Są w polskim teatrze postaci, wobec których nie da się zachować chłodnego dystansu badacza. Krystyna Janda jest jedną z nich. Dziś, w dniu jej urodzin, piszę jako teatralny recenzent, ale też jako widz z długą pamięcią – pamięcią spektakli, ról, decyzji artystycznych i sporów, które z czasem stały się częścią pejzażu polskiego życia teatralnego. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Nie ukrywam: nie zawsze zgadzałem się z repertuarowymi wyborami Jandy jako reżyserki i dyrektorki. Spór o teatr popularny, o granice kompromisu między sztuką a frekwencją, o rolę prywatnej instytucji w ekosystemie kultury – to wszystko były realne napięcia. Spór ten miał także swoje konsekwencje instytucjonalne – zostałem skreślony z listy zapraszanych na premiery do jej teatrów. Ale jeśli coś było w tych sporach niepodważalne, to jedno: nigdy, ani przez moment, nie kwestionowałem jej talentu aktorskiego. Bo talent Jandy jest faktem scenicznym – nie opinią.
Pamiętam ją jeszcze z Ateneum. „Edukacja Rity” – rola, która w rękach gorszej aktorki mogłaby stać się dydaktyczną przypowieścią o emancypacji. U Jandy Rita była żywa, nerwowa, pełna sprzeczności. Podobnie w „Niebie zawiedzionych” Brechta – jej obecność była zawsze pełna napięcia i gotowości do ryzyka. W muzycznym świecie Hemara też widać było, że potrafi wychylić się poza ramy konwencji, zaryzykować, szukać nowego tonu czy gestu. Już wtedy było jasne, że Janda nie „gra postaci”, lecz wchodzi z nimi w prawdziwy dialog, stawiając im wyzwania i sprawdzając siebie w starciu z tekstem, reżyserią i widownią.
W Teatrze Powszechnym ten rys tylko się pogłębił. Jej Shirley Valentine była czymś więcej niż scenicznym monologiem – była studium kobiecego przebudzenia bez cienia sentymentalizmu. W „Kotce na rozpalonym blaszanym dachu” Margaret Jandy nie była ofiarą, lecz drapieżnikiem emocjonalnym, walczącym o miłość jak o prawo do istnienia. A Martha w „Kto się boi Virginii Woolf?” – rola, którą można zagrać głośno albo mądrze. Janda wybrała mądrość podszytą okrucieństwem.
Szczególne miejsce w mojej pamięci zajmują jej role „ikon”: Maria Callas w „Lekcji śpiewu” czy Danuta Wałęsa w „Danucie W.”. Janda nie fetyszyzuje legend. Ona je demontuje, odbrązawia, przywraca im cielesność i zmęczenie. Podobnie było w „Uchu, gardle, nożu” – spektaklu, który jako reżyserka i aktorka uczyniła brutalnym monologiem kobiecej traumy. Można było dyskutować o proporcjach, o estetyce dosłowności, ale nie o sile oddziaływania.
Jej teatr autorski – Polonia i Och-Teatr – to osobny rozdział. Jako dyrektorka Janda wybrała drogę intensywnej obecności: dużo premier, repertuar od farsy po dramat, od McNally’ego po Cooneya. Nie wszystkie te wybory uważałem za artystycznie konieczne. „Mój pierwszy raz” czy „Coś tu nie gra” to propozycje, które bardziej testowały cierpliwość krytyka niż jego zachwyt. Ale nawet wtedy Janda pozostawała uczciwa wobec widza: obiecywała rozrywkę i ją dostarczała.
Zdarzały się jednak momenty, gdy jako reżyserka sięgała głębiej: „Zmierzch długiego dnia” O’Neilla, „Wiśniowy sad”, „Matki i synowie” czy ostatnia „Matka” Witkacego – rola, w której Janda znów pokazała, że wiek w teatrze nie jest ograniczeniem, lecz narzędziem. Jej bohaterki dojrzewają razem z nią, a scena staje się miejscem rozrachunku z czasem.
Janda bywała i bywa postacią polaryzującą. Jej głos – zarówno w mediach, jak i na scenie – nie unikał trudnych tematów, kontrowersji czy ostrego spojrzenia na rzeczywistość. Publicystka, komentatorka życia publicznego, menedżerka kultury – te role często przesłaniają aktorkę, czyniąc z niej symbol różnych debat i inicjatyw, w które się angażuje. A szkoda. Bo to właśnie aktorstwo jest jej najtrwalszym językiem. W nim nie ma autopromocji, jest praca, codzienne zanurzenie w postaciach, emocjach, słowach. Nie ma pozy, jest obecność. Nie ma lęku przed śmiesznością ani przed gniewem widowni, nie ma kompromisów wobec prawdy scenicznej. Każda jej rola jest dowodem na to, że aktorstwo Jandy to nie tylko rzemiosło, ale osobiste zobowiązanie wobec widza i sztuki.
Dziś, w dniu jej urodzin, myślę o Krystynie Jandzie nie jako o „instytucji”, lecz jako o aktorce, która przez dekady uczyła polski teatr odwagi mówienia w pierwszej osobie. Jej sceniczne gesty, sposób budowania postaci, decyzje dramaturgiczne w spektaklach, które reżyserowała, pokazują, że teatr może być miejscem nie tylko rozrywki, ale też refleksji, konfrontacji i intymnej prawdy. Nawet jeśli czasem się z nią nie zgadzałem – nie tylko w wyborach repertuarowych, ale i w estetycznych decyzjach scenicznych – wiem jedno: bez niej mapa mojego teatralnego doświadczenia byłaby uboższa. To dzięki niej nauczyłem się, że aktorstwo może być zarówno wyrafinowaną techniką, jak i formą odwagi wobec siebie i widza. A to w teatrze, podobnie jak w życiu, znaczy bardzo dużo – bo to od aktora zależy, czy słowo, gest i emocja dotrą do człowieka w fotelu, czy pozostaną tylko na papierze scenariusza.