EN
25.11.2021, 11:44 Wersja do druku

Krew wyciekła z żył

„Bezmatek” Miry Marcinów w reż. Marcina Libera w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Sławomir Szczurek z Nowej Siły Krytycznej.

fot. Klaudyna Schubert

Doświadczenie śmierci rodzica, które od młodych lat w sobie posiadam, jest najgorszym, co mnie spotkało i każdego dnia spotyka na nowo. Z chwilą utraty ojca bądź matki nic już nie będzie takie samo. Ona naznaczy wszystkie inne. Nawet te, które dopiero przed nami. Odciśnie piętno począwszy od prostych, codziennych spraw aż po te najważniejsze. Nawet pszczoły ostentacyjnie potrafią demonstrować objawy bezmateczności poprzez buczenie po ściankach ula. Bo „bezmatek” to pszczela rodzina, która została pozbawiona matki. Co prowadzić może do jednego – ul skazany zostaje na wymarcie.

W tej zgrabnej metaforze zawiera się clue opowiadania Miry Marcinów wystawionego na Scenie pod Ratuszem przez Marcina Libera. Czy jest zatem szansa, żeby rodzina przeżyła? Dwie wspaniałe aktorki – Katarzyna Tlałka i Maja Pankiewicz – wypełniają bezgranicznym uczuciem mikroskopijnych rozmiarów scenę Teatru Ludowego bez reszty. Uczuciem niewolnym od gorszych chwil, wspólnego śmiechu, wzajemnego podziwu, jak i od codziennych problemów napotykanych na linii matka-córka.

Uczuciem jak każde, ale nie jak każde potrafiącym być zastąpione. Tej specyficznej relacji, będącej mieszanką biologiczno-fizjologicznych powiązań, prawnych zależności, hierarchicznego układu, a często przyjacielskich uczuć, niepodobna zastąpić niczym. Żadna inna relacja, w którą w życiu wchodzimy, nie jest i nie będzie taka jak z matką. Matka jest przecież niemalże boską figurą w naszym społeczeństwie i kulturze. Matka to początek wszystkiego. Słodka i gorzka zarazem, źródło szczęścia i cierpień, gotowości do nieustannego niesienia pomocy, ale także stawianych wymagań i niekończących się z wiekiem dojrzewania wysokich oczekiwań.

Przeogromną siłą tego spektaklu jest aktorski duet. Tlałce i Pankiewicz udaje się zupełnie bez heroicznego wysiłku i fałszywych ruchów stworzyć prawdziwie czułą relację matki i córki. Nieprzerysowaną, niewyidealizowaną, nieikoniczną. To ich własna relacja, na ich własnych zasadach. Historie mieszają się, przeplatają, widzimy urywki z ich życia, stajemy się świadkami ich wspomnień. Jak ewaluowała ta relacja od znanych zapewne wszystkim słów matki: „kogo ja wychowałam?”, „czas do szkoły, „nikt cię na siłę w domu nie trzyma”, aż po wzruszająco wypowiedziane przez Pankiewicz: „szaleje za tobą mamo”.

fot. Klaudyna Schubert

Ta rodzicielska miłość i miłość dziecka do rodzica jawi się jako prawdziwe szaleństwo. To piękne studium o zmieniających się z upływem czasu rolach, jakie przyjmujemy w relacji z rodzicami. Przechodzenie pomiędzy tymi rolami ukazane jest wspaniale. Już dawno w teatrze nie widziałem aktorów tak bardzo grających ze sobą i do siebie. Na sobie wzajemnie skupionych i pozostających przez cały czas w ścisłym fizycznym, wzrokowym i mentalnym kontakcie. 

„Bezmatek” to bajka o żałobie, w której śmierć – pozornie czająca się za siedmioma grobami i za siedmioma żalami – najbardziej i najbliżej odczuwalna jest właśnie w przypadku utraty rodzica. Reakcje na śmierć bywają różne. Apatia, uzależnienie od leków, uzależnienie od przypadkowego seksu, który staje się najlepszą ripostą na śmierć. Odejście rodzica nie przynosi żadnej ulgi, nie staje się siłą napędową do niczego. Wręcz przeciwnie. Rozpoczyna korowód głupich rzeczy. Nasza bohaterka wspomina „uwiodłam dziewiętnastolatka, piłam, brałam, manipulowałam”. Rodzice wydają nam się wieczni, nieśmiertelni jak superbohaterowie z komiksów, bajek i filmów. Gdy śmierć przychodzi, pozostawione dziecko odczuwa ból tak, jakby samo umarło, tylko jeszcze trochę mocniej. Pojawiają się fizyczne symptomy zatykania, próby łapania powietrza, brak oddechu. To jak długi żałobny zawał. Okazuje się, że jedynym co można zrobić wtedy dla rodzica, to wyprasowanie ołówkowej spódnicy, w której matka zostanie pochowana: „Prasowałam i płakałam, nie mogłam wyprasować zagnieceń”. Jeżeli ktoś myśli, że takie sytuacje nie mają miejsca już w cztery godziny po śmierci – to jest w dużym błędzie! 

Ten spektakl jest ze wszech stron boleśnie prawdziwy. W czterdzieści pięć minut przechodzi przez wszystkie etapy doznanej straty. Łącznie z chęcią zapomnienia choć na chwilę o tym, co się stało, uwolnienia od tej jednej bolesnej myśli. Świetnie ukazane to jest w scenie chowania matki wraz z jej ubraniami do lodówki i dociskania drzwi plecami. Niestety. W głowie mamy setki myśli, w uszach wciąż słyszymy słowa rodzica i to odwiecznie pojawiające się pytanie: „Gdzie ty teraz jesteś? Dokąd poszłaś?”. 

Spektakl Libera świetnie balansuje na granicy powagi i śmiechu. Rozpaczy sytuacji a zarazem jej absurdu. Dzieją się wtedy rzeczy, w których w jednej chwili płacze się rzewnymi łzami a tuż po niej śmieje do rozpuku. Tak wygląda rzeczywistość już w chwilę po śmierci rodzica. Forma, którą wybrał reżyser – zmienna, lekka – daje szansę na ucieczkę choć na chwilę od kalibru zdarzeń. Wpuszczone powietrze w postaci muzyki, operowania formą teleturnieju, talk-showu z podpowiadaniem, kiedy widownia powinna zdobyć się na „aplauz” lub wydać z siebie słynne „buu”, rekompensuje chwile bezdechu, które nam towarzyszą. Opis robienia pośmiertnego makijażu matki przed przyjazdem pracowników domu pogrzebowego przybiera formę tutorialu w mediach społecznościowych skierowanego do followersów. 

„Problem” przedstawienia na teatralnych deskach opowiadania Marcinów jest jeden. Na doświadczenie śmierci nie da się patrzeć z boku, z pozycji widza. Nie sposób się na nie przygotować, nie da się o tym opowiedzieć tak, by dotknęło i spowodowało tę utratę tchu, tak świetnie ukazaną przez Pankiewicz. By zrozumieć fakty, obrazy i subtelności wypracowane przez twórców – niestety samemu trzeba to przeżyć. 

Aktorkom towarzyszy z muzyką na żywo Adam Witkowski. W jednej z wykonywanych piosenek śpiewa: „każda wspólna krótka chwila, każdy twój najmniejszy gest, wszystko to mam przed oczyma, chociaż już dawno tutaj nie ma cię”. Obraz zmarłego rodzica powraca jak flashback, a on sam, powtarzając za autorką opowiadania, jest trudny: „Matki umarłe są trudne. Te martwe nie chcą stać się ani trochę łatwiejsze”. Spektakl ustawia na nowo, po raz kolejny, myślenie o relacji z rodzicem. Jest przestrogą a zarazem wybawieniem. Ojciec i matka pozostaną z nami na zawsze. 

Mira Marcinów 

„Bezmatek

reżyseria i adaptacja: Marcin Liber

występują: Maja Pankiewicz, Katarzyna Tlałka, Adam Witkowski (muzyka na żywo)

Teatr Ludowy w Krakowie, Scenie pod Ratuszem, premiera 17 października 2021 

Sławomir Szczurek – filolog polski, absolwent Laboratorium Pedagogiki Teatru, od 2016 roku związany z Nową Siłą Krytyczną


Źródło:

Materiał własny