To nie jest spektakl o demiurgach ani dla demiurgów. Mimo nieco patetycznego tytułu, który najdrobniejsze gesty czy słowa odnosi do nieskończoności kosmosu, nie ma tu mowy o czynach historycznych i wzniosłych. To rzecz o zwykłości, którą każdy po swojemu próbuje odczytać, jakoś przyswoić i opowiedzieć albo zaśpiewać. Choćby sobie. Aktorzy TR o głośnych nazwiskach i bujnych życiorysach stoją stłoczeni na obracającym się niespiesznie metalowym podeście, przypominającym koło zębate albo planetę. Z tak utworzonego chóru na zmianę wyłaniają się soliści, aby intonować swoją pieśń w lekko jazzującej frazie. Słychać w tym poczucie bezradności w próbach uporządkowania świata, który wciąż wymyka się opisowi. Te okruchy nie są nawet skargami, to raczej refleksje o przemijaniu i skrytej nadziei na zrozumienie, że jednak jesteśmy w domu.
Ta pieśń mruczana, śpiewana, czasem nie tak znakomicie, jak to potrafi Magdalena Kuta, ale zawsze z ufnością, że spotka się z zaciekawieniem, że nie zostanie odtrącona, przynosi ukojenie. To rzadki stan w teatrze, częściej budzącym niepokój niż dającym poczucie wewnętrznego spokoju. Bo skoro ci wszyscy wspaniali ludzie poszukują odpowiedzi, to może i ty masz pełne prawo do swoich pytań i wątpliwości. Może nie jesteś sam/sama.