Jan Englert odchodzi z Teatru Narodowego. Po 20 latach kierowania najważniejszą sceną repertuarową w Polsce — w milczeniu. Bez oficjalnego pożegnania ze strony Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, bez podsumowania, bez gestu. Tymczasem żegnano przecież innych: choćby Pawła Łysaka z Teatru Powszechnego, którego pożegnała osobiście Hanna Wróblewska. Brak podobnego gestu wobec Englerta nie jest jedynie uchybieniem protokolarnym. Jest znakiem czasów. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Bo Englert to nie tylko aktor i reżyser, ale przede wszystkim — figura instytucjonalna. Od 2003 roku, jako dyrektor artystyczny Teatru Narodowego, prowadził go przez lata trudnych transformacji: programowych, estetycznych, organizacyjnych. Został dyrektorem Teatru Narodowego po Jerzym Grzegorzewskim — przejmując scenę w czasach, gdy w polskim teatrze ścierały się jeszcze różne modele artystycznego przywództwa: od autorskiego teatru Grzegorzewskiego po wizje pokolenia Lupy czy Warlikowskiego. Ale też w czasach narastającej konkurencji ze strony mediów komercyjnych i zmieniających się gustów publiczności. Odpowiedział na to po swojemu: sięgając po klasykę, budując zespół oparty na doświadczeniu, utrzymując równowagę między tradycją a nowoczesnością.
Pod jego kierownictwem Teatr Narodowy wystawił m.in. Tango, Króla Leara, Matkę Courage, Udrękę życia, Kordiana, Iwonę, księżniczkę Burgunda, Śluby panieńskie, Burzę, Czekając na Godota czy ostatnio – Hamleta. To właśnie ten ostatni spektakl stał się początkiem głośnej dyskusji o „nepotyzmie” — bo w obsadzie znaleźli się żona Englerta, Beata Ścibakówna, oraz ich córka, Helena Englert.
Wybuchła burza. I choć dla każdego, kto zna środowisko teatralne w Polsce, powiązania rodzinne czy towarzyskie w obsadach nie są niczym nadzwyczajnym, to akurat tutaj, i akurat teraz, stało się to zarzutem. W środowisku, w którym od lat nikogo nie dziwi, że reżyser obsadza w rolach głównych swoją żonę, partnerkę, kochanka czy partnera, a dyrektor prowadzi teatr ramię w ramię z bliskimi — zarzut nepotyzmu wobec Englerta wygląda raczej na wygodny pretekst niż na realny sprzeciw wobec układów. Oportunistyczny. Niekoniecznie związany z realną troską o etykę zawodową.
W istocie, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia nie z reakcją na konkretne decyzje obsadowe, ale z próbą symbolicznego rozliczenia Englerta jako reprezentanta starego porządku. Aktora z pokolenia powojennego, wykształconego w duchu klasycznego etosu scenicznego, wiernego literaturze, językowi, formie. Kogoś, kto — w odróżnieniu od wielu młodszych kolegów — nie poddał się modzie na „teatr polityczny” w najostrzejszym wydaniu, ale sam przecież nie unikał tematów społecznych — choćby w Kordianie, w którym młodzieńczy idealizm i romantyczne napięcia spotykają się z refleksją nad władzą, narodem i zdradą elit.
Nie bez znaczenia są też jego wypowiedzi publiczne. Englert wielokrotnie mówił o kondycji współczesnego życia teatralnego w Polsce z nutą sceptycyzmu — wskazując na powierzchowność niektórych buntów, na emocjonalny ekshibicjonizm, na brak warsztatu u wielu młodych aktorów i reżyserów. Bronił roli literatury i dyscypliny. Był głosem konserwatywnym — nie w sensie ideologicznym, lecz artystycznym.
Czy to właśnie dlatego nie został pożegnany? Czy może dlatego, że przez lata konsekwentnie bronił autonomii teatru wobec polityki — zarówno tej spod znaku PiS, jak i obecnej? W świecie, w którym zmiana rządzących oznacza często całkowite czystki kadrowe i symboliczne „odwracanie wektorów”, Englert mógł stać się dla nowej władzy kimś niewygodnym: niepasującym do nowej narracji, a jednocześnie zbyt poważnym, by otwarcie go zaatakować.
Zabrakło odwagi do gestu? Czy może zabrakło kultury instytucjonalnej?
Teatr Narodowy — jako instytucja — od zawsze był barometrem państwa. Nieprzypadkowo powołano go po raz pierwszy w 1765 roku, jako projekt oświeceniowy, z myślą o kształtowaniu nowoczesnego społeczeństwa. W PRL był przestrzenią napięcia między cenzurą a artystyczną niepodległością. Po 1989 roku stawał się powoli instytucją “zwyczajną”, ale z wielką przeszłością. Dziś znów znajduje się w punkcie zwrotnym.
Odejście Englerta to nie tylko moment osobisty, ale cezura instytucjonalna. Kultura szacunku wymaga, by to zauważyć — bez względu na polityczne czy estetyczne preferencje. Nie chodzi o ordery, tytuły i akademie. Chodzi o to, by budować instytucję, która pamięta. Bo tylko taka instytucja może być naprawdę nowoczesna.
Można się nie zgadzać z jego wizją teatru. Można inaczej rozumieć misję Teatru Narodowego. Ale nie można udawać, że ten człowiek i ta dekada niczego nie znaczą.
Jan Englert zasłużył na pożegnanie. Nie z sentymentu. Z elementarnego szacunku. Bo teatr to nie tylko scena, akt i kurtyna. To również — może przede wszystkim — wspólna pamięć.