o chwilową wiarę w cokolwiek?