Logo
Recenzje

„Krzyczysz tak bardzo, że nie słyszę, co mówisz”

10.04.2026, 11:27 Wersja do druku

„Sztuka protestu” Michała Buszewicza w reż. autora w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Pisze Karolina Matuszewska, członkini Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

fot. Piotr Nykowski

Na początku lat dwutysięcznych dostałam od rodziców tamagotchi. Dla tych, którym to japońskie słowo kojarzy się wyłącznie z kawałkiem nagranym przez supergrupę Taconafide już tłumaczę: była to popularna elektroniczna zabawka w kształcie mieszczącego się w dłoni plastikowego jajka na krótkim łańcuszku, z trzema lub czterema przyciskami i biało-czarnym ekranem. Na nim wyświetlało się wirtualne zwierzątko, którym trzeba było się opiekować: karmić je i po nim sprzątać, kłaść spać, zabawiać i leczyć, gdy zachorowało. Zadbane zwierzątko było radosne i dobrze się rozwijało, a zaniedbane stawało się smutne i coraz bardziej nieszczęśliwe, aż w końcu umierało. Oczywiście potem można było wyhodować sobie nowe, ale taka wirtualna śmierć dla dzieciaków, które od niedawna miały w domach komputery i dopiero uczyły się obcować z cyberświatem, była niezłą traumą. Doskonale pamiętam pierwszą noc z moim tamagotchi. Zwierzątko co chwila domagało się uwagi: a to jeść, a to pobawić się, a każdą z tych potrzeb urządzenie sygnalizowało irytującym elektronicznym alarmem, który co chwila mnie budził i nijak nie dawał się wyłączyć. W końcu, w środku nocy wyniosłam tamagotchi do drugiego pokoju i upchnęłam w szafce pod grubą warstwą ręczników. Rano poszłam do szkoły kompletnie niewyspana. Dopiero później ktoś wytłumaczył mi, jak zapauzować grę, co wcale nie było takie proste, bo chodziło przecież o maksymalne przyciągnięcie uwagi.

Ta trauma pierwszej nocy z tamagotchi przypomniała mi się podczas oglądania Sztuki protestu w Teatrze Współczesnym w Szczecinie – spektaklu poświęconego aktywistom klimatycznym. Autor i reżyser Michał Buszewicz użył japońskiej zabawki jako metafory naszej planety, którą trzeba nieustannie zasilać zieloną energią. Do jej wytwarzania służą stojące na scenie rowerki treningowe, na których co jakiś czas pedałują aktorzy. Po każdej takiej sesji Ziemia jest dobrze odżywiona, naładowana i przez jakiś czas szczęśliwa. Jednak jej energia szybko się zużywa, więc irytujący alarm zaczyna znowu wyć. I niestety, inaczej niż w klasycznym tamagotchi, nie da się go wyłączyć ani zapauzować. Gdy Ziemia umrze, nie odrodzi się na nowo.

Tę drastyczną wizję przyszłości naszej planety od lat powtarzają naukowcy, choć ich głos rzadko przedostaje się do opinii publicznej. I wtedy pojawiają się oni: młodzi ludzie z Ostatniego Pokolenia, Extinction Rebellion, Just Stop Oil czy Młodzieżowego Strajku Klimatycznego. Blokują drogi, przywiązują się do drzew, przyklejają do muzealnych ścian i oblewają zupą pomidorową dzieła sztuki. „Może i mają rację, ale dlaczego tak radykalnie?”, „W czym im zawinił Monet albo van Gogh?”, „Dlaczego marnują jedzenie?” – lista komentarzy dotyczących działań aktywistów klimatycznych jest długa. Z jakiegoś powodu bardziej denerwuje nas sposób, w jaki próbują zwrócić uwagę na nadchodzącą katastrofę klimatyczną niż fakt, że rządy i wielkie koncerny nie robią prawie nic, aby się jej przeciwstawić.

W szczecińskim spektaklu Buszewicz przygląda się tym mechanizmom akcji i reakcji. Co ważne, interesują go nie same zmiany klimatyczne, ale motywacje i metody działania osób, które podejmują walkę o ochronę planety. Sceniczni aktywiści (Konrad Beta, Kacper Kujawa, Wojciech Sandach i Maria Wójtowicz) to młodzi ludzie ubrani w kolorowe, ortalionowe dresy, którzy na różne, coraz bardziej radykalne sposoby próbują zwrócić uwagę na problem. Kolejne sceny odsłaniają nie tylko ich akcje, lecz także przygotowania do nich (prace nad spektaklem poprzedziły warsztaty z aktywistami Ostatniego Pokolenia) oraz moralne wątpliwości. Mimo pełnego przekonania o słuszności działań, aktywiści zmagają się z poczuciem bezsilności, lękiem przed hejtem i zwyczajnym wypalaniem. Doskonale pokazuje to scena, w której bohaterka grana przez Marię Wójtowicz ćwiczy swój apel. Do znużenia powtarza słowa „To jest alarm, ten pomnik symbolizuje walkę”, chodząc nerwowo po całej scenie, między cokołem pomnika a zwaloną z niego rzeźbą (scenografia Marcin Dobrucki). Z każdą kolejną próbą jej głos przybiera na sile, ale słychać w nim też coraz więcej rozpaczy i bezradności. W końcu staje za cokołem pomnika, przyjmując postać warszawskiej Syrenki – tej, którą w 2024 roku dwie aktywistki Ostatniego Pokolenia oblały pomarańczową farbą. Gdy piszę te słowa, przychodzi informacja, że sąd skazał je na karę sześciu miesięcy ograniczenia wolności w postaci prac społecznych oraz zobowiązał do zapłaty nawiązek i pokrycia kosztów sądowych. „Krzyczysz tak bardzo, że nie słyszę, co mówisz” – miał powiedzieć do nich sędzia. Wyrok nie jest prawomocny.

Niezrozumienie jest jednym z ważniejszych tematów Sztuki protestu. Aktywiści szukają właściwego języka komunikacji i sposobów na to, aby zostać nie tylko usłyszanym, ale i wysłuchanym. Zderzają się jednak z całym zestawem spraw, które okazują się pilniejsze: trzeba zdążyć do nowej pracy, zrelaksować się na koncercie w filharmonii, otworzyć nową drogę szybkiego ruchu albo po prostu zająć czymś innym – nie do końca wiadomo czym, ale na pewno bardzo ważnym. Najwięcej wymówek mają politycy i decydenci. W spektaklu to grupa starszych mężczyzn (Paweł Adamski, Robert Gondek, Paweł Niczewski, Konrad Pawicki, Przemysław Walich), ubrana od pasa w górę w koszule i garnitury, a poniżej jedynie w kolorowe kalesony i skarpetki. Dzięki takim kostiumom (Lila Dziedzic) i ironicznemu ujęciu przypominają niedojrzałe dzieci, które dbają jedynie o zachowanie pozorów i próbują na różne sposoby zrzucić z siebie odpowiedzialność. Wolą przemawiać i przecinać wstęgi, bo – jak mówi jeden z nich – „Wszyscy kochamy inwestycje, bo inwestycje widać. Dlatego otwieramy kolejną drogę, którą można wam pokazać i będzie widać, moi drodzy, że ona jest”. Przedstawiciele władzy migają się od wsiadania na rowery, by zasilić planetę-tamagotchi, ale z przejęciem wyśpiewują piskliwymi głosami słynną piosenkę z lat 80. dla głodującej Afryki We Are the World. To dobrze wygląda przed opinią publiczną, nawet jeśli wcześniej, aby uzyskać odpowiednią barwę głosu, trzeba było wdychać hel.

Jest jeszcze trzecia strona tej konfrontacji, czyli tzw. zwykli ludzie – oni również nie lubią aktywistów, szczególnie gdy ich działania psują im plany. To wyzwala w nich agresję i całą serię dehumanizujących komentarzy rzucanych pod adresem protestujących. W spektaklu tę grupę reprezentuje Daria (Maria Dąbrowska). To kobieta w średnim wieku, twórczyni proekologicznych kampanii dla korporacji, która po bolesnym rozstaniu i odejściu z pracy przeprowadza się do nowego, większego miasta mającego odmienić jej życie. Na drodze do sukcesu stają jej jednak (a raczej siadają) aktywiści klimatyczni, którzy przykleili się do asfaltu, blokując przejazd. Jej rosnąca irytacja w pewnym momencie ustępuje miejsca innemu impulsowi: kobieta wysiada z auta i dołącza do protestujących. To zdecydowanie najciekawsza postać tego spektaklu, uosabiająca społeczną hipokryzję i rozdarcie pomiędzy potrzebą komfortu na co dzień a troską o przyszłość planety i kolejnych pokoleń.

Aktywiści ponoszą nieustanną porażkę: wciąż słyszą: „Robisz to źle”, ale też nikt nie daje im wskazówek, jak zrobić to dobrze. W jednej z pierwszych scen spektaklu opowiadają o tym, jak zwrócili się do firmy brandingowej  z pytaniem, co zrobić, żeby być bardziej ekologicznym. Eksperci doradzili im rowery, tłumacząc, że „zawsze jak władza chce pokazać, że coś robi dla środowiska to trzaska ścieżki rowerowe”. Ale to zwykły greenwashing, a nie realne działanie. Porażką okazał się też pomysł przygotowania scenografii do spektaklu z recyklingu. Materiały były tak stare, że nie miały atestów bezpieczeństwa, więc trzeba było kupić nowy: „bardzo nieekologiczny i bardzo drogi” – przyznają ze smutkiem aktywiści. Troska o planetę jest znacznie trudniejsza niż się wydaje.

Buszewicz wykorzystuje performatywny charakter autentycznych akcji protestacyjnych i sprawdza ich skuteczność w teatralnych warunkach. Kolejne sceny, starannie zakomponowane przy użyciu światła (Jędrzej Jęcikowski) i muzyki (Aleksandra Gryka) konfrontują widzów z ich stosunkiem do aktywistów. Oglądając to przedstawienie, nie sposób nie zadać sobie pytania: co tak naprawdę myślę o aktywizmie klimatycznym? I co robię, by ziemskie tamagotchi mogło przeżyć kolejny dzień? Oczywiście naiwnością byłoby sądzić, że jeden spektakl czy jedna wylana puszka farby zmienią świat. Do tego potrzebne są duże, systemowe działania i decyzje ludzi, które póki co na te wołania pozostają głusi, a i do teatru raczej nie zaglądają. Buszewicz zdaje się to rozumieć, wprowadzając do spektaklu elementy ironiczne i komiczne, które całej tej opowieści nadają lżejszy ton. Kiedy jednak w finale młody aktywista bezskutecznie próbuje porozmawiać z zapracowanym ojcem – wiemy, że nie będzie ani dobrze ani miło, dopóki nie zaczniemy się słuchać. Dopiero wtedy krzyk przestanie być potrzebny. 

Michał Buszewicz SZTUKA PROTESTU, Reżyseria: Michał Buszewicz, choreografia: Katarzyna Sikora, muzyka: Aleksandra Gryka, scenografia: Michał Dobrucki, kostiumy: Lila Dziedzic, multimedia: Radomir Majewski, światło: Jędrzej Jęcikowski. Prapremiera w Teatrze Współczesnym w Szczecinie 28 lutego 2026. 

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne

Sprawdź także