EN
13.05.2022, 14:32 Wersja do druku

Krzysztof Prus: To, co najważniejsze, nie mieści się w słowach, które często nas zwodzą – mieści się w emocjach

Sztuka wpisuje się w kryzys, który dotknął nas wszystkich – jeszcze na naszych oczach być może rozsypie się liczący dwa tysiące lat paradygmat. Czy da się zbudować świat na chrześcijańskich zasadach, czy też, skoro jak dotąd nie wyszło, lepiej się z myślą o chrześcijaństwie rozstać? Może i lepiej, tylko co w zamian? Mówi reżyser Krzysztof Prus przed premierą spektaklu „Oleanna” w łódzkim Teatrze Jaracza.

fot. Artur Wacławek

Teatr Jaracza: Tekst sztuki „Oleanna” powstał w 1992 roku i doczekał się wielu uznanych inscenizacji. Pojawiła się również adaptacja filmowa samego autora. Skąd pomysł na wystawienie go dziś, po trzydziestu latach od napisania?

Krzysztof Prus: To już pytanie do dyrektora Teatru im. Jaracza, który zdecydował się przyjąć moją propozycję, i któremu jestem za to bardzo wdzięczny. Można by też zapytać całkiem sporą liczbę dyrektorów teatrów, którym przez dwadzieścia osiem lat proponowałem „Oleannę”, dlaczego się nie zdecydowali. Polski przekład sztuki ukazał się w druku w 1994 roku. Zbliżałem się wtedy do ukończenia szkoły teatralnej i „Oleanna” znalazła się w mojej pierwszej ofercie. Po czternastu latach udało mi się zrealizować sztukę w Teatrze Nowym w Zabrzu w formie czytania scenicznego, choć wówczas jeszcze jej temat wydawał się nieco egzotyczny.

T.J.: Takie uczucie towarzyszyło Panu wtedy, a jak jest dziś?

K.P.: Dzisiaj, po dalszych czternastu latach, temat i jego ujęcie chyba nikogo już nie zaskoczą, a ja mogę tylko ze smutkiem pokiwać głową i powiedzieć: „a nie mówiłem?” – zaręczam, że bez satysfakcji. Mamet ostrzegł nas przed tym, że wahadło, które niebezpiecznie wychyliło się w jedną stronę, zaczyna wychylać się w drugą i pora ponieść tego konsekwencje.

T.J.: Tekst „Oleanny” opowiada o relacji między profesorem uniwersytetu a jego studentką, natomiast sam tytuł został zaczerpnięty od nazwy osady założonej przez norweskiego skrzypka Olego Bulla.

K.P.: Ole Bull miał żonę Annę, stąd nazwa osady Oleanna. Miała być światem doskonałym, drugą utopią, a właściwie pierwszą, pierwszą zrealizowaną w praktyce. Jak to zawsze
z utopiami, nie udało się. Osada, w której wszyscy mieli żyć na stopie braterskiej, okazała się żałosnym niewypałem.

T.J.: To było w 1852 roku w Pensylwanii w Ameryce. Jak w takim razie połączyć tytuł z tamtymi wydarzeniami względem sztuki, która opowiada zupełnie o czymś innym?

K.P.: Po polsku sztuka mogłaby się nazywać „Utopia”, „Miasto Słońca”, „Nowy wspaniały świat” – nawiązywać do czegoś, co bardziej leży w sferze naszych skojarzeń. Mamet jest Amerykaninem i pierwszymi odbiorcami „Oleanny” byli jego rodacy – im skojarzenie z nieudanym eksperymentem Olego Bulla nasuwa się prędzej, istnieje nawet ballada na ten temat. Mam świadomość, że niestety bez znajomości historii osady tytuł spektaklu może być niezrozumiały i widz będzie pewnie czekał, kiedy na scenę wkroczy tytułowa Oleanna, i dziwił się, czemu główna bohaterka ma na imię Carol. Trudno, musimy pozostawić kwestię znaczenia tytułu w sferze zagadki, stosunkowo łatwej zresztą do rozwiązania w porównaniu ze wszystkimi tajemnicami psychologicznymi i społecznymi, w jakie obfituje tekst sztuki Davida Mameta.

T.J.: Inscenizował Pan tak wielkich autorów jak Shakespeare, Molier, Dostojewski, Kafka, Beckett, Gombrowicz czy Słowacki. Dlaczego właśnie „Oleanna” Mameta chodzi za Panem od tak dawna?

K.P.: Sztuka wpisuje się w kryzys, który dotknął nas wszystkich – jeszcze na naszych oczach być może rozsypie się liczący dwa tysiące lat paradygmat. Czy da się zbudować świat na chrześcijańskich zasadach, czy też, skoro jak dotąd nie wyszło, lepiej się z myślą o chrześcijaństwie rozstać? Może i lepiej, tylko co w zamian? Ruchy lewicowe usuwają dogmat istnienia Boga, lecz poza tym postulują właściwie to samo, co zawarto w Ewangelii – równość wszystkich ludzi – i równie mało z tego wychodzi. Z podobnego myślenia narodziła się też demokracja, ten jak to określił Winston Churchill – najlepszy z najgorszych ustrojów. Ludzie są ludźmi – i o tym właśnie opowiada „Oleanna”. Ludzie zrobią wszystko, żeby pozorna równość okazała się dla nich wywyższeniem, a dla bliźnich zniewoleniem. Także gdy chodzi o nauczanie. Upierać się, że edukacja polega na sztywnej relacji mistrz – uczeń i w tym celu pompować niewiele warte autorytety jest niewątpliwie złe. Tylko co w zamian?

T.J.: Mamy zatem Carol, Johna, ale czy w sztuce jest ktoś jeszcze, kogo może nie widać, a ma też znaczenie?

K.P.: Jest też trzeci bohater – zbiorowość, grupa studentów, do której należy Carol. W pierwszym akcie dla tej grupy, o której w drugim akcie mówi „moja grupa”, nic jeszcze nie znaczy, jest outsiderką. W drugim staje się dla grupy kimś niezwykle cennym, gdyż dzięki Carol „moja grupa” może poniżyć profesora, który najwyraźniej czymś się grupie naraził. I tu dochodzimy do problemu, który wprawdzie jest nierozwiązywalny, lecz chyba właśnie to podoba mi się w tej sztuce najbardziej. Otóż doskonale pamiętam czasy, kiedy Pierwszy Sekretarz zawsze miał rację, więc ci, którzy nie zgadzali się z racją Pierwszego Sekretarza, musieli uciekać pod skrzydła Księdza Biskupa, który też oczywiście zawsze miał rację, a kto jej w pełni nie przyjmował, mógł co najwyżej wrócić na poletko Pierwszego Sekretarza. Wydawałoby się, że ta sytuacja powinna skończyć się wraz z odzyskaniem wolności trzydzieści parę lat temu, ale gdzie tam – znowu co rusz uderzam głową w absolutną rację jakiejś grupy i znowu widzę na scenie potwornie nudne sztuki, których teza ma mnie przekonać, że istnieje tylko jedna słuszna racja. Geniusz „Oleanny” polega na tym, że my do końca się nie dowiemy, które z dwojga bohaterów ma rację. Owszem, widzimy manipulację, którą stosują obie strony konfliktu, ale też co jakiś czas uchylają się maski i wtedy spod masek wyzierają ludzkie twarze. Widzimy wrażliwość, cierpienie, potrzebę akceptacji, marzenia o lepszym życiu – wszystko, co ludzkie. I to od nas, widzów, zależy, czyją rację przyjmiemy, oraz, co ważne, na ile ją przyjmiemy.

T.J.: Czyli w zależności od tego kto będzie sztukę oglądał, może ją inaczej odebrać?

K.P.: Zdecydowanie. I mam nadzieję, że sztuka zachęci do tego, żeby zamiast patrzyć na świat w kategoriach jedynej słusznej racji, spróbować posłuchać argumentów obu stron. Zresztą nie tylko argumentów. To, co najważniejsze, nie mieści się w słowach, które często nas zwodzą – mieści się w emocjach. Dopóki nie wczujemy się w emocje bohaterów, nie zrozumiemy ich racji.

T.J.: Co jest zatem największym atutem sztuki?

K.P.: To, co zawsze jest największym atutem w teatrze, czyli możliwość zobaczenia pięknie zagranych ról. Aktorzy wychodzą z prób zlani potem, ale mam wrażenie, że zadowoleni, bo dostali szansę zagrania bardzo złożonych, niejednoznacznych, a jednocześnie silnych postaci, dostali po prostu aktorskie mięso. Drugim atutem tej sztuki jest to, że ma ona początek, środek i koniec. Wiem, że brzmi to nieco śmiesznie, ale coraz częściej widzę na scenie spektakle, które mają wyłącznie przydługi początek, i coraz częściej czytam uczone doktoraty, które tłumaczą, że tak być musi, bo inaczej nie byłoby „ponowocześnie”.

W „Oleannie” każdy z trzech aktów jest nieco inny, siły w nim inaczej rozłożone, a problem pokazany z nieco odmiennej perspektywy, co staramy się uzmysłowić zarówno środkami aktorskimi jak inscenizacją. Ta ostatnia, choć istotna, i mam nadzieję, że z estetycznego punktu satysfakcjonująca, podporządkowana jest oczywiście słowu i temu, co ze słowa wynika. Widzowie spoza branży często podziwiają aktorów za to, że muszą się nauczyć dużo tekstu. Oczywiście słusznie, gdyż jest to godne podziwu, ale też nie sposób się nie uśmiechnąć, bo trzeba mieć na względzie, że ludzie, przynajmniej niektórzy, nie tylko gadają, czasem także czują i myślą, i właśnie to przede wszystkim powinni zagrać aktorzy. Ten pejzaż uczuciowo-myślowy jest niezwykle silnym atutem sztuki Mameta i z niego rodzi się dialog, niezwykle przewrotny, stylizowany na mowę potoczną ze wszystkimi powtórzeniami, zawieszeniami i tak dalej, choć w istocie głęboko przez autora przemyślany.

T.J.: Czego zatem widzowie mogą się spodziewać?

K.P.: Na to pytanie zbyt dokładnie nie odpowiem, bo myślę, że każdy widz może i powinien odebrać tę sztukę na swój niepowtarzalny sposób. A czy będzie śmiać się czy patrzeć
z przerażeniem, czy jedno i drugie, to już kwestia indywidualnego odbioru. Mam tylko nadzieję, że emocji nie zabraknie.

Źródło:

Materiał nadesłany